Podsumowanie dnia

Witajcie!

Kolejny dzień za mną. Działo się trochę mniej ale wciąż jest o czym opowiedzieć. Po przebudzeniu od razu na nogi. Celem był spacer do pobliskiej miejscowości, znajdującej się koło nadjeziornej plaży. Jak pomyśleliśmy tak zrobiliśmy, wybraliśmy się do miejscowości Łącko. Miejscowość mała, ale za to całkiem ładna, ulice głównie pokryte kostką brukową z ładną asfaltową drogą dla rowerów (Która była całkiem osobliwie oznakowania znakiem samoróbką chyba).

W samej miejscowości dodatkowo jakiegoś bociana na własne oczy widziałem. Powrót polną drogą z (Jak ostrzegały znaki) miękkim poboczem, wśród pól. Przyznam było na co popatrzeć, bo i rumianek rósł przy drodze i skrzyp polny i różne inne „kwiatki”, No i krajobraz samych pól z drzewami w tle. I oczywiście kolejna okazja to myślenia sobie co by było gdyby i tak dalej, no trzeba w końcu korzystać z tego chodzenia :P Po drodze kupiliśmy świeże jajka oraz zrobiliśmy zapasy w sklepie, żeby potem udać się do chatki na obiad i popołudniową drzemkę.

Po drzemce padła kolejna decyzja na spędzenie dnia. Wybranie się do Jarosławca, początkowo na gofra. Kolejny raz sandały na stopy, plecak na plecy (Do którego na wszelki wypadek zapakowałem bluzę) no i przejście kolejnych kilometrów do miasta. Doszliśmy do Jarosławca gdzie razem z ojcem postanowiliśmy wejść na szczyt tutejszej latarni morskiej. Trochę to trwało, bowiem schody strome a odległość do pokonania w górę nie mała. Jednak ta satysfakcja po wejściu na górę i ten widok dookoła siebie był wart trochę więcej niż stracone siły na wspinanie się. Szczególnie jak spojrzało się w stronę morza, widok niesamowity. Zeszliśmy na dół i skierowaliśmy się w stronę gofrów, standardowo kupując sobie po jednym Full wypasie. Bardzo miłe panie robią w tej przyczepie z goframi, mała krótka rozmowa się wywinęła między nami która się zaczęła od tego że w ich pojemnikach na lodowy napój pływają osy (Przynajmniej były tego świadome),a skończyło na tym kiedy jedna z nich miała mojego gofra w ręce i przez dłuższą chwile wołała do jego odbioru, aż dała sobie wytłumaczyć poprzez koleżankę że stoję tuż przed nią :D Aż im napiwek dałem za to, miłe dziewczyny :P Potem znowu zajęcie miejsca z widokiem na morze w knajpce nad zboczem, gdzie z kolei na pytanie dla kogo kawa odpowiedziałem „Dla dorosłych”, zapominam że ja już też jestem dorosły (W sumie stronę z opisem bloga przydałoby się zaktualizować). No i póki prąd w telefonie się nie skończył to tam siedziałem aż do wyczerpania baterii i stwierdzenia że ja już wracam. I raz jeszcze nieco ponad 30 minut samotnego chodzenia wzdłuż drogi w kierunku chatki, w trakcie rozmyślając nad wieloma rzeczami. Bawi mnie mój tok myślenia kiedy się zastanawiam o czym np opowiedzieć znajomym, potem przychodzi mi o czym im powiedzieć, następnie już sobie planuje jak im to powiem, w jakich dawkach, ewentualnie zastanawiam się co też mi mogą na to odpowiedzieć aż na samym końcu dochodzę do wniosku że ich to i tak nie interesuje i zaczynam myśleć o czymś innym :P I tak czasem kilka razy, w końcu lubię się dzielić czymś co mi się spodobało, zapadło w pamięć lub mi wyszło. Tylko niekoniecznie jest komu to powiedzieć, zwłaszcza że swoich znajomych też mam w jakimś stopniu podzielonych względem informacji / przeżyć z którymi mogę się z nimi podzielić. Trochę to złożone, ale ma to jak najbardziej sens. No bo co będę np kolegom związanym z komunikacją miejską opowiadał coś związanego z osobą którą znam z gry np, no nie ma to sensu przecież jak on nie będzie wiedział o kim i o czym mówię.

