Krótka informacja

Informacja o stanie

Ta wiadomość pojawia się tylko ze względu na to by przypadkiem automat nie usunął mojej strony z powodu nieaktywności.

Wiem że minęło mnóstwo czasu od mojej ostatniej ściany tekstu (A tematów do opisania wciąż przybywa), w miarę możliwości i moich chęci wkrótce coś „sklecę”.

Nie pozostaje mi na ten moment nic innego jak powiedzenie że tej strony nie porzuciłem, po prostu raz jeszcze dopadł mnie brak chęci. Do zobaczenia wkrótce!

Podsumowanie tygodnia

Witajcie!

Kolejny tydzień za mną. Jeszcze jeden a wrócę do żywych jeśli chodzi o „internety” (Znowu się zacznie granie i gadanie ze znajomymi przez komunikator głosowy to sobie może o mnie przypomną :P ). Czym ten tydzień minął?

W poniedziałek po powrocie ze szkoły znalazłem coś na swoim biurku. Wiecie w jakich czasach żyjemy, w jednej chwili możesz powiedzieć komuś z drugiego końca globu żeby spadał na drzewo, albo że zazdrościsz mu ciepłej pogody kiedy u ciebie leje od tygodnia. Co otrzymałem? Dostałem list. Normalną białą papierową kopertę z adresem moim, adresem nadawcy, znaczkiem pocztowym oraz z pieczątką z poczty. Był to list z Kalisza. Co było w środku? Dostałem fizyczne, papierowe zaproszenie na osiemnastkę przyjaciela z Kalisza. Paradoksalnie to był pierwszy list od kogoś znajomego który dostałem w życiu (Listów od mBanku czy szkoły językowej dzięki której jeździłem do Jastrzębiej Góry nie wliczam). Co prawda coś tam dukał że mi wyślę zaproszenie, ale szczerze mówiąc nie spodziewałem się że faktycznie to zrobi. No cóż, dobrze że nie założyłem że czegoś nie zrobi w innych przypadkach. Tak czy siak, w przyszłości szykuje się wpis z wyprawy do jednego z większych miast wielkopolski o którym, na pewno internauci słyszeli (Słynny Karol który chciał zostać Popkiem, raperem, więc pociął sobie twarz by wyglądać jak on, właśnie był z Kalisza).

W tym tygodniu miał też miejsce kolejny wątek ze służbą zdrowia. Skorzystałem z „innego swego rodzaju zaproszenia” na RTG, we wtorek wybrałem się do lekarza żeby się lekko zdziwić że była całkiem duża kolejka do tego samego pomieszczenia co ja, następnie odbyć krótką rozmowę z obecnymi że trzeba się zarejestrować i miła pani powiedziała mi że trzeba wejść do tego pokoju, pokazać pani skierowanie żeby wiedziała że czekam, a kiedy tak postąpiłem to dowiedziałem się że przed badaniem minimum od 3 dni przed powinien brać Espumisan, a dzień przed nie pić nic gazowanego (Później pani mi pokazała że nawet jest stosowna informacja na drzwiach od pokoju). No cóż, to się przeszedłem do tego lekarza. Dodatkowo po zakupie medykamentu w aptece powstało u mnie jedno pytanie. Co by się stało gdyby tak zjeść jeden listek (25 tabletek) Espumisanu. On ma z założenia usuwać „gazy z organizmu”, więc co by się ze mną stało gdybym zażył tyle na raz? Uprzedzam że nie próbowałem (Jeszcze). Ale kto wie, może i to znajdę gdzieś na Youtubie, tak jak ostatnio poradnik jak korzystać z parkingu pod Galerią Katowicką :)

A skoro o wtorku mowa, zaczął się proces „leczenia mojej osoby”. W szkole znowu chodzę do psychologa, był to akurat pierwszy raz w tym roku. Całkiem krótki raz bo kiedy nagle zeszliśmy na strasznie poważne tematy to wbił kolega geodeta pytając się czy można przełożyć moją wizytę na kiedy indziej (W skrócie, koledzy wyhaczyli że skoro pani z geodezji ma okienko kiedy my mamy religie to czemu by za zgodą katechety nie zrobić geodezji na religii i wyjść szybciej do domu? Skończyło się „opieprzem” od vice-dyrektora dla kolegi :P ). Nie mniej jednak podłapaliśmy o czym będziemy mówić na przyszłych spotkaniach. No i jeszcze zajęcia grupowe. W tym roku w nieco mniejszym składzie (Jedna koleżanka stwierdziła że zajęcia jej wystarczająco pomogły, punkt dla niej, no i jedna pani opiekunka spodziewa się młodszego pokolenia, gratulacje dla niej). A tak poza tym, jak to się mówi, „stara bida”.

Na środowym WFie udało mi się zaliczyć lekkawą kontuzje. Zaczęło się niewinnie od rozgrzewki gdzie w trakcie biegu najpierw ja wjechałem koledze „z bara” (Przyznam szczerze że nie pamiętam od czego się to zaczęło) że poleciał w trybuny zahaczając o innego kolegę, a kiedy ja podśmiechiwałem się pod nosem to inny kolega wjechał we mnie z całej pety od tyłu przez co straciłem równowagę, zrobiłem przewrotkę (Obierając sobie boleśnie kolano) a następnie z rozpędu wylądowałem z powrotem na nogach. Wszyscy w śmiech rzecz jasna, w końcu to takie koleżeńskie wybryki. Koniec końców w trakcie biegów coś mi się naciągnęło w prawym udzie przez co każdy ruch nogą był bardzo odczuwalny. No ale co tam, dałem radę stać na bramce w trakcie meczu i kiepsko bronić. Pogorszyłem swój stan jeszcze bardziej następnego dnia kiedy mieliśmy siatkówkę. Pod koniec bolały mnie oba kolana, oba uda i obie łydki, właściwie nie potrafiłem stać, więc po powrocie poza mnóstwem Voltarenu i maści goździkowej na moje nogi zażyłem jeszcze solnej kąpieli dla stóp oraz przez pół godziny biczowałem swoje nogi mocnym strumieniem gorącej wody. W sumie nawet pomogło.

Dodatkowo jeszcze wspomnę że się przebolałem i napisałem do dwóch jeszcze nie tak dawno (Bo tydzień i nawet dwa tygodnie dla jednego i drugiego) bliskich mi osób. No cóż, to na pewno nie jest kontakt taki jak kiedyś, ale to pewnie kwestia do poprawienia (A na pewno poprawi się jak znowu zacznę żyć bardziej w internecie). Przynajmniej taką mam nadzieję.

Nastała sobota. Wspomniałem wyżej w żartach że można powiedzieć komuś z drugiego końca świata że zazdrości się mu pięknej pogody. Ja nie muszę kontaktować się z ludźmi z Japonii czy innej Ameryki, mnie wystarczy pogawędka z „Bydgoszczą” żeby się dowiedzieć że u nich słońce to nie jest nic dawno niespotykanego. A u nas żeby tylko tyle, bo nawet wystawili alerty przeciwpowodziowe. Tak w większym skrócie, ciągle pada.

Tego dnia miał się odbyć długo przeze mnie oczekiwany dzień otwarty zajezdni tramwajowej w Gliwicach. Miało to być o tyle wyjątkowe że to pierwsza zajezdnia od której zacząłem swoje chodzenie na dni otwarte (Czyli w tej byłem już drugi raz). Aura nie sprzyjała, jak rano wyszedłem z psem na 20 minut to byłem przemoczony do suchej nitki. Stwierdziłem jednak że nic nie popsuje mi planu dnia i z deszczem czy bez niego do Gliwic pojadę. Początkowo miałem zamiar pojechać liniowymi kursami tramwaju i autobusu, oraz ewentualnie wrócić kursem wariantowym tramwajowej linii specjalnej (Dlatego zaopatrzyłem się w aż dwa godzinne bilety, drugi na wszelki wypadek), w planach miałem spędzić tam praktycznie cały dzień. Jednak w trakcie oczekiwania na pierwszy tramwaj zjawił się pociąg specjalny (którego się spodziewałem). Z racji tego że jednak zatrzymywał się na przystankach i „zgarniał ludzi” to jednak wykosztowałem się raczej nie potrzebnie. Będzie na przyszłość. W trakcie podróży widziałem że ktoś mi się przygląda i szczerze mówiąc na początku ta osoba nie wydawała mi się znajoma (Jednak to było na tyle podejrzane że zacząłem pytać się tramwajowych kolegów czy może któryś ich znajomy właśnie jedzie moim tramwajem). Po drodze dosiadł się już znany mi tramwajowy znajomy z którym dopiero się przywitałem na zajezdni (Bo nie wiedziałem czy mnie poznał więc wolałem się nie ujawniać). W trakcie zmiany kierunku jazdy w Zabrzu (Jechałem tramwajem dwukierunkowym) podejrzany kolega się dosiadł i już wiedziałem kto to jest. Okazało się że to znajomy ze starej szkoły, dwie klasy niżej. Ucięła nam się dłuższa pogawędka gdzie porozmawialiśmy trochę o szkole, o starych dziejach no i co on tu u diabła robił, w końcu sam nie był tego do końca pewien bo tramwajami się nie interesuje aż tak (Ale stwierdził że jak zobaczył ulotkę w tramwaju to go to zainteresowało to pojechał, docelowo miał być z jeszcze innym kolegą ale coś nie wyszło). Rozdzieliliśmy się na zajezdni gdzie przyłączyłem się do, bardziej tramwajowych znajomych. Potem już wszystko opierało się na chodzeniu po terenie i podawanie sobie ręki lub graby kolejnym co nuż spotkanym znajomym twarzom, a było ich sporo. Powiedziałbym że z roku na rok co raz więcej jest tych znajomych twarzy. W planach miałem jeszcze spotkanie się z paroma osobami, niestety coś poszło nie tak (A szkoda bo w trakcie imprezy minęliśmy się ze dwa razy, raz nawet świadomie. Ale do pogawędki nie doszło, żałuje tego).

W skrócie wyszło na to że chodziłem po całym terenie w nie małym deszczu, mój kaptur nasiąkał co raz to większą ilością wody i obawiałem się że mój telefon jednak okaże się mniej wodoodporny niż zakładałem (Poza tym korzystanie z dotykowego ekranu w trakcie deszczu to tak właściwie proszenie się o kłopoty, albo o nerwy kiedy dotknięcie ekranu nie skutkuje zamierzonym efektem w telefonie). Osobiście jestem zadowolony. Cyknąłem dużo zdjęć, zamieniłem słowo z wieloma osobami, większej ilości podałem rękę. Nawet jednego motorowego poznałem z którym tam kiedyś miałem „zatarg” w internetach. Ale tak to fajny gościu. Ja chyba jednak też :D Jak mówiłem, cyknąłem trochę dużo zdjęć.

No i dodatkowo zdjęcie wehikułu którym raz przejechałem się do pętli w Zabrzu Zaborzu.

 

No cóż, po powrocie tą maszyną na zajezdnie niestety musiałem opuścić imprezę. Chociaż planowałem być tam cały dzień to brat wpadł na pomysł by pojechać do ojca na obiad (W końcu sobota). Cały przemoczony wsiadłem do auta którym zajechaliśmy do niego, ja wyschnąłem i zjadłem wszystko co mi podano (Byłem dość głodny swoją drogą bo jedyne w co się zaopatrzyłem to dwa litry Muszyny z Biedronki, jak usłyszałem o obiedzie to stwierdziłem że nie będę wydawał pieniędzy na jedzenie na terenie zajezdni). Po obiadku potem do domu. Nogi dawały we znaki, ale warto było. Niczego nie żałuje.

A niedziela (W ramach kronikarskiego obowiązku), też padało. W sumie poza tym że jakiś dzieciak na rowerze był pretendentem do rozjechania mnie i psa (Bo smarkacz zapierdzielał rowerem pod prąd, cieszę się że mam ograniczone zaufanie do polskich kierowców i patrzę się zawsze w obie strony przy przechodzeniu przez jednokierunkową, zwłaszcza że roweru nie słychać), to nic ciekawszego się nie wydarzyło. W gruncie rzeczy nie miało kiedy się wydarzyć bo głównie siedziałem przed telewizorem i oglądałem bajki (Samoloty dzisiaj leciały na Polsacie :P ).