Po kolacji zadzwoniłem do „Centrali”, czyli do mamy. Z którą znowu przegadałem dobre pół godziny na temat ostatnich wydarzeń, co robiłem i tak dalej (No cóż, blog jej wszystkiego nie opisze :D Chociaż i tak o paru rzeczach zapomniałem). W mediach znowu coś huczy na temat kiepskiej pogody na pomorzu. Żeby to była tylko mżawka czy inny letni deszczyk, ale między innymi od mamy dowiedziałem się że z moją stronę nadciąga huragan. W trakcie naszej rozmowy, kiedy to spacerowałem sobie w kółko uliczką, chociaż przestało padać, zauważyłem od północy że trochę się błyska. No i jeszcze pocieszające instrukcje mamy na temat ucieczki do betonowego domu, jak daleko jest drzewo, na środku pola nie trafi mnie piorun i uzgodnij z ojcem gdzie uciekać na wypadek huraganu. Najlepsze było to że w tle u mamy leciał festiwal w Sopocie, akurat leciała piosenka którą lubimy sobie przekręcać „Zabiorę cię właśnie tam, gdzie słońce nie dochodzi”. Co za zbieg okoliczności. Tak jak ostatnio wspominałem o jakże pocieszającej babci, tak dzisiaj mama pokazała klasę, dzisiaj chyba nie usnę. Zwłaszcza że zaczęło na dworze padać…

I tym negatywnym akcentem na dzisiaj kończę. Dziękuje wszystkim za czytanie, do zobaczenia wkrótce!

Podsumowanie dnia

Witajcie!

Kolejny jakże ekscytujący wpis z mojego życia na urlopie. Dzisiaj znowu wybraliśmy się do Darłowa. Tym razem najkrótsza droga nie była zablokowana przez traktor, więc mogliśmy trochę skrócić czas przejazdu. Celem był miejscowy wulkanizator polecony przez gościa który robił nam samochód. Wybraliśmy się do niego w okolicach południa, lekka kolejka ale zostaliśmy przyjęci. Po wjechaniu na stanowisko okazało się że znowu jest jakiś problem, bowiem nie było odpowiednich śrub. Najbliższe śrubki dostępne w Koszalinie, super. Wsiedliśmy w samochód i przejechaliśmy się 50 km po trochę śrubek :) Nie ma tego złego bo znowu miałem się okazje przejechać urokliwą wylotówką z Koszalina na zachodzie oraz drogą krajową łączącą Darłowo z DK6, szybki dojazd z głównej drogi do nadmorskiej miejscowości. Mnie jako mieszczucha to trochę bawi, najpierw jedziesz do jakiegoś miasta pewną odległość żeby ci tam powiedzieli że potrzeba czegoś co jest dostępne daleko stąd. Mieszkanie w Górnośląskim Okręgu Przemysłowym nie jest wcale takie złe bo tam jest wszystko pod ręką praktycznie. Dojechaliśmy do miasta do kolejnego wulkanizatora gdzie trochę trwało zanim ktoś się nami zajął i zanim znaleźli odpowiednie śrubki. Ja w tym czasie napakowałem się śmiałością i stwierdziłem że trochę się pokręcę po okolicy. W sensie, cofnę się kilkaset metrów wzdłuż drogi którą tu dojechaliśmy po to by zrobić zdjęcie staremu samochodowi zza płota a potem cyknąć fotkę autobusowi które w mojej okolicy niedawno przestały jeździć. Ja oczywiście jestem z siebie bardzo dumny, idzie mi co raz lepiej w „życiu”, samodzielności i z lekka pewności siebie. No ale potem jest ta myśl, jak bardzo ja się cieszę z rzeczy które niektóre osoby robią codziennie i to nie jest dla nich nic strasznego. Miałem tak a propo tej jazdy pociągiem, jaki to ja wspaniały że wsiadłem, że pojechałem, że dojechałem bez szwanku. A przecież codziennie mnóstwo osób wybiera jazdę pociągiem to do pracy, to do domu, to do znajomych czy gdzieś tam. No i w porównaniu do nich mój sukces już nie jest taki wielki. Zostaliśmy obsłużeni i wybraliśmy się w drogę powrotną, w trakcie której nagrałem sobie właśnie przejazd tą wylotówką oraz krajówką do Darłowa, nie mogłem sobie odmówić :P Dojechaliśmy do Darłowa gdzie z kolei widziałem Szynobus łączący Darłowo ze Sławnem. Który swoją drogą ma bardzo ciekawy rozkład. Postoje na końcowych stacjach od 30 minut do aż 3 godzin. Albo mam złe źródło albo naprawdę on jest taki… hmm, ciekawy.