Na dzisiaj tyle. Dziękuje wszystkim za czytanie, do zobaczenia wkrótce!

Podsumowanie tygodnia

Witajcie!

Prawdę powiedziawszy miałem nadzieję że wpis napiszę po powrocie z dni NATO, pech chciał że „zdarzenia losowe” nie pozwoliły nam się tam wybrać. Po części żałuje, w zeszłym roku było w końcu całkiem fajnie. Jednak patrząc na weekendową pogodę za oknem (Leje jak diabli) może jednak dobrze że zostaliśmy w domu? No i z drugiej strony, chociaż nie pojechałem do tej Ostravy na te dni, to nie mogę narzekać że nic się nie działo w tym tygodniu.

Pierwsze takie większe wydarzenie miało miejsce we wtorek. Kolejny GeoCaching w naszej szkole. W zeszłym roku o tym, jak dobrze pamiętam, wspominałem i pisałem że nie brałem w tym udziału bo nie miałem ochoty pracować z ludźmi (Jakoś tak o to szło).W tym roku zdecydowałem wziąć się w garść i się zgłosiłem do pomocy. Tak jak dzień wcześniej pomagałem przygotować dwie sale tak następnego już siedziałem tylko w jednej, znajdującej się w podziemiach szkoły (Powiedzmy że w podziemiach, bowiem szkoła znajduje się w zagłębieniu, więc szyby są tylko niewiele z nich widać bo potem są skarpy). Do czego zostałem przydzielony? W naszym pomieszczeniu zostały umieszczone dwie konkurencje. Bieg z łatą po wyznaczonej trasie między tyczkami oraz zwijanie taśmy na czas (Po sąsiedzku, konkurencje przedzielone rzędem ławek). Zadanie na dziś, zarządzanie grupami, informowanie że potrzebuje do swojej konkurencji 2 osoby, do konkurencji obok jest potrzebna jedna, instruowanie „chętnych”, mierzenie czasu i tak dalej. Wątpliwości naszły mnie dopiero chwile przed wydarzeniem, ale ostatecznie podołałem. Podołali także uczestniczy którzy bez większych problemów przebiegli całą trasę. Tylko paru zespołom zdarzyło się pomylić trasę i tylko jeden zespół widowiskowo wywrócił się na pierwszym łuku taranując rząd ławek z których pospadały krzesła. Widowisko wraz z trzaskiem krzeseł i ławek całkiem niezłe. Dopowiem tylko że chłopaki osiągnęli najgorszy czas ze wszystkich :P Ja przez kilka godzin czułem że mam władze, nawet fajnie było. Po wyproszeniu wszystkich uczestników i po ogłoszeniu wyników tego dnia jedyne co jeszcze zostało to zrobienie szybkiej imprezy urodzinowej dla naszej kochanej pani z geodezji. Dostała od nas tort z cukrowym tachimetrem, torbą Louisa Viuttona i cukrową wersją jej samej. Ja sobie lekko zdarłem gardło od śpiewania sto lat :D

Dnia następnego pierwszy raz w życiu miałem okazje sprawdzić się w pchnięciu kulą. Nasza nowa pani z WFu pokazała nam jak to się robi, a potem już pchaliśmy na ocenę. Pchnąłem trzeci wynik w naszej klasie (8 metrów). Potem jeszcze bieg na 100 metrów który wykonałem tak fatalnie że dostałem prawie najgorszą ocenę (Jestem pewien że gdybym biegł na przystanek na którym stoi mój tramwaj osiągnąłbym lepszy wynik). No cóż, nie można być dobrym ze wszystkiego. A propo tramwajów, tej nocy wyszło na to że jedna z osób ze świata tramwajowego którą znam z robienia mnóstwa zdjęć ma Aspergera. Rozmowa na ten temat wyszła z tego że zacząłem się zastanawiać skąd zna osobę która mocno się udziela w „społeczności osób” skupiająca się przy ZA i przy autyzmie (Innymi słowy, skąd zna wspólnego znajomego że tak powiem). Reszta wyszła, że tak powiem, sama :)

Następnego dnia kojarzę bardzo fajną rozgrywkę w siatkówkę, szkoda że była tylko jedna godzina. No i oficjalnie potwierdzone że w piątek mieliśmy jechać na wycieczkę do Uniwersytetu Śląskiego. Na początku obudził się we mnie podróżnik, odjazdy tramwajów, informowanie reszty o której będzie ten tramwaj tu tu i tu. Aż doszło do momentu kiedy sobie gadaliśmy z tą koleżanką co z nią często wracam ze szkoły i wypaliła że najchętniej by pojechała samochodem ale by się zgubiła. Zaraz chwila… Od wielu lat jestem pilotem w swojej rodzinie, w Katowicach byłem wiele razy, jakiś tam kręgosłup komunikacyjny (Niekoniecznie sieci tramwajowej) znam. Zasugerowałem że moglibyśmy razem się przejechać, ja jej będę mówił jak jechać i „będzie fajnie”. Trochę nad tym myśleliśmy ale stwierdziliśmy że ok, raz się żyje. Świetnie, ja pierwsze co zacząłem robić po powrocie do domu to rzecz jasna OpenStreetMap, Google Maps do określenia orientacyjnego czasu przejazdu, Google Street View co by to sobie przypomnieć układ pasów ruchu i tak dalej. Przewidywanie ile zajmie przejazd w konkretnych miejscach (Może i w Katowicach w ciągu ostatnich lat siatka dróg się zwiększyła, ale nadal tonie w korkach w szczycie), ile zajmie krążenie po parkingu, wyjście z podziemnego parkingu i dojście na przystanek tramwajowy na który zajechać ma pani z geografii i reszta klasy. Plan ambitny, był tak świetny że gdyby wszystko poszło nie tak to zostało by jeszcze trochę rezerwy. Przystała pora by pochwalić się domownikom o moich planach. Dwie na trzy osoby stwierdziły że mam tego nie robić, że to się źle skończy (Koleżanka prawko ma może od kwietnia ale jakoś mnie to nie zniechęcało, a może powinno?). W każdym razie pozostałem przy swoich planach do końca. Nie mniej jednak miałem drobne wątpliwości z podziemnym parkingiem w Katowicach. Korzystałem z niego kilka razy. Za każdym razem go tylko opuszczając i wchodząc do niego zawsze od strony Dworca PKP. Nigdy do niego nie wjeżdżałem ani z niego nie wychodziłem więc miałem największe obawy właśnie w tym punkcie wycieczki. Zacząłem więc szukać informacji po internecie, głównie po Youtubie. Tym samym potwierdziłem że w internecie można znaleźć właściwie wszystko. Znalazłem poradnik jak skorzystać z tego parkingu, zdradzę że się przydał i nie dał mi żadnych wątpliwości dnia następnego :) Oto on:

Cieszy mnie wciąż fakt że komuś się chciało taki poradnik nagrać, ja tylko na tym skorzystałem :)

Dnia następnego plany weszły w życie. Koleżanka koło 7:40 podjechała do mnie swoją czerwoną strzałą marki Daewoo Matiz. Plan był taki by wyjechać o 7:30, przez 30 minut jechać do Katowic (Pamiętając o korkach w centrum), przez 15 kręcić się po terenie parkingu (Rzekomy brak miejsc jak nas ostrzegano) i jakieś 10 minut na wyjście z budynku. Czyli w sumie czekać na przystanku o 8:25 na tramwaj który miał być o 8:35. Wyjechaliśmy o tej 7:40 ok, pierwsze na co natrafiliśmy to na niewielki zator w centrum wszechświata (Chebzie Pętla, konkretniej odcinek między Pawłem, czyli okolicą skrzyżowania z ulicą Pawła do ronda znajdującym się przy pętli Chebzie Pętla, w Rudzie Śląskiej), sam przejazd DTŚką przeszedł bez większych problemów. Dla mnie problem był niewielki. Niewielki samochód :D Jestem przyzwyczajony do swojego Chevroleta Uplandera który ma miejsca wokół mnie tyle, i (Co się przyda później) ma taką długą maskę i jest taka odległość między kolanami a początkiem auta. Matiz że mały to maska się kończy, pół żartem pół serio, przy kolanach. A że koleżanka jeździ trochę mniej niż przepisy pozwalają to ciężarówki nas wyprzedzały (Bałem się że nas zdmuchną). Dojechaliśmy do Katowic w orientacyjnie zaplanowanym czasie. Lekki zator w okolicy dworca który był do przewidzenia. No a potem wjazd na parking. Tu jednak byłem trochę spokojny, bo widziałem dzień wcześniej poradnik w końcu. Jednak jak koleżanka skręcała swoim wozidłem całe ciało błagało mnie bym powiedział by zwolniła (Może i zaufałem na tyle by wsiąść ale miałem obawy że w coś przytrze na tych ciasnych zakrętach, przyzwyczajenie do wielkiego auta i do jego rozmiarów, sama koleżanka bardzo dobrze swój pojazd czuła więc zmartwienia bezzasadne że tak powiem). Bilet wzięty, zaparkowaliśmy szybko (Bo miejsca było dużo, pewnie dlatego że piątek i 8 rano, galeria Katowicka nie była w pełni otwarta), martwiłem się o wyjście bo wychodziliśmy w jakimś dziwnym miejscu, ale na czuja przez podziemny dworzec autobusowy się wydostaliśmy. Na przystanek doszliśmy gdzieś ok 8:15, z całkiem dużym wyprzedzeniem, i te 10 minut przed moim planowym przyjściem. Po prostu poszło nam „zbyt sprawnie”. W międzyczasie przybyło parę osób które nie chciały się kulać tramwajem i wybrały osiemsety (Linie autobusowe 8xx w GOP to autobusy przyspieszone). Przybył tramwaj z panią i resztą klasy. Z buta na UŚ i potem do sali wykładowej.

O czym był wykład? Zgodnie z zapowiedzią prowadzących był to gabinet Kardiologa, potem Pulmonologa a następnie Neurologa. Prowadzący nam opowiadali o ludzkim ciele, organizmie, narządach i tak dalej. Ciekawostką dla mnie była liczba „eksperymentów na ludziach”, osoby chętne mogły przyjść i na sobie pokazać działanie urządzenia mierzącego wielkość płuc, że przy oddychaniu tym samym powietrzem ilość tlenu z tego powietrza wciąż ubywa, że nasz mózg pracuje i tak dalej. Może same tematy wykładów nie były pociągające, za to pociągające były te eksperymenty na kolegach i koleżankach :D No, nie widzi się tego na co dzień w końcu. Wykład się skończył po 2 godzinach, potem większość osób poszła coś „opchnąć” do Galerii Katowickiej. W tym ja ze swoją koleżanką :) Nigdy w tej galerii nie byłem więc najpierw szliśmy za kolegami do jakiegoś miejsca gdzie coś można było zjeść. Trafiliśmy na Burger Kinga. Aczkolwiek osobiście wolałbym McDonalda. Nie, nie ze względu na jedzenie, po prostu tam kupowałem nie raz, wiem co można kupić, czego się spodziewać i tak dalej. A tak to byłem zielony. Wybraliśmy, a raczej ja na ślepo wybrałem jakieś burgery z ulotki które dostaliśmy na wejściu, z jakimiś frytkami, dostaliśmy co zamówiliśmy i usiedliśmy sobie razem przy pierwszym lepszym stoliku gdzie spożyliśmy posiłek i trochę pogadaliśmy. Jak na gentelmana przystało posiłek jej opłaciłem, z czego jestem dumny. Tak samo parking też poszedł na mój koszt (No przecież nie będzie mojego tyłka wozić „za frajer” jak to mawiają niektórzy moi znajomi). Potem tylko znaleźć auto na, już zapełnionym po brzegi, parkingu pod galerią i wyjazd z galerii. Oczywiście po uprzednim opłaceniu biletu, co też poszło sprawnie (Dzięki poradnikowi :D ). Chociaż sam wyjazd był lekkim problemem (Moc Matiza pod stromy podjazd :D ) to poszło też całkiem sprawie, razem z wydostaniem się na DTŚkę. Była nawet okazja by w korku otworzyć okno i zobaczyć jak bardzo mój łokieć wystaje z auta. Naszła mnie myśl by zrobić jak Fred Flinstone, samochód pod pachę i jedziemy. Będąc już na jezdni DTŚ doznałem lekkiego zawału. Powiedziałem koleżance by zmieniła pas na lewy i dokładnie w momencie kiedy to powiedziałem zaczęła zmieniać. Wtedy kątem oka zobaczyłem że wyprzeda nas Ford Fiesta i już wiedziałem że zahaczymy przodem o niego, przytrzemy, co ja zrobiłem i tak dalej. Na ten wniosek nasunęło się to że wykonała to co jej powiedziałem od razu (Jakby bez pomyślunku co robi) oraz przyzwyczajenie do mojego auta (Dużo maski z przodu, zrobić taki manewr moim Chevroletem to gościa byśmy z drogi zepchnęli). Koleżanka rzekomo gościa widziała i wiedziała co robi. No cóż, pozostaje mi tylko wierzyć na słowo honoru, bo w tamtym momencie serce mi na jezdnie chciało wypaść przez otwarte okno…

Dojechaliśmy do mnie pod dom bezpiecznie i bez pośpiechu. Pożegnaliśmy się i tyle z tej historii. Później tego samego dnia wybrałem się jeszcze sam do lekarza. Powodem mojej wizyty jest podejrzenie cysty na kości ogonowej. Pamiętacie historie z początku roku jak odwiedzałem brata w szpitalu? On tam leżał właśnie z tego powodu, i powstało ryzyko że mogę skończyć tak samo… Polskiej służby zdrowia nadal nie do końca ogarniam, dlatego najpierw poszedłem do rejestracji, gdzie jakoś pani mi wytłumaczyła żebym się spytał lekarza czy mogę się zarejestrować a potem po zgodzie którą dostałem po niepewnej wymianie zdań z mojej strony dopiero się do tej pani poszedłem zarejestrować żeby potem przyjść do niej z powrotem. Pani mnie zbadała, powiedziałem to co mi mówili (W domu) bym powiedział, odpowiadałem grzecznie na pytania i tak dalej. Poinstruowali mnie w domu że miałem poprosić o skierowanie do chirurga. Dostałem na pracownie RTG. Dobre i to, wychodzi na to że w „wolnej chwili” muszę tam się wybrać. Obawiam się tylko że okaże się że będę musiał także leżeć w szpitalu i tez będę miał takie jazdy jak brat. Nie wiem czy mogę, dlatego pominę niepocieszających opowieści o byciu pacjentem w szpitalu. Pewnie nie w każdym tak jest po prostu, u mnie w mieście tylko jest tak że jak przyjdziesz zdrowy do miejscowego górniczego szpitala to wrócisz z gruźlicą albo inną przewlekłą chorobą. Takie chodzą plotki przynajmniej.

A weekend? No cóż, planowałem być w sobotę w Ostravie. Tylko jak napisałem na początku coś poszło nie tak. No ale nie narzekam, tydzień minął całkiem przyjemnie, nawet jest o czym opowiedzieć ;) Mam tylko nadzieję że trochę pogoda się poprawi, ten deszcz jest bardziej przygnębiający od niejednej piosenki.

Mogę jeszcze raz wspomnieć o swoim eksperymencie. Odczuwam że mniej osób ze mną pisało w tym tygodniu. Jak ja to interpretuje? Że osoby które przestały do mnie pisać po prostu mnie lubią, ale na tyle mało znaczę w ich życiu że nie widzą mojego braku. Zastanawiam się jak do tego mam się odnieść, znowu to ja muszę przełamać „pierwsze lody” czy po prostu czekać aż zauważą oni sami że coś tu jest nie halo skoro ktoś kto im był w stanie truć tyłek codziennie nagle milczy? Kwestia z mojej strony do przemyślenia. No bo z jednej strony zależy mi na kontakcie z tymi osobami, a z drugiej chciałbym żeby tym osobom zależało na tym kontakcie tak samo jak mi, albo chociaż trochę mniej. A tak to co. Szczególnie że ja lubię te osoby, one pewnie o tym wiedzą bo mówiłem im o tym nie raz przecież. Nic poza głośnym ech nie przychodzi mi do głowy na ten moment.

No i jeszcze na koniec kwestia lekko organizacyjna. Może ktoś zauważył że spam w komentarzach znowu się nasilił. Przymierzam się do tego by pójść w tej sprawie na policje. Aktualnie zbieram coś a’la materiał dowodowy. Mam rzecz jasna swoje podejrzenie a propo autora tego nieśmiesznego od lutego br. żartu, niestety nie znalazłem jeszcze nigdzie wzmianki by on otwarcie powiedział że to on i już, pomijam że o tej osobie i tak niewiele wiem (Imię, nazwisko, miasto zamieszkania, że ma jakiś związek ze strażą pożarną), dlatego się jeszcze zastanawiam z czym tam pójść i co powiedzieć. No i jeszcze moja własna niepewność czy to na pewno on. Nie mniej jednak stwierdziłem że pora coś z tym zrobić, to nie może trwać wiecznie, prawda?

Na dzisiaj myślę że starczy. Rzecz jasna przestrzegam przed klikaniem w te linki które kryją się pod nazwą autora komentarza.

Podziękowania dla przyjaciela z Kalisza za iście upierdliwie dokładną korektę tego wpisu. Mam nadzieję że wyłapał wszystkie braki „do” i tak dalej.

Dziękuje wszystkim za czytanie, do zobaczenia wkrótce!

Podsumowanie ostatniego czasu

Witajcie!

Pierwszy tydzień szkoły odhaczony jak i pierwszy weekend w roku szkolnym. Co mogę powiedzieć tak w skrócie? Dość szybko się zaaklimatyzowałem. Właściwie jakbym już chodził od kilku miesięcy do szkoły i nie nastąpiła żadna zmiana w trybie życia. Nawet pojawiły się lekkie docinki ze strony tej koleżanki co lubi nie lubi lubi nie lubi (Chociaż za bardzo nie ma okazji do docinek), więc wszystko jest po staremu.

Poznałem nowego nauczyciela od lekcji zawodowych. Była to żona mojego poprzedniego nauczyciela z Terenowych Ćwiczeń Geodezyjnych, mama dziecka, którym swoją drogą przez chwilę się zajmowałem, nieco ponad rok temu, w czerwcu w trakcie przygotowywania egzaminu zawodowego dla ex klasy czwartej (Ciekawe czy ona o tym pamięta). Słyszałem o niej wiele, głównie że jest straszna i przerażająca. No i że jeśli będę się zachowywał tak jak mam w naturze (Czyli moje nieproszone komentarze, mniej lub bardziej śmieszne i inne takie) to to się źle skończy i w ogóle będzie masakra. Ja nie narzekam, pani z góry powiedział czego u nas nie chce widzieć (Komórek na lekcjach np), ja też daje od siebie trochę np komentując nieco mniej niż np przy innych nauczycielach. Na ten moment uważam że nie jest wcale tak źle, zobaczymy co będzie w przyszłości.

Trochę też buszowałem po sieci. Może ktoś z użytkowników Facebooka słyszał o stronie Anonimowe Wyznania? Jak kiedyś wspomniałem jedno moje wyznanie już tam trafiło, jednak ostatnio skupiłem się na sekcji komentarzy. Doszło do mnie że to całkiem dobre miejsce na podzielenie się jakąś sensowną, bezsensowną informacją z dużym gronem odbiorców przy całkiem niewielkim wysiłku. Na tym rodzaju przekazu skupiłem się akurat w trakcie trwania meczu Polska – Kazachstan gdzie postanowiłem podzielić się informacjami, w miarę na bieżąco, z meczu. Powiedzmy że żyłem chwilą. Chyba ze dwa komentarze pod dwoma różnymi wyznaniami napisałem, pierwszy wielkiej popularności nie zdobył, za to drugi całkiem niezłą.

Dopiero dnia następnego dopadła mnie kara za to że śmiałem napisać coś „nie związanego z tematem wyznania”. Pierwszy komentarz wraz z odpowiedziami do niego gdzie uczepiła się mnie jakaś tam osoba (Kliknij w obrazek aby zobaczyć je w większym rozmiarze na stronie hostującej).

 

Standardowo jak mam w zwyczaju powiem że wiem że mogłem to zagrać lepiej albo że mogłem już na samym początku odpuścić. Czy w tym przypadku coś zrobiłem źle? Ja może po prostu opiszę swój punkt widzenia, np dlaczego nie widzę w tym nic złego. Na anonimowych siedzę nie od dzisiaj i przynajmniej kilka razy na dzień popularność zdobywa komentarz który ma tyle związanego z powyższym wpisem co nic. Dlaczego więc akurat mnie ta osoba się uczepiła? Czemu jej nie widziałem pod, najlepiej każdym takim komentarzem? No i już pomijam samo meritum sprawy, do dzisiaj nie rozumiem osób które, chociaż temu zaprzeczają, uważają siebie za zbawicieli świata i myślę że też lepszych od innych. W końcu jak inaczej mogę nazwać osobę która na wstępie porównuje mnie do dzieci a następnie poziom wyżej bo do gimnazjum. No i jeszcze tekst o tym że nikt w internecie nie jest anonimowy. Jak na kogoś kto był w stanie wykonać parę kliknięć i wejść na mój profil zastanawiam się jak kiepskie musiało to byś rozeznanie się w mojej osobowości, skoro po samych zdjęciach stwierdza kim ja jestem (Już pomijam że profil mam uzupełniony całkiem nieźle więc nie trudno znaleźć informacje np o moim aktualnym poziomie edukacji). No i jeszcze komentarz o zdjęciach. Zajrzałem też z ciekawości na jej profil, ale że mnie naprawdę nie interesowało kto to jest to skupiłem się tylko na jej profilowym gdzie ma twarz stylizowaną na jakiegoś wampira czy coś (Biało szary kolor twarzy z mnóstwem czarnego wokół oczu, jakoś tak bo nie chce mi się ponownie tam wchodzić). Czy to coś dziwnego że na podstawie tego nie jestem w stanie racjonalnie stwierdzić do której ona klasy chodzi, czy w ogóle się oczy i kim ona jest? Jak widać innym to starczy. Czy taka postawa jest dobra? W moim mniemaniu jest, bo chociaż jak każdy inny oceniam też czasami ludzi powierzchownie (Tak na pierwszy rzut oka po prostu) to staram się skupiać na tym co ta osoba robi i mówi. Może to coś nienormalnego w dzisiejszym świecie?

W drugiej dyskusji nie brałem już udziału. Napisałem po prostu moje podsumowanie meczu (W moim stylu, kiepsko śmiesznym). A potem po prostu patrzyłem co się dzieje niżej w komentarzach. (Kliknij w obrazek aby zobaczyć je w większym rozmiarze na stronie hostującej).

 

Poza komentarzami dotyczącego tego że nikogo to nie obchodzi i że piszę nie na temat, zaczęła się robić gównoburza. A zaczęło się od tego że jakaś dziewczyna w trakcie swojej edukacyjnej wypowiedzi dlaczego mój komentarz jest żałosny napisała zdanie „or smartphone” (Andżelika z Włatców Móch, czy to ty?). Reszta poszła sama z siebie, czyli kto jest bardziej żałosny i tak dalej. Wszystko zwieńczone postem koleżanki (Wesoła parka z Warszawy) czy fejm się zgadza. Ja w każdym razie sobie chyba daruje pisanie takich relacji na anonimowych. Już wiem że nie warto. Niech inni to robią, znając moje szczęście, innego nie zgnoją.