Udało się wreszcie doprowadzić auto do porządku, skoro byliśmy w Darłowie grzech byłoby nie skorzystać z tutejszej plaży w Darłówku. Najpierw napełniliśmy brzuchy a potem wybraliśmy się na plażę. Która swoją drogą całkiem pusta, plaża bardzo ładna no i w ogóle… ładnie tam po prostu :P Do wody wszedłem, zanurzyłem się po szyje, i znowu zacząłem dumać nad problemami pierwszego świata i tego mojego świata. Żadnego co prawda nie rozwiązałem, za to rozwiązałem problem plastikowego worka w morzu, który do mnie łaskawie przypłynął więc stwierdziłem że zrobię coś dla świata i go wyrzucę do śmietnika. Trochę potem popływałem od boi do boi i po nacieszeniu się widokiem morza, horyzontu oraz informacji głosowej faceta od popcornu (Ten donośny głos jest właściwie częścią polskich plaż :) ). No i następnie powrót do naszej chatki, zahaczając o przyjaciółkę żony ojca. Notabene gdzieś w jej okolicy znajdował się kolega ze szkoły, ale jakoś nie złożyło się na spotkanie.

A teraz siedzę sobie znowu na ganku, obok mam grilla, na grillu pilnuje udka czy dobrze się smażą (Tak fajnie rozpaliłem ogień że smażą się nierównomiernie), w towarzystwie czterech pająków, tego z wczoraj który nadal wisi mi nad głową, i dwóch na ścianie obok mnie które symetrycznie wiszą po dwóch stronach ramy okiennej (Idealnie na tej samej wysokości sobie wiszą). W sumie  takie siedzenie po nocy nawet mi się podoba. Czasami ktoś przejdzie chodnikiem obok, albo przejedzie rowerem. Ja wdycham świeże powietrze (Chociaż aktualnie dym z grilla) i wpatruje się w LEDowe oświetlenie tej uliczki. W sumie lepsze to niż siedzenie przed pecetem w domu, w akompaniamencie okresowego darcia twarzy przez „fanów” miejscowego klubu oraz dźwiękach syren policyjnych. I takiego relaksiku jeszcze parę dni. Dużo czasu żeby zastanowić się nad swoim życiem, są do tego warunki :P

Dziękuje wszystkim za czytanie, do zobaczenia wkrótce!

Podsumowanie dnia

Witajcie!

Kolejny dzień na urlopie, dzisiaj zgodnie z przewidywaniami pewnego gościa od pogody (Notabene dobry jest w tym co robi bo muszę przyznać nie raz się sprawdziło, przewiduje pogodę głównie dla Górnego Śląska ale ostatnio przewidział dla kraju i się sprawdziło) w moim miejscu wypoczynkowym pogoda się zepsuła. Co prawda nie tak wcześnie jak się tego spodziewałem ale do rzeczy.

Dostałem rano misję. Pójść na zakupy do miasteczka obok po produkty na grilla i co tam mi z kolei do życia potrzebne. No spoko, wiedziałem że na wakacjach trochę sobie pochodzę. Plecak mam, pieniądz mam to poszedłem w drogę. Korzystając z okazji że byłem sam to zrobiłem parę zdjęć które chciałem wykonać wzdłuż trasy przejścia. Że chmury ciężkie a i na uwadze miałem wczorajsze zapowiedzi to ubrałem się „na najgorsze”, czyli bluza, długie spodnie z wieloma kieszeniami (Uwielbiam te spodnie bo mogę mieć przy sobie wiele różnych rzeczy w pozornym ładzie) i moje „niezniszczalne” buty. Trochę pokropiło ale w sumie tylko tyle, lało się głównie ze mnie w drodze powrotnej :P Doszedłem do miasteczka, dostałem wcześniej wytyczne że jakiś sklep znajduje się po lewej stronie. Faktycznie, znalazłem pierwszy lepszy sklep spożywczy. Ba, nawet dwa. Od dawna powtarzam pewną przygnębiającą rzecz. „Dobry człowiek to martwy człowiek”. W sumie mogę ją w tym konkretnym przypadku zinterpretować w nieco inny sposób. Doceniamy coś czego akurat nie ma. A w moim przypadku, nie było tak dużego wyboru jaki miałbym np w mojej Biedronce (Jak się dowiedziałem później, najbliższa w Darłowie). Wyszło na to że zwiedziłem trochę miasta w poszukiwaniu jakiegoś marketu, dodatkowo kupując zapiekankę której nie miałem wczoraj okazji skosztować (Warto było). Koniec końców google mnie wyprowadziło gdzieś do jakiegoś hotelu więc przeprosiłem się z tym pierwszym spożywczakiem, kupiłem co dałem radę kupić i zmierzałem w stronę domku. Zmęczony ale doszedłem na miejsce, rzecz jasna dumny z siebie i cały mokry. I wtem powiedzieli mi że obok nas znajduje się jakiś i tam można było kupić zapasy w mięsie. No świetna wiadomość po przejściu ok 6 km w obie strony. Potem kiełbasa z grilla (Na ganku pod dachem bo się wreszcie rozpadało) no i poobiedni odpoczynek.