Co jeszcze u mnie słychać, stwierdziłem od ostatniego wpisu że przestaje pisać do znajomych z własnej woli i zobaczymy kto czegoś będzie ode mnie potrzebował lub będzie chciał sprawdzić czy żyje. Mówiąc w skrócie, mechanizm „Jak będzie chciała to napisze sama” stosowany u mnie w przypadku tej koleżanki z Warszawy został zastosowany do prawie wszystkich (Pominąłem przyjaciela z Kalisza i tego z Bydgoszczy bo u nich urwać kontakt to tak ciężko trochę). Mój mały eksperyment na dzień dzisiejszy dał przynajmniej jeden ciekawy rezultat, bo pierwszy z osób o których myślałem (Mówię oczywiście o internetowych znajomych) był kolega któremu nie pasowało to że za dużo gadam na komunikatorze głosowym (Widać że odkąd mnie tam nie ma i nie musi mnie słuchać to już bardziej mnie lubi :P ). Podejrzewam że w głównej mierze było to dla jaj czy coś podobnego, ale i tak zapunktował. Poza nim jeszcze kilka osób się odezwało, jedna nawet chciała ode mnie pomocy (Z racji braku dostępu do kompa nie miałem jak pomóc). Zasmucił mnie brak odzewu ze strony kolegi który robi na stacji benzynowej. A szkoda bo po części to na niego w głównej mierze liczyłem.

To może zejdę teraz na trochę rzadkie tematy. Nie, nie będę mówił o tym co każdemu człowiekowi nie jest obce. Z racji powiększonego zasobu wolnego czasu spowodowanego karą na komputer jakoś się stało że zacząłem oglądać japońskie animacje (Anime). Zaczęło się od tego że brat dla jaj mi podesłał jakiś zboczony serial który tylko z czystej ciekawości obejrzałem do końca. Ale nasunęło mi to pewną myśl. Przypomniałem sobie o pewnym koledze ze świata ETSa który przecież interesuje się Anime i tak dalej. Napisałem do niego czy może mi podać tytuły seriali które są warte obejrzenia i tak dalej. Dał tam kilka tytułów, na dzień dzisiejszy obejrzałem jeden. Żeby jeszcze skorzystać na tym jeszcze bardziej wszystko obejrzane po japońsku z angielskimi napisami, jeśli czegoś nie rozumiałem w treści to pytałem się wujka googla, jeśli w fabule to pytałem się kolegi (Nieźle się ustawiłem). Z anime miałem już jakiś kontakt jak byłem mały (Kiedy w telewizji puszczali normalne bajki a Pokemony nie były aż tak rozbudowane), więc teoretycznie wiedziałem czego się spodziewać. Sam serial składający się z 12 odcinków plus film pełnometrażowy (A jak skończy mi się kara to pewnie obadam karcianego RPG na podstawie którego serial i film zostały stworzone). Nie będę mówił tytułu bo pewnie mało który mój czytelnik chciałby to zobaczyć, dzieciom się chyba tego też nie puści. Aczkolwiek jeśli ktoś poprosi w komentarzach o tytuł to mogę go podać bez problemów. W każdym razie, z kolegą trochę gadaliśmy na temat serialu, ten dodatkowo wytłumaczył mi kilka rzeczy a propo anime i tej popkultury, pokazał mi animowaną japońską gwiazdę pop (Rzekomo bardzo popularna, po filmikach z YT nie mam wątpliwości), wtajemniczył mnie też w sfery które niekoniecznie powinny ujrzeć światło dzienne.

Powiem tak, generalnie od dawna zastanawiałem się nad tym rodzajem animacji i ogólnie nad tą całą popkulturą, już pomijam o wielbieniu tego. Zawsze wniosek ten sam że to faktycznie musi mieć w sobie coś że to tak bardzo się podoba. Teraz przeżyłem to na własnej skórze, i nie wiem czemu ale już chyba wiem czemu to się tak bardzo podoba. I szkoda że nie umiem tego wytłumaczyć, nie wiem czy to chodzi o to jak są kreowane te postacie (osobowość), jak są rysowane i tak dalej. No coś w tym jest po prostu. A ja się głupi dziwie czemu ludzie do mnie nie piszą. W sumie już ich chyba nie potrzebuje skoro mam anime, już mogę być szczęśliwy ze swoimi bajkami :D Nie no żart, mam nadzieję że tak nie skończę (Ale kto wie).

Hmm, czy mogę o czymś jeszcze powiedzieć… Sprawdziłem dzisiaj jeszcze raz mój uchwyt na telefon w trakcie wyprawy do ojca, myślę że materiał jaki nagrałem mogę spokojnie wrzucać do sieci, niech internet wie że nowa jakość moich kiepskich filmów nadchodzi. Brakuje jeszcze okazji by wykorzystać go bardziej w boju (Myślałem o całym odcinku DK88 z Bytomia do Strzelec Opolskich i z powrotem, w końcu nie ma żadnych materiałów z DK88 do Strzelec więc wbiłbym się w pewnego rodzaju niszę, no ale nie ma nic do załatwienia w Strzelcach :D ).

No i na koniec. Czy ktoś może zauważył że w sekcji komentarzy w czwartek wieczorem zaczęła spamować jakaś Zakochana? Nikt tego nie zauważył? Mam nadzieję, w każdym razie kochany przyjaciel z Kalisza postanowił mnie zrobić całkiem nieźle w konia. I nic że w trakcie prowadzenia rozmowy kolega namierzył adres IP komentującego że było to pisane z Kalisza, ja i tak niczego się nie domyśliłem… Normalnie bym o tym nie wspomniał, jemu na tym zależało żebym się tym pochwalił. Więc wiedzcie moi drodzy, że mnie nie pierwszy zrobił sobie ze mnie jaja…

No i tyle na dzisiaj. Dziękuje wszystkim za czytanie, do zobaczenia wkrótce!

Podsumowanie ostatnich trzech dni

Witajcie!

Tym razem jest faktycznie po rozpoczęciu roku szkolnego więc znowu przyda się coś „skrobnąć”.

Na początek trochu się cofniemy, jeszcze do wakacji (Które do godziny 23:59 dnia dzisiejszego będą jeszcze w miarę aktualne, potem rozpoczyna się rzeźnia). Generalnie noc w trakcie której opublikowałem wpis została przeze mnie zarwana. Bowiem nastała się okazja do tego by stestować mój zestaw do nagrywania dróg. Co prawda niezbyt przychylna, bo o 4:30 mieliśmy wyjechać i zabrać znajomego na lotnisko. Że to nie lipiec to o tej porze jest wciąż ciemno jak diabli. No ale co mi tam, przecież lubię jeździć autem, a i tak coś nagram, przynajmniej dla zasady żebym ja sprawdził jak się to sprawdza. Na lotnisko dojechaliśmy bez pośpiechu coś koło 5. Co ciekawe, na bramkach wjazdowych była nawet niewielka kolejeczka (Oraz dwa auta które pomyliły bramki i zrobiły mały harmider w ruchu). Kolega odstawiony na samolot do Niemiec, ja zmieniłem fotel z tylnego zza kierowcy na przedni dla pasażera, wyruszyliśmy w drogę powrotną. Niewielka kolejka na wyjeździe z lotniska, a za szlabanem oczom nam się ukazał długi sznur samochodów czekających na wjazd… Można wręcz powiedzieć że przyjechaliśmy w porę, przed takim tłokiem :) Nagrywanie włączyłem, muzykę włączył brat i zacząłem się cieszyć chwilą. Trochę po 5 a ja wpatrzony w wbrew pozorom jaśniejące niebo i ciemne otoczenie. Dojechaliśmy do domu kiedy było już w miarę jasno (Okolice 5:40), a ja z racji całkiem dobrego nastawienia do życia skoczyłem jeszcze po bułki oraz z psem kiedy było już całkiem jasno, a nawet jeszcze światła nie działały (Trochę przed 6). Widok budzącego się do życia świata zawsze mnie zachwycał, jest jasno ale na ulicach właściwie wciąż nikogo nie ma. Jakie to piękne. Aż nawet zdjęcie tramwaju rano zrobiłem :P Wyszło kiepskie ale zawsze coś.

Z racji tego że stałem się głównie nietoperzem to kolejną noc też przesiedziałem. Różnica polegała na tym że wtedy mi zależało żeby wytrzymać o 4:30 a sen morzył niemiłosiernie. Nocy następnej nie miałem w planach nie przespać, tak jakoś wyszło że prawie całą noc przegadałem z moim dobrym kolegą który akurat robi o tej porze na stacji benzynowej. Ta noc była jednak trochę inna bo zamiast zwyczajnej rozmowy powstrzymującej kolegę od zanudzenia się na amen tak jakoś wyszło że zaczęliśmy rozmawiać na całkiem poważne tematy, między innymi o mojej dysfunkcji. Chyba mu się bardzo nudziło w pracy tej nocy :P

Chyba o tym jeszcze nigdy nie wspominałem, ale od dawna uważam że osoby z konkretnym charakterem (Np w stosunku do mnie czy takim ogólnym dla wszystkich) nie bez powodu mają takie a nie inne imiona. Serio, myślę że to nie przypadek że np prawie wszystkie osoby z takim samym imieniem które znam są lub były mi bliskie przez jakiś czas lub większość z innym imieniem to są osoby które potrafią słuchać i dodać coś od siebie. Żeńskich imion też to się tyczy :P W każdym razie nie raz dostrzegam że imiona u niektórych osób nie są nadane przypadkowo. Albo może inaczej, charakter czy zachowanie tych osób nie jest przypadkowe względem ich imion. Aczkolwiek oczywiście i tu zdarzają się wyjątki (Które też znam, w sensie te osoby :P ). Nie będę rzucał jakimiś konkretnymi imionami bo zaznaczam że tu chodzi głównie o zachowania w stosunku do mnie, chociaż kilka razy się zdarzyło że ten swego rodzaju schemat sprawdził się u innych osób, w mniejszym lub większym stopniu.

Ostatnio też stałem się ciut bardziej pomocny. Wczoraj na przykład byłem w Biedronce, gdzie podszedł do mnie jakiś mały chłopak który się mnie spytał czy może wiem gdzie znajdę zupy, dopytałem się czy chodzi o takie szybkie (W każdym razie o to chciałem się dopytać bo chyba ująłem to ciut inaczej), a następnie pokazałem kierunek i powiedziałem mu że w pierwszej alejce. Mam nadzieję że znalazł to czego chciał (A chciał zupę pomidorową, pewnie Amino). W sumie dopiero potem się zacząłem zastanawiać czemu wybrał mnie. W końcu moje sandały, krótkie spodnie w kratę w odcieniach niebieskości i gruba bawełniana bluza w kratę w tonacji biało szaro niebieskiej nijak się miała do Biedronkowego zielonego uniformu, dodatkowo założonym na osobie która w sumie stała obok mnie. No ale cóż, ważne że komuś pomogłem (A przynajmniej mam taką nadzieję). Swoją drogą byłem tym tak, no powiedzmy podjarany, że pochwaliłem się tym na fanpage’u Katji pod postem gdzie z kolei ona się chwaliła że ktoś ją rozpoznał na ulicy. Dodatkowo kilka godzin później kiedy enty raz poszedłem z psem do Tesco po chińskie zupy. jakieś dwa typki (Z czego jeden wyglądał na osobę nie z tego kraju, taka karnacja i zarost) pytali się mnie o ulicę i numer. Nie wiedziałem ale na podstawie tego co pamiętam ze swojej okolicy to wskazałem im kierunek w którą stronę powinni iść wzdłuż ulicy by znaleźć potrzebny im numer budynku.

Swoją drogą przypomniała mi się jedna rzecz. Prawie tydzień temu wrzuciłem do mediów społecznościowych zdjęcie które zniknęło po jednym dniu (Mój dzień w Messengerze i odpowiednik tego na Instagramie). O to zdjęcie:

 

Żeby było jeszcze lepiej na zdjęciu umieściłem napis „Pozory mylą xd”, który był świetnym dopełnieniem całości. Jaki miałem cel w wstawieniu takiego dość jednoznacznego zdjęcia?

Tylko paru osobom wytłumaczyłem od razu o co w tym chodzi, ale zanim im to wytłumaczyłem to zgodnie stwierdziły to co przewidziałem. Że zacząłem pić, że pozory mylą, że ja taki nie pijący a tu cicha woda brzegi rwie.

Tu właśnie tkwi haczyk. Jestem pewien że nikt nie pomyślał że niosę piwo swojemu bratu (W końcu zaczął korzystać z tego że odebrałem dowodzik). Wszyscy myśleli że zacząłem pić, a to wcale nie prawda, a butelka znalazła się w moich rękach z trochę innego powodu. Pozory mylą, prawda? No właśnie :D Mały wstrętny eksperyment, ale przewidywane efekty osiągnięte. A przynajmniej na osobach z którymi poruszyłem ten temat. Aczkolwiek wciąż jestem pewien że nie tylko one są pewne w tym rozumowaniu (Aż się spytam jutro paru osób w szkole, może widziały, i się spytam ich o opinie).

No i doszliśmy do dnia dzisiejszego. Na rozpoczęcie roku szkolnego byłem tak bardzo przygotowany że nawet stuningowałem buty (Czyt. wypastowałem czarnym sprayem brązowe buty). Ruszyłem z niezłym zapasem czasu w stronę hali sportowej, przed z którą najpierw spotkałem kolegę ze starej szkoły który wybrał naszą na kierunku Mechatronika, a następnie trzy koleżanki z czego tylko jedna odpowiedziała na moje cześć (Może za cicho powiedziałem, bo suma sumarum odpowiedziała tylko ta która była do mnie odwrócona przodem. Jak na ironie to była ta która mnie nie lubiła, potem lubiła, potem nie lubiła i sam nie wiem jak w końcu jest). O taaak, zaczyna się szkolne życie to czas na pogmatwane opisy kolegów i koleżanek. Po wejściu do budynku pogadałem ciut z kolegą ze starej szkoły (Tym który przyszedł ze mną do technikum), z panem od Religii, a kiedy znalazły się jakieś znajome męskie twarze to udałem się z nimi na sale gimnastyczną, na trybuny. Kolega z OZE i z geodezji, drugi kolega z OZE doszedł ciut później. Rozpoczęcie trochę się nużyło. Poza standardowym elementem jak sztandar szkoły czy hymn (W tym roku zagrany na trąbce, dlatego był krótszy o jedną zwrotkę) no i jak dzisiaj się zorientowałem świecącym słońcem na przemowę dyrektora o końcu wakacji i rozpoczęciu nauki (trzeci raz z rzędu) zostaliśmy potraktowani muzyką z trzech instrumentów. Perkusji, trąbki i muzyki elektronicznej (Przyjmijmy na ten moment że to instrument). W sumie muzykę jaką grali (Jak się później okazało) chłopaki z zewnątrz chyba tylko mi się podobała, przypominała trochę czołówkę do serialu Pitbulla i tą jego otoczkę dźwiękową, te klimaty. I chyba tylko mnie to wpadało w ucho bo wszyscy chcieli już salę opuścić. Aż w końcu nas puścili do budynku szkoły, ostatnio ocieplonej (Tym samym w miarę odnowionej) od zewnątrz, w tym roku odmalowanej wewnątrz. Gadu gadu z wychowawcą na temat planów, co robiliśmy w wakacje, i tak dalej. Potem już zmierzając w stronę domu szkolnym korytarzem z wielkim bananem na twarzy przywitałem się z panią z geografii. Jej mina? Gdzieś już ją widziałem. W lipcu, na Master Trucku. Tak, pani z gegry zrobiła dokładnie taką samą twarz jak ta koleżanka z Warszawy, z arcy wymownym „O kurde tylko nie on” :D A powrót ze szkoły, standardzik, z tą tą koleżanką, tą którą zaprosiłem na moją osiemnastkę. Trochę gadania co tam na wakacjach jak tam zdrowie i tak dalej. Czyli w sumie powrót ze szkoły jak co dzień :D

Po powrocie ze szkoły znowu siadłem oglądać bajki na Cartoon Network póki jeszcze miałem czas oglądać, w końcu za chwile nie będzie mi się nawet chciało. Wychodząc parę godzin później z psem zobaczyłem że jakiś gość pcha samochód, jak się dłużej przypatrzyłem to chciał odpalić auto z pychu. Tak, był tak zmobilizowany że samemu pchał auto z drzwi kierowcy a potem szybko wskakiwał do auta próbując zapalić. Na próżno. Krótka walka z samym sobą, aż w końcu kiedy pies się wyknocił podszedłem do faceta z pytaniem czy pomóc pchać, gdzie uzyskałem pozytywną odpowiedź. Psa przywiązałem do słupa, co by nie przeszkadzał (Aczkolwiek jak to mama zażartowała bardziej opłacało się go przywiązać do auta żeby ciągnął :D ), no i zaczęliśmy proces pchania auta po parkingu. Udało się za drugim razem. Szczerze mówiąc rozpierała mnie taka energia i satysfakcja że chciałem się wszystkim pochwalić (A i tak napisałem to tylko paru osobom, bo reszta i tak nie chciałaby tego słuchać :P ). Tak mało trzeba by pomóc drugiemu człowiekowi czasami. Mała rzecz a cieszy.

I tym pozytywnym akcentem na dzisiaj kończę. Korzystając z okazji chciałbym jeszcze życzyć wszystkiego dobrego wesołej parce z Warszawy z okazji kolejnej ich rocznicy bycia razem (I tak pewnie tego nie przeczytają, ale co mi tam. Mój blog to sobie mogę pozwolić :D ). I dodatkowo, pozdrowienia dla znajomego z Kalisza. Żeby się nie czuł pokrzywdzony że go nie pozdrawiam ;)

Dziękuje wszystkim za czytanie. Do zobaczenia wkrótce!

 

Podsumowanie ostatniego czasu

Witajcie!

Tak jak pisałem poprzednio, nowy wpis na rozpoczęcie roku szkolnego. Czy to oznacza że w mojej szkole rok zaczął się 1 września? Nie, po prostu do końca wierzyłem w swojego pecha że tak będzie, jednak nasza jak chyba każda inna zastosowała się do Ministerstwa Edukacji Narodowej i rok szkolny rozpocznie się 4 września. Świetnie, ostatni weekend na obijanie się.

Co się ostatnio działo, między innymi wszedłem kolejnym krokiem w dorosłość. Przyszło na to że wreszcie poszedłem do Urzędu Miejskiego w celu odebrania dowodu osobistego. Tramwajem zajechałem na opłotki centrum a do UM wybrałem się z buta, a tak jakoś dobry dzień miałem. Po drodze po drugiej stronie ulicy spotykając znajomego który czekam aż właściciel sklepu wędkarskiego „zaraz wróci”. Doszedłem do Urzędu, znalazłem wymagane pomieszczenie. W sumie trochę jak kolejka do lekarza, brakowało tylko wołania po nazwiskach. Swój dowód odebrałem bez problemu, dane się zgadzały a ja w miarę czytelnie podpisałem że go odebrałem (Trochę mi się ręce trzęsły). Dumny z posiadania kolejnego plastiku w kieszeni poszedłem poszukać tego czekającego znajomego który już czekał na tramwaj. Trochę pogadaliśmy i przekonał mnie bym z nim do niego pojechał. Problemem było to że nie miałem biletu, jednak zrobiłem to, przejechałem na gapę całe dwa przystanki tramwajem. Czułem się jak jakiś potwór a w mojej głowie pojawiała się poza Gargamela który zacierał rączki po złapaniu smerfów. W trakcie jazdy nawet sobie ustaliłem przebieg rozmowy z kontrolerem w razie złapania mnie na gorącym uczynku.

- Nie ma pan biletu? Poproszę dowód.

- Heh, ma pan szczęście, dzisiaj odebrałem.

Na szczęście się nie było okazji sprawdzić czy nasza rozmowa tak by przebiegła :D Trochę posiedziałem u znajomego, pooglądałem jego świnki i trochę tam pogadaliśmy. Potem z buta na lokalne tramwajowe centrum przesiadkowe w centrum miasta, ten wsiadł w swój tramwaj, ja w swój. Zanim się jednak pożegnaliśmy, w drodze do śmietnika podniosłem jakąś samotną puszkę po Harnasiu i też ją wyrzuciłem, taki mały gest dla matki natury. Znajomy to skomentował że nie wiadomo kto tego wcześniej dotykał (Racja), i że jakieś pieczarki zaczną mi na ręce rosnąć. Siła sugestii jest okrutna, bowiem całą drogę w tramwaju miałem wrażenie że ręka mi dziwnie pachnie, a to po prostu jakiś żul się dosiał do wagonu.

Wspomnienie o lekarzu przypomniało mi że w ostatnim czasie miałem z nimi dwa wątki. Pierwszym było pójście rano (Ok godziny 9) na pobieranie krwi. Strasznie się paliłem do tego pobierania, pamiętając ból i proces pobierania krwi w szpitalu w Katowicach Ligocie, gdzie pewnego razu, bo moje żyły nie chciały się podzielić moją cenną krwią, zostałem kłuty najpierw w prawe ramię, potem w lewe a potem ostatecznie w prawy nadgarstek… Błagam nigdy więcej. Mając w głowie to nieprzyjemne doświadczenie miałem lekkie obawy żeby wejść do środka. No, ale wszedłem, miła pani wbiła we mnie ciało obce (Nawet nie bolało), ba, nawet miałem odwagę spojrzeć jak bardzo zapełniła strzykawkę moją drogą krwią (Dużo tego było).

Drugi wątek miał miejsce całkiem niedawno. Miałem zostać podwieziony do lekarza w miejscu w którym nigdy nie byłem, zarejestrować się czego nigdy nie robiłem do lekarza o którym nigdy nie słyszałem i dodatkowo spytać się o datę wizyty mojej babci u tego samego lekarza. Bierz kartę chipową i jedziesz. Chyba nie muszę mówić jak „świetnie” byłem nastawiony na ten pomysł, opór stawiałem ale koniec końców pojechałem… Do poprawnego miejsca trafiłem, zarejestrowałem się (Dzięki bogu za polską służbę zdrowia, termin dopiero w listopadzie), spytałem się o datę dla mojej babci i tyle mnie tam widzieli. Nie poszło nawet źle. Potem tylko z buta do domu, po drodze widząc lokomotywę PKP Cargo z wiaduktu po którym nigdy nie chodziłem.

Tego samego dnia niestety doszło do czegoś z czego już zadowolony nie jestem. Stało się coś co nigdy nie powinno się stać. Jako naczelny wyprowadzacz psa od wielu wielu lat teoretycznie wiem ile pies jest w stanie wytrzymać pomiędzy spacerami i jak się zachowuje w określonych okolicznościach (Przykładowo jeśli mama idzie do mięsnego to ryczy w niebogłosy jakby nie był od dwóch dni niewyprowadzany). Tego feralnego dnia grałem sobie w minecrafta (O którym trochę później bo wiążę się z nim trochę dłuższa historia) kiedy biedak do mnie przyleciał z płaczem. Wiedziałem że jakieś 4 godziny temu z nim wychodziłem więc opcje że mu się chce odrzuciłem praktycznie natychmiastowo (No po prostu za wcześnie było). Kiedy ten był nie do zniesienia powołując się na swoją teorie że kogoś nie ma w domu po prostu wygoniłem go z pokoju i zamknąłem drzwi. Na efekt długo nie musiałem czekać, bowiem wręcz chwile później w domu rozległy się wrzaski. Stało się, pies zlał się na środku pokoju, częściowo nawet do moich butów. Pierwszy raz w życiu pies został zmuszony do popuszczenia w mieszkaniu… Do dzisiaj mam z tego powodu wyrzuty sumienia, bo świetnie wiem że nie powinno nigdy dojść do sytuacji gdzie stawiam granie na komputerze wyżej od psiej potrzeby, jak się okazało realnej psiej potrzeby. Na efekt też nie musiałem długo czekać, szlaban na komputer i na konsole, bezterminowy szlaban (Ostatecznie, do końca września).