Nasz samochód (Który stał w Darłowie a nie w Koszalinie, dzisiaj się dowiedziałem trochu więcej), był dzisiaj do odebrania, facet (Od tej szybkiej Astry) co ją robił nam ją przywiózł, potem my mieliśmy odwieźć jego. Przejechaliśmy się więc w tak paskudną pogodę do Darłowa. Tak paskudną że aż wyłączyli wiatraki które na pewnej wysokości znikały za mgłą. Jazda głównie polnymi drogami, aczkolwiek z powodu objazdu spowodowanym dźwigiem który stawiał na koła przewrócony traktor musieliśmy bardziej zagłębić się w wiejskie nadmorskie drogi. Zdarzały się ciasne drogi z drzewami w skrajni ale z dobrym asfaltem, oraz takie które były ciasne, z drzewami w skrajni, dziurawe oraz nieutwardzonym poboczem. Zacząłem się zastanawiać który kierowca ma się gorzej. Taki miejski który musi jeździć po miejskiej dżingli, pełnej świateł pieszych, zajętych miejsc do parkowania czy innych wymuszeń pierwszeństwa, czy kierowca wiejski który albo urwie koło w dziurze, albo urwie lusterko przy wymijaniu, albo wyląduje na drzewie… albo w krowie. Dojechaliśmy na miejsce, odstawiliśmy gościa, zatankowaliśmy nasz wehikuł oraz zajechaliśmy do miejscowej Biedronki. Zazwyczaj w biedrze otwarte są maksymalnie dwie kasy, chociaż czasami kolejka wymagałaby trzeciej kasy. A tam? Poza bałaganem na niektórych półkach (Dużo kartonów do hurtowego transportu jogurtów w lodówce) czy niesymetrycznych alejkach (Miejscami było luźno a miejscami korki gorsze niż w małej nadmorskiej miejscowości, a to tylko klienci i wózki sklepowe a nie piesi i samochody) to najgorzej było pod koniec. Otwartych bodajże 5 kas, a liczba ludności wymagała chyba jeszcze trzech, a maksymalnie jest ich 6. Słowo masakra byłoby w tym przypadku idealne. Wróciliśmy z Darłowa, zajechaliśmy do Jarosławca (Miasteczka „obok”) na jakiegoś gofra. Deszcz raczej tylko kropił więc chodzenie piechotą nie było straszne, a i turystów wciąż było dużo. Jak się zgłębiło w alejkę prowadzącą do morza okazało się że na środku stoją dwa pojazdy straży pożarnej, obok pojazd pogotowia energetycznego, kilkadziesiąt minut później przyjechał ambulans. Jak się później okazało kobietę kopnął prąd (Aczkolwiek domyśliłem się tego sam patrząc po tym że przyjechali energetycy). Ojciec postawił mi gofra, aczkolwiek wiedząc że tej osobie coś się stało trochę dziwnie mi się jadło tego gofra. Jakieś poczucie winy? Nie wiem. Jak ojciec ze swoją zaczęli jeszcze pić kawę to stwierdziłem że nie chce mi się już siedzieć (Nie miałem co robić a jeszcze bateria w telefonie padła :P ) i zacząłem znowu iść z buta do domku. W sumie te 2.5 km to całkiem dużo czasu na przemyślenia. Między innymi przypomniałem sobie początek mojego bloga. Ktoś pamięta co było tematem pierwszych wpisów? Koszenie trawnika. Praca która kiedyś trwała u mnie 2 dni minimum. A teraz? Ostatnio na wykonanie całej pracy zeszło mi minut 40. W międzyczasie ja trochę podrosłem, wymieniłem pożyczaną kosiarkę elektryczną na kosiarkę ręczną, no i powierzchnia koszenia się trochę zmniejszyła. Ale żeby z dwóch dni zrobić 40 minut? No i myślałem o tym wydarzeniu z tą panią co ją prąd poraził. Przypomniałem sobie także o tym że zawsze jak coś się dzieje (Policja, straż, pogotowie) to zawsze szybko zlatuje się mnóstwo gapiów, lub po prostu kilka elementów w których buzuje typowa ludzka ciekawość. Zauważyłem w tym pewną prawidłowość. Czy zdarzyło wam się kiedyś zastanawiać czemu komary i inne insekty lecą do tego niebieskiego światełka które je razi prądem? Może z tego samego powodu przez który ciągnie nas do niebieskich świateł pojazdu uprzywilejowanego? Widać podobieństwo?