To może zejdę teraz z trochę przykrego, dla mnie jak i dla psa tematu. Znajomy autystyk raz jeszcze zaprosił mnie na grilla do siebie. Jak zwykle było fajnie, pogadałem ze wszystkimi, najadłem się ( :D ). Miałem okazje popływać w basenie, zaznać beztroski i tak dalej. Miałem także okazje brać udział w grupowym zdjęciu przy ognisku. Z racji mojego wzrostu stałem najbardziej z tyłu, a że ludzie nie mogli się zgrać to trochę zajęło zanim zdjęcie zostało wykonane. Efektem była darmowa depilacja ogniem tylnej strony moich łydek. Serio, wypaliło mi tam włosy od tego gorąca :P Tak jak normalnie to ja odwiedzałem znajomego, tak kilka dni potem on przyjechał mnie odwiedzić. Skończyło się na tym że zapoznał się z moimi zwierzętami, pooglądaliśmy trochę telewizji, rozwiązaliśmy kilka pytań egzaminacyjnych na kategorie B i tyle go widziałem, było całkiem miło.

To teraz przejdę do daleko wyżej wspomnianego minecrafta. Chyba wiecie jak bardzo mi znowu zależy na relacjach z żeńską połówką parki z Warszawy, no wiecie, z tą koleżanką. Powiedziała mi że chętnie ze mną zagra w klocki jeśli tylko zorganizuje serwer. Kilka dni szukania jakiegoś serwera, na nic. Byłem tak bardzo zdesperowany że posunąłem się do wykupienia własnego serwera do minecrafta. Z kieszeni ubyło 5 zł ale myślę że nigdy lepiej nie wydałem takiej sumy pieniędzy. Trochę sobie pograliśmy, w międzyczasie powiedziała mi że od kilku miesięcy namawiała swojego chłopaka (Męska część parki z Warszawy) na wspólne granie czy na opłacenie serwera, na próżno. No ok.

Następnego dnia dostałem informacje że (Jakimś dziwnym podejrzanym trafem) on stwierdził że serwer jednak opłaci i żebym podesłał świat z mojego serwera co by to nie zaczynać zupełnie od początku. Nie byłem z tego zbytnio zadowolony. I tu już nie chodzi o utratę władzy (Władzę zmieniania pogody, zmieniania trybu gry, wyrzucania z serwera i tak dalej i tak dalej), ale mi głównie zależało żeby to z nią zagrać i tylko z nią. Udało się tylko przez jeden dzień. Ale było warto, niczego nie żałuje (Ktoś chce serwer do Minecrafta? Aktywny do 24 września, maksymalnie 5 slotów). Potem już graliśmy z jej chłopakiem, potem jeszcze kilka osób z wirtualnej firmy się skombinowało no i ogólnie rzecz biorąc było fajnie, mały niesmak pozostawał ale jakoś to było zrekompensowane wspólnymi wypadami po piasek czy po jedzenie (Kto grał w Minecrafta ten pewnie zrozumie). A że się grało wspólnie to można było w jakiś dziwny sposób kreować jakąś normalną relacje starych dobrych znajomych, no lepsze to niż czekanie do lipca 2018 na kolejnego Master Trucka gdzie znowu pewnie bym pogadał tylko z jej chłopakiem a ona znowu by mnie olała :D (Obym się mylił). Tym samym kara na komputer zabolała mnie dodatkowo, nie tylko nie mam możliwości grania (Co da się przeboleć) ale teoretycznie straciłem możliwość jakiegoś „stałego” kontaktu z ową koleżanką. No przykro mi się zrobiło. Dni mijały, ja mając na uwadze że powiedziała mi że mogę do niej pisać kiedy chce (Możliwości było kilka, gorzej było z tym czy odpisze), no i tak się zastanawiałem kiedy napisać, mając na uwadze także własne zdanie „Jak by chciała to by napisała sama” wierząc w to ślepo od kilku lat :P (Nawet kilka razy się zdarzyło, o dziwo). No właśnie, dokładnie wczoraj rozmawiając ze znajomym w końcu mu napisałem że odkąd straciłem dostęp komputera, tym samym mniej żyje w wirtualnej firmie i nie wchodzę na komunikator głosowy to nie mam za bardzo z kim o dupie marynie pogadać. Cóż za zbieg okoliczności, minutę później dostałem od owej koleżanki esemesa co tam u mnie słychać. No i przez drugą połowę dnia wymienialiśmy się co jakiś czas esemesami o różnych tam bzdurach i tak dalej, po prostu był kontakt który raz jeszcze się urwał. Nie mniej jednak zostałem pozytywnie zaskoczony tym własnowolnym rozpoczęciem kontaktu. Który się urwał… No ale trudno, co jakiś czas powtarzam że jak coś jest za często to się tego nie docenia. No i moja podstawa, jak będzie chciała to odpisze. No i tyle w temacie.

Tak schodząc z tematu relacji międzyludzkich, byłem wczoraj w carrefourze zaopatrując się na przyszły rok szkolny, przy okazji zakupując przedmioty przydatne do mojego hobby, kartę pamięci do telefonu 32GB marki SanDisk (Zdecydowałem się zapłacić trochę więcej pamiętając o jednym wpisie autorstwa Przemka który prowadzi swoją stronę This Is Internet, notabene polecam każdemu kto chciałby trochę poczytać o technologii, i mieć święty spokój) oraz jakiś uchwyt do telefonu na szybę. Dzięki temu moje filmy z przejazdów powinny być nieco lepiej jakości :)

No i znowu wracając do tematów mniej przyjemnych. Ktoś może pamiętam jak jęczałem o anonimach ze strony phototrans.pl? (Wspominałem kiedyś o nich na moim Facebooku na pewno). Tak się składa że kilka dni temu prawdopodobnie jeden z tych (Dodaj jakikolwiek wulgarny epitet) do mnie napisał na moim drugim fanpage’u przeznaczonym mojemu internetowemu ja.

Komentarz pozostawiam wam, ja w każdym razie momentalnie postawiłem na nogi większość moich znajomych od komunikacji miejskiej i kilka osób które się znają na szpiegowaniu. Niestety do dzisiaj nic więcej się nie dowiedziałem poza tym co ma na swoim profilu na Facebooku, ale mam nadzieję że kiedyś gościa, mówiąc kolokwialnie, dopadnę. Jeśli on ma mnie doprowadzić do reszty tej przeklętej zgrai, warto spróbować choćby miało się to skończyć w Rawiczu (Tzw. Pozdro dla kumatych).

No i tak na zakończenie wspomnę o czymś z mojej przeszłości. Kilka dni temu przypomniałem sobie o mojej drobnej fobii. Czy wspominałem kiedyś że chciałbym zobaczyć jak to by było gdyby wszystkie światła zgasły, zupełna ciemność i tak dalej. Okazało się że jedyne źródło światła na moim podwórku dało ciała i zaczęło przygasać (Świeci, świeci, świeci i nagle gaśnie, ciemno, ciemno, ciemno i nagle się zapala).

Pamiętam to zza młodu, strasznie się tego obawiałem. Kiedy gasi ci światło w pokoju to słyszysz przynajmniej kroki gaszącego, dźwięk pstryczka, cokolwiek. A w przypadku latarni drogowej, nie słychać nic, a sam proces jest niespodziewany. Nawet nie jestem pewien czy te „cykle” są równe czy też przypadkowe. Jednocześnie mnie to fascynuje, ale też mnie to obawia. Pamiętam że zawsze taka latarnia sprawiała że przykuwałem na nią szczególną uwagę. Jakby mnie obserwowała. Jedna ze wszystkich która daje jakieś sygnały. Aż czuje się jak w jakiejś bajce gdzie ja rozmawiam z latarniami drogowymi a wszyscy wokoło mi nie wierzą i mają mnie za wariata. No jakoś tak to pewnie wygląda z boku.

I tym akcentem kończę dzisiejszy wpis. Następny już po oficjalnym rozpoczęciu roku, który niestety już całkiem nie dawno.

Dziękuje wszystkim za czytanie, do zobaczenia wkrótce!

Podsumowanie ostatnich trzech dni

Witajcie!

To będzie wpis zamykający wakacyjny ciąg. Po napisaniu poprzedniego wpisu nie spałem jeszcze kilka godzin. Co jakiś czas słuchając nasilający się deszcz. Byłem tak bardzo nastawiony na to że coś złego się stanie że wydawało mi się że z burzy są takie błyski że aż całe pomieszczenie rozświetla. A to po prostu były efekty użyte w aktualnie oglądanym przeze mnie programie prowadzącym przez Radosława Kotarskiego. Zasnąłem gdzieś koło 2, jednak wraz z resztą domowników obudziłem się o 4 kiedy to burza zerwała się raz z wiatrem. Ja że byłem zaspany to poszedłem spać dalej, domownicy którzy postanowili wyjść na dwór zobaczyć opowiedzieli mi rano że faktycznie wiało ale jakoś dziwnie „górą”. Pobudka koło 10-11 godziny gdzie zaczęliśmy się poważnie zastanawiać nad skróceniem urlopu o jeden dzień i „ucieczkę” do domu. Stwierdziliśmy że nie ma tu nic do roboty, pogoda na „plażing” kiepska, na spacer iść nie ma sensu… Padła decyzja że się pakujemy i jedziemy. Poszło całkiem sprawnie, ciut po 12 wyjechaliśmy z Jezierzan. Byłem trochę zaniepokojony tym wszystkim, w końcu chmury ciemne, no i wspomnienie burzowej nocy. Żeby było jeszcze „klimatyczniej” RMF FM zapodał nam na wyjazd utwór The Road to Hell, lepszej okazji na puszczenie tego utworu nie było, już sam tytuł sugeruje z czym mi się to mogło skojarzyć i co mogło się stać później.

Dojechaliśmy do głównej drogi gdzie zaczęliśmy grzać w stronę trójmiasta. Znowu trochę na około, ale mieliśmy w tym cel. Skoro oddali do użytku prawie całą A1 to czemu by z tego nie skorzystać? Jechaliśmy na spokojnie DK6, kiedy to w trakcie jazdy podali informacje że na A1 za Toruniem w stronę Łodzi zablokowany jeden pas. Świetne wieści, super. W Lęborku zostawiliśmy na wpół bezpieczną krajówkę na rzecz jazdy przez zawsiówki. Drogi ciasne, po części dziurawe ale za to jakie widoki z podjazdami i jazdami. Zawsze mnie to ciekawiło że to chociaż pomorze to i tak się można wspinać i zjeżdżać z „gór”. Po drodze widzieliśmy efekty burz, przewrócone (Już pocięte i poskładane obok drogi) drzewa, łyse pieńki… Było widać że coś tu przeszło. W międzyczasie dowiedzieliśmy się że huragan, owszem, był ale koło Drawska Pomorskiego. Zatrzymaliśmy się po drodze na Orlenie w miejscowości o nazwie Kczewo gdzie mieszkał sobie „Orlenowy kot” (Spał sobie smacznie na drewienkach do grilla :D ). Po poinformowaniu domu że żyje i że uciekamy do domu zaczęliśmy jechać dalej. Dojechaliśmy do słynnej obwodnicy trójmiasta w ciągu S6, gdzie drugi raz dzisiaj widzieliśmy znaki na Szczecin :P Pierwsze co zrobiliśmy to utknęliśmy w niewielkim korku przed zwężeniem z trzech na dwa pasy, a potem standardowo w korku do bramek autostradowych w Rusocinie. Po zaliczeniu bramek już jechaliśmy praktycznie na spokojnie cały czas A1. Ciekawe było że gdzie byśmy się nie zatrzymali na stacji po drodze, to zawsze było mnóstwo osób. Pomorze, Kujawy, Łódzkie… Ludzi więcej niż MOPy mogły pomieścić, ten zabawny widok kiedy do trzech aut zajmowało miejsca przeznaczone dla ciężarówek. Po drodze jadąc jeszcze na S6 w radiu usłyszeliśmy kolejną informacje. Zdarzenie drogowe na A1 na wysokości Łodzi w stronę Katowic. Jeszcze lepiej… Im dalej na południe tym bardziej było widać że padało, za Toruniem było widać że jezdnia jest mokra. Przy Toruniu znajdują się bramki w Nowej Wsi, gdzie dostałem ostrzeżenie od znajomego że długo się stoi, dodatkowo za Gdańskiem i jeszcze gdzieś po drodze stały mobilne tablice zmiennej treści informujące o czasie oczekiwania powyżej 15 minut. Jednak dzięki nieczystemu zagraniu ojca w postaci ominięcia korka przez parking przed bramkami czas skróciliśmy do 10 minut. Dzięki temu że stwierdziliśmy że jednak ciśniemy się w paszczę lwa (Czytaj zator na bramkach w Nowej Wsi) i nigdzie nie zjeżdżaliśmy dla ominięcia korka miałem okazje zwiedzić kolejny odcinek A1, od węzła Nowe Marzy do Łodzi. Zbliżając się do Łodzi w radiu zapodali kolejną informacje. Do ziemi zbliża się meteoryt. No kurde, gorzej już być nie mogło… W końcu przejechaliśmy całą autostradę, zjechaliśmy na starą dobrą Gierkówkę którą znałem bardzo dobrze, przejechaliśmy się przez Częstochowę (Ile lat bym nie jechał DK1 przez to miasto zawsze wywiera na mnie ta droga takie samo duże wrażenie), a potem już po zmroku (I po przejściu deszczu) zostałem odwieziony przez ojca pod drzwi.

Google maps co prawda nie było skore do współpracy, ale chętnie chciałem zobaczyć przebieg mojej wakacyjnej podróży. Na niebiesko przejazd pociągiem, na czerwono przejazd z Warszawy nad morze, na brązowo to gdzie jeździliśmy nad morzem i na czarno powrót z morza do domu.

Jak dla mnie wygląda całkiem ciekawie.

Aż przyszedł dzień następny, w którym już się praktycznie zaklimatyzowałem do codziennego trybu życia (Czyli pies, zakupy, komputer i tak dalej). Wyszło na to że brzydką pogodę przywieźliśmy ze sobą, bowiem kiedy byliśmy nad morzem na śląsku upały po trzydzieści parę stopni. Od wczoraj pada i jest wilgotno, z przelotnymi przebłyskami słońca. W sumie lepsze to niż meteoryt. Notabene, wszystkie zdarzenia które rzekomo zdarzyły się na A1 jakimś dziwnym trafem zostały uprzątnięte zanim zjawiliśmy się w konkretnych miejscach.

A co robiłem przez te dwa dni, byłem raz w Biedronce, gdzie dziwnym trafem udało mi się zabrać przeciekające opakowanie maślanki, zalewając korytarz i swoje zakupy… Ogólnie to znowu siedzę przed komputerem i utrzymuje lepsze bądź gorsze kontakty ze swoimi znajomymi z wirtualnej spedycji, poza tym odświeżył się jeszcze jeden kontakt z innym internetowym znajomym. Podsumowując, wróciłem do stabilnego łącza, tym samym do internetowego życia.

Na dzisiaj myślę że tyle. Mnie czeka jeszcze wrzucenie dwóch filmów z przejazdów (Wylot z Koszalina oraz krajówka do Darłowa). Następny wpis pojawi się pewnie na początku roku szkolnego, może trochę wcześniej.

Dziękuje wszystkim za czytanie, do zobaczenia wkrótce!

Podsumowanie dnia

Witajcie!

Kolejny dzień za mną. Działo się trochę mniej ale wciąż jest o czym opowiedzieć. Po przebudzeniu od razu na nogi. Celem był spacer do pobliskiej miejscowości, znajdującej się koło nadjeziornej plaży. Jak pomyśleliśmy tak zrobiliśmy, wybraliśmy się do miejscowości Łącko. Miejscowość mała, ale za to całkiem ładna, ulice głównie pokryte kostką brukową z ładną asfaltową drogą dla rowerów (Która była całkiem osobliwie oznakowania znakiem samoróbką chyba).

W samej miejscowości dodatkowo jakiegoś bociana na własne oczy widziałem. Powrót polną drogą z (Jak ostrzegały znaki) miękkim poboczem, wśród pól. Przyznam było na co popatrzeć, bo i rumianek rósł przy drodze i skrzyp polny i różne inne „kwiatki”, No i krajobraz samych pól z drzewami w tle. I oczywiście kolejna okazja to myślenia sobie co by było gdyby i tak dalej, no trzeba w końcu korzystać z tego chodzenia :P Po drodze kupiliśmy świeże jajka oraz zrobiliśmy zapasy w sklepie, żeby potem udać się do chatki na obiad i popołudniową drzemkę.

Po drzemce padła kolejna decyzja na spędzenie dnia. Wybranie się do Jarosławca, początkowo na gofra. Kolejny raz sandały na stopy, plecak na plecy (Do którego na wszelki wypadek zapakowałem bluzę) no i przejście kolejnych kilometrów do miasta. Doszliśmy do Jarosławca gdzie razem z ojcem postanowiliśmy wejść na szczyt tutejszej latarni morskiej. Trochę to trwało, bowiem schody strome a odległość do pokonania w górę nie mała. Jednak ta satysfakcja po wejściu na górę i ten widok dookoła siebie był wart trochę więcej niż stracone siły na wspinanie się. Szczególnie jak spojrzało się w stronę morza, widok niesamowity. Zeszliśmy na dół i skierowaliśmy się w stronę gofrów, standardowo kupując sobie po jednym Full wypasie. Bardzo miłe panie robią w tej przyczepie z goframi, mała krótka rozmowa się wywinęła między nami która się zaczęła od tego że w ich pojemnikach na lodowy napój pływają osy (Przynajmniej były tego świadome),a skończyło na tym kiedy jedna z nich miała mojego gofra w ręce i przez dłuższą chwile wołała do jego odbioru, aż dała sobie wytłumaczyć poprzez koleżankę że stoję tuż przed nią :D Aż im napiwek dałem za to, miłe dziewczyny :P Potem znowu zajęcie miejsca z widokiem na morze w knajpce nad zboczem, gdzie z kolei na pytanie dla kogo kawa odpowiedziałem „Dla dorosłych”, zapominam że ja już też jestem dorosły (W sumie stronę z opisem bloga przydałoby się zaktualizować). No i póki prąd w telefonie się nie skończył to tam siedziałem aż do wyczerpania baterii i stwierdzenia że ja już wracam. I raz jeszcze nieco ponad 30 minut samotnego chodzenia wzdłuż drogi w kierunku chatki, w trakcie rozmyślając nad wieloma rzeczami. Bawi mnie mój tok myślenia kiedy się zastanawiam o czym np opowiedzieć znajomym, potem przychodzi mi o czym im powiedzieć, następnie już sobie planuje jak im to powiem, w jakich dawkach, ewentualnie zastanawiam się co też mi mogą na to odpowiedzieć aż na samym końcu dochodzę do wniosku że ich to i tak nie interesuje i zaczynam myśleć o czymś innym :P I tak czasem kilka razy, w końcu lubię się dzielić czymś co mi się spodobało, zapadło w pamięć lub mi wyszło. Tylko niekoniecznie jest komu to powiedzieć, zwłaszcza że swoich znajomych też mam w jakimś stopniu podzielonych względem informacji / przeżyć z którymi mogę się z nimi podzielić. Trochę to złożone, ale ma to jak najbardziej sens. No bo co będę np kolegom związanym z komunikacją miejską opowiadał coś związanego z osobą którą znam z gry np, no nie ma to sensu przecież jak on nie będzie wiedział o kim i o czym mówię.

Po kolacji zadzwoniłem do „Centrali”, czyli do mamy. Z którą znowu przegadałem dobre pół godziny na temat ostatnich wydarzeń, co robiłem i tak dalej (No cóż, blog jej wszystkiego nie opisze :D Chociaż i tak o paru rzeczach zapomniałem). W mediach znowu coś huczy na temat kiepskiej pogody na pomorzu. Żeby to była tylko mżawka czy inny letni deszczyk, ale między innymi od mamy dowiedziałem się że z moją stronę nadciąga huragan. W trakcie naszej rozmowy, kiedy to spacerowałem sobie w kółko uliczką, chociaż przestało padać, zauważyłem od północy że trochę się błyska. No i jeszcze pocieszające instrukcje mamy na temat ucieczki do betonowego domu, jak daleko jest drzewo, na środku pola nie trafi mnie piorun i uzgodnij z ojcem gdzie uciekać na wypadek huraganu. Najlepsze było to że w tle u mamy leciał festiwal w Sopocie, akurat leciała piosenka którą lubimy sobie przekręcać „Zabiorę cię właśnie tam, gdzie słońce nie dochodzi”. Co za zbieg okoliczności. Tak jak ostatnio wspominałem o jakże pocieszającej babci, tak dzisiaj mama pokazała klasę, dzisiaj chyba nie usnę. Zwłaszcza że zaczęło na dworze padać…

I tym negatywnym akcentem na dzisiaj kończę. Dziękuje wszystkim za czytanie, do zobaczenia wkrótce!

Podsumowanie dnia

Witajcie!

Kolejny jakże ekscytujący wpis z mojego życia na urlopie. Dzisiaj znowu wybraliśmy się do Darłowa. Tym razem najkrótsza droga nie była zablokowana przez traktor, więc mogliśmy trochę skrócić czas przejazdu. Celem był miejscowy wulkanizator polecony przez gościa który robił nam samochód. Wybraliśmy się do niego w okolicach południa, lekka kolejka ale zostaliśmy przyjęci. Po wjechaniu na stanowisko okazało się że znowu jest jakiś problem, bowiem nie było odpowiednich śrub. Najbliższe śrubki dostępne w Koszalinie, super. Wsiedliśmy w samochód i przejechaliśmy się 50 km po trochę śrubek :) Nie ma tego złego bo znowu miałem się okazje przejechać urokliwą wylotówką z Koszalina na zachodzie oraz drogą krajową łączącą Darłowo z DK6, szybki dojazd z głównej drogi do nadmorskiej miejscowości. Mnie jako mieszczucha to trochę bawi, najpierw jedziesz do jakiegoś miasta pewną odległość żeby ci tam powiedzieli że potrzeba czegoś co jest dostępne daleko stąd. Mieszkanie w Górnośląskim Okręgu Przemysłowym nie jest wcale takie złe bo tam jest wszystko pod ręką praktycznie. Dojechaliśmy do miasta do kolejnego wulkanizatora gdzie trochę trwało zanim ktoś się nami zajął i zanim znaleźli odpowiednie śrubki. Ja w tym czasie napakowałem się śmiałością i stwierdziłem że trochę się pokręcę po okolicy. W sensie, cofnę się kilkaset metrów wzdłuż drogi którą tu dojechaliśmy po to by zrobić zdjęcie staremu samochodowi zza płota a potem cyknąć fotkę autobusowi które w mojej okolicy niedawno przestały jeździć. Ja oczywiście jestem z siebie bardzo dumny, idzie mi co raz lepiej w „życiu”, samodzielności i z lekka pewności siebie. No ale potem jest ta myśl, jak bardzo ja się cieszę z rzeczy które niektóre osoby robią codziennie i to nie jest dla nich nic strasznego. Miałem tak a propo tej jazdy pociągiem, jaki to ja wspaniały że wsiadłem, że pojechałem, że dojechałem bez szwanku. A przecież codziennie mnóstwo osób wybiera jazdę pociągiem to do pracy, to do domu, to do znajomych czy gdzieś tam. No i w porównaniu do nich mój sukces już nie jest taki wielki. Zostaliśmy obsłużeni i wybraliśmy się w drogę powrotną, w trakcie której nagrałem sobie właśnie przejazd tą wylotówką oraz krajówką do Darłowa, nie mogłem sobie odmówić :P Dojechaliśmy do Darłowa gdzie z kolei widziałem Szynobus łączący Darłowo ze Sławnem. Który swoją drogą ma bardzo ciekawy rozkład. Postoje na końcowych stacjach od 30 minut do aż 3 godzin. Albo mam złe źródło albo naprawdę on jest taki… hmm, ciekawy.