No i jeszcze kwestia samych wakacji. Szczerze mówiąc fajnie się siedzi z lapkiem na dworze i klepie w klawisze. Oddychać tym aż nadto świeżym powietrzem, słuchać świerszczy czy odganiać komary. Nie mniej jednak jest u mnie ta tęsknota za domem. Nie tylko ta typowa dla wszystkich czyli dom jako miejsce gdzie zawsze można wrócić i ktoś w nim na nas czeka. Ale brakuje mi też tego kontaktu z internetem. Tych rozmów przed komunikator głosowy do którego tutaj nie mam dostępu czy zwyczajne płaszczenie tyłka przed moim leciwym kompem. No i jeszcze taka kwestia przyzwyczajenia się. Wspominam co jakiś czas kwestie serialowego Sherlocka Holmesa który po pozorowanej śmierci został znaleziony na terenie Rosji i zechciał powrócić do Londynu żeby znowu „poczuć to miasto”. Coś w tym jest, jak żyjesz w jakimś miejscu to przyzwyczajasz się do tempa jego życia. Do nowych codzienności i innych czynności które się powtarzają lub wiesz że się zdarzają w jakiś określony sposób. Jak się wyjeżdża na wczasy to się trochę zatraca tej płynności z rodzinnego miasta na przykład. Aczkolwiek zawsze kiedy po powrocie z daleka wychodzę z psem to podstawowe instynkty typu sprawdź czy nie idzie inny pies i upewnij się czy inny pieszy nie ma ze sobą psa działają świetnie. No ale rozumiecie o co mi chodzi.

Do domku prawie doszedłem, bo chociaż tempo mam dobre to ojciec zdążył dopić kawę i dogonić mnie samochodem (No i podwieźć ;) ). I w ten sposób doszliśmy do końca kolejnego dnia mojego urlopu.

Ostatni wpis sponsorowały komary które swoim dźganiem wygoniły mnie do chatki. Dzisiejszy wpis jest sponsorowany przez:

Przynajmniej nie mogę narzekać na samotność :P

Dziękuje wszystkim za czytanie. Do zobaczenia wkrótce!

Podsumowanie ostatnich dwóch dni

Witajcie!

Chociaż wczoraj to nie wyglądało kolorowo, udało mi się ubłagać właściciela domków o dostęp do jego sieci, więc wracam do internetowego życia. Tylko trochę plener wokół mnie się znowu zmienił.

Minęły dwa dni. Wczorajszy spędziłem praktycznie cały w aucie. Mieliśmy jechać z Warszawy do Koszalina (Żeby oddać wypożyczone auto). Pierwsza ustalona trasa, A2 do Łodzi (W Łodzi do odebrania część do zepsutego auta stojącego właśnie w Koszalinie), potem A1 na północ i orientacyjnie do Koszalina przez Bory Tucholskie (Jakoś tak GPS pokazywał). Wizja jazdą autostradą A2 niespecjalnie mnie cieszyła. Zważywszy na opowieści żeńskiej części wesołej parki z Warszawy jak to jeździła do byłego do Kalisza via A2 oraz na dwa filmy o typowym dniu na A2.

No ale jak mus to mus. Najgorzej to było na odcinku między Łodzią a Warszawą gdzie było strasznie gęsto. Jednak im dalej na zachód tym ruch stopniowo spadał. Zatrzymaliśmy się na MOPie znajdującym się dokładnie przez węzłem Łódź Północ (Skrzyżowanie dwóch najważniejszych autostrad A1 i A2) gdzie plan się zmienił i po tą część mieliśmy jechać aż do Poznania. A konkretnie daleko pod Poznań. Świetnie, zamiast 100 strasznych kilometrów jeszcze ponad 200. Panie, świeć nad moją duszą. Jak się później przekonałem nie było wcale tak źle, domyślam się że wpływ na ten proceder miał dzień przed świętem. Tak więc miałem okazje przejechać się kultową w tej części kraju Autostradą Wielkopolską. Czemu kultową akurat w tym regionie?

U mnie może ktoś słyszał o autostradzie A4 i o odcinku Katowice Kraków? Ten konkretny odcinek na długości ok 48 kilometrów jest pod władaniem Stalexportu S.A który każe sobie płacić za przejazd 20 złotych (Po 10 na bramce). Na A2 też mamy na pewnym odcinku prywatnego właściciela, Autostrada Wielkopolska S.A. Cena za przejazd ok 57 km wyniosła 38 zł. To teraz sobie pomyślcie ile się musi wykosztować ktoś kto jeździ