Udało się wreszcie doprowadzić auto do porządku, skoro byliśmy w Darłowie grzech byłoby nie skorzystać z tutejszej plaży w Darłówku. Najpierw napełniliśmy brzuchy a potem wybraliśmy się na plażę. Która swoją drogą całkiem pusta, plaża bardzo ładna no i w ogóle… ładnie tam po prostu :P Do wody wszedłem, zanurzyłem się po szyje, i znowu zacząłem dumać nad problemami pierwszego świata i tego mojego świata. Żadnego co prawda nie rozwiązałem, za to rozwiązałem problem plastikowego worka w morzu, który do mnie łaskawie przypłynął więc stwierdziłem że zrobię coś dla świata i go wyrzucę do śmietnika. Trochę potem popływałem od boi do boi i po nacieszeniu się widokiem morza, horyzontu oraz informacji głosowej faceta od popcornu (Ten donośny głos jest właściwie częścią polskich plaż :) ). No i następnie powrót do naszej chatki, zahaczając o przyjaciółkę żony ojca. Notabene gdzieś w jej okolicy znajdował się kolega ze szkoły, ale jakoś nie złożyło się na spotkanie.

A teraz siedzę sobie znowu na ganku, obok mam grilla, na grillu pilnuje udka czy dobrze się smażą (Tak fajnie rozpaliłem ogień że smażą się nierównomiernie), w towarzystwie czterech pająków, tego z wczoraj który nadal wisi mi nad głową, i dwóch na ścianie obok mnie które symetrycznie wiszą po dwóch stronach ramy okiennej (Idealnie na tej samej wysokości sobie wiszą). W sumie  takie siedzenie po nocy nawet mi się podoba. Czasami ktoś przejdzie chodnikiem obok, albo przejedzie rowerem. Ja wdycham świeże powietrze (Chociaż aktualnie dym z grilla) i wpatruje się w LEDowe oświetlenie tej uliczki. W sumie lepsze to niż siedzenie przed pecetem w domu, w akompaniamencie okresowego darcia twarzy przez „fanów” miejscowego klubu oraz dźwiękach syren policyjnych. I takiego relaksiku jeszcze parę dni. Dużo czasu żeby zastanowić się nad swoim życiem, są do tego warunki :P

Dziękuje wszystkim za czytanie, do zobaczenia wkrótce!

Podsumowanie dnia

Witajcie!

Kolejny dzień na urlopie, dzisiaj zgodnie z przewidywaniami pewnego gościa od pogody (Notabene dobry jest w tym co robi bo muszę przyznać nie raz się sprawdziło, przewiduje pogodę głównie dla Górnego Śląska ale ostatnio przewidział dla kraju i się sprawdziło) w moim miejscu wypoczynkowym pogoda się zepsuła. Co prawda nie tak wcześnie jak się tego spodziewałem ale do rzeczy.

Dostałem rano misję. Pójść na zakupy do miasteczka obok po produkty na grilla i co tam mi z kolei do życia potrzebne. No spoko, wiedziałem że na wakacjach trochę sobie pochodzę. Plecak mam, pieniądz mam to poszedłem w drogę. Korzystając z okazji że byłem sam to zrobiłem parę zdjęć które chciałem wykonać wzdłuż trasy przejścia. Że chmury ciężkie a i na uwadze miałem wczorajsze zapowiedzi to ubrałem się „na najgorsze”, czyli bluza, długie spodnie z wieloma kieszeniami (Uwielbiam te spodnie bo mogę mieć przy sobie wiele różnych rzeczy w pozornym ładzie) i moje „niezniszczalne” buty. Trochę pokropiło ale w sumie tylko tyle, lało się głównie ze mnie w drodze powrotnej :P Doszedłem do miasteczka, dostałem wcześniej wytyczne że jakiś sklep znajduje się po lewej stronie. Faktycznie, znalazłem pierwszy lepszy sklep spożywczy. Ba, nawet dwa. Od dawna powtarzam pewną przygnębiającą rzecz. „Dobry człowiek to martwy człowiek”. W sumie mogę ją w tym konkretnym przypadku zinterpretować w nieco inny sposób. Doceniamy coś czego akurat nie ma. A w moim przypadku, nie było tak dużego wyboru jaki miałbym np w mojej Biedronce (Jak się dowiedziałem później, najbliższa w Darłowie). Wyszło na to że zwiedziłem trochę miasta w poszukiwaniu jakiegoś marketu, dodatkowo kupując zapiekankę której nie miałem wczoraj okazji skosztować (Warto było). Koniec końców google mnie wyprowadziło gdzieś do jakiegoś hotelu więc przeprosiłem się z tym pierwszym spożywczakiem, kupiłem co dałem radę kupić i zmierzałem w stronę domku. Zmęczony ale doszedłem na miejsce, rzecz jasna dumny z siebie i cały mokry. I wtem powiedzieli mi że obok nas znajduje się jakiś i tam można było kupić zapasy w mięsie. No świetna wiadomość po przejściu ok 6 km w obie strony. Potem kiełbasa z grilla (Na ganku pod dachem bo się wreszcie rozpadało) no i poobiedni odpoczynek.

Nasz samochód (Który stał w Darłowie a nie w Koszalinie, dzisiaj się dowiedziałem trochu więcej), był dzisiaj do odebrania, facet (Od tej szybkiej Astry) co ją robił nam ją przywiózł, potem my mieliśmy odwieźć jego. Przejechaliśmy się więc w tak paskudną pogodę do Darłowa. Tak paskudną że aż wyłączyli wiatraki które na pewnej wysokości znikały za mgłą. Jazda głównie polnymi drogami, aczkolwiek z powodu objazdu spowodowanym dźwigiem który stawiał na koła przewrócony traktor musieliśmy bardziej zagłębić się w wiejskie nadmorskie drogi. Zdarzały się ciasne drogi z drzewami w skrajni ale z dobrym asfaltem, oraz takie które były ciasne, z drzewami w skrajni, dziurawe oraz nieutwardzonym poboczem. Zacząłem się zastanawiać który kierowca ma się gorzej. Taki miejski który musi jeździć po miejskiej dżingli, pełnej świateł pieszych, zajętych miejsc do parkowania czy innych wymuszeń pierwszeństwa, czy kierowca wiejski który albo urwie koło w dziurze, albo urwie lusterko przy wymijaniu, albo wyląduje na drzewie… albo w krowie. Dojechaliśmy na miejsce, odstawiliśmy gościa, zatankowaliśmy nasz wehikuł oraz zajechaliśmy do miejscowej Biedronki. Zazwyczaj w biedrze otwarte są maksymalnie dwie kasy, chociaż czasami kolejka wymagałaby trzeciej kasy. A tam? Poza bałaganem na niektórych półkach (Dużo kartonów do hurtowego transportu jogurtów w lodówce) czy niesymetrycznych alejkach (Miejscami było luźno a miejscami korki gorsze niż w małej nadmorskiej miejscowości, a to tylko klienci i wózki sklepowe a nie piesi i samochody) to najgorzej było pod koniec. Otwartych bodajże 5 kas, a liczba ludności wymagała chyba jeszcze trzech, a maksymalnie jest ich 6. Słowo masakra byłoby w tym przypadku idealne. Wróciliśmy z Darłowa, zajechaliśmy do Jarosławca (Miasteczka „obok”) na jakiegoś gofra. Deszcz raczej tylko kropił więc chodzenie piechotą nie było straszne, a i turystów wciąż było dużo. Jak się zgłębiło w alejkę prowadzącą do morza okazało się że na środku stoją dwa pojazdy straży pożarnej, obok pojazd pogotowia energetycznego, kilkadziesiąt minut później przyjechał ambulans. Jak się później okazało kobietę kopnął prąd (Aczkolwiek domyśliłem się tego sam patrząc po tym że przyjechali energetycy). Ojciec postawił mi gofra, aczkolwiek wiedząc że tej osobie coś się stało trochę dziwnie mi się jadło tego gofra. Jakieś poczucie winy? Nie wiem. Jak ojciec ze swoją zaczęli jeszcze pić kawę to stwierdziłem że nie chce mi się już siedzieć (Nie miałem co robić a jeszcze bateria w telefonie padła :P ) i zacząłem znowu iść z buta do domku. W sumie te 2.5 km to całkiem dużo czasu na przemyślenia. Między innymi przypomniałem sobie początek mojego bloga. Ktoś pamięta co było tematem pierwszych wpisów? Koszenie trawnika. Praca która kiedyś trwała u mnie 2 dni minimum. A teraz? Ostatnio na wykonanie całej pracy zeszło mi minut 40. W międzyczasie ja trochę podrosłem, wymieniłem pożyczaną kosiarkę elektryczną na kosiarkę ręczną, no i powierzchnia koszenia się trochę zmniejszyła. Ale żeby z dwóch dni zrobić 40 minut? No i myślałem o tym wydarzeniu z tą panią co ją prąd poraził. Przypomniałem sobie także o tym że zawsze jak coś się dzieje (Policja, straż, pogotowie) to zawsze szybko zlatuje się mnóstwo gapiów, lub po prostu kilka elementów w których buzuje typowa ludzka ciekawość. Zauważyłem w tym pewną prawidłowość. Czy zdarzyło wam się kiedyś zastanawiać czemu komary i inne insekty lecą do tego niebieskiego światełka które je razi prądem? Może z tego samego powodu przez który ciągnie nas do niebieskich świateł pojazdu uprzywilejowanego? Widać podobieństwo?

No i jeszcze kwestia samych wakacji. Szczerze mówiąc fajnie się siedzi z lapkiem na dworze i klepie w klawisze. Oddychać tym aż nadto świeżym powietrzem, słuchać świerszczy czy odganiać komary. Nie mniej jednak jest u mnie ta tęsknota za domem. Nie tylko ta typowa dla wszystkich czyli dom jako miejsce gdzie zawsze można wrócić i ktoś w nim na nas czeka. Ale brakuje mi też tego kontaktu z internetem. Tych rozmów przed komunikator głosowy do którego tutaj nie mam dostępu czy zwyczajne płaszczenie tyłka przed moim leciwym kompem. No i jeszcze taka kwestia przyzwyczajenia się. Wspominam co jakiś czas kwestie serialowego Sherlocka Holmesa który po pozorowanej śmierci został znaleziony na terenie Rosji i zechciał powrócić do Londynu żeby znowu „poczuć to miasto”. Coś w tym jest, jak żyjesz w jakimś miejscu to przyzwyczajasz się do tempa jego życia. Do nowych codzienności i innych czynności które się powtarzają lub wiesz że się zdarzają w jakiś określony sposób. Jak się wyjeżdża na wczasy to się trochę zatraca tej płynności z rodzinnego miasta na przykład. Aczkolwiek zawsze kiedy po powrocie z daleka wychodzę z psem to podstawowe instynkty typu sprawdź czy nie idzie inny pies i upewnij się czy inny pieszy nie ma ze sobą psa działają świetnie. No ale rozumiecie o co mi chodzi.

Do domku prawie doszedłem, bo chociaż tempo mam dobre to ojciec zdążył dopić kawę i dogonić mnie samochodem (No i podwieźć ;) ). I w ten sposób doszliśmy do końca kolejnego dnia mojego urlopu.

Ostatni wpis sponsorowały komary które swoim dźganiem wygoniły mnie do chatki. Dzisiejszy wpis jest sponsorowany przez:

Przynajmniej nie mogę narzekać na samotność :P

Dziękuje wszystkim za czytanie. Do zobaczenia wkrótce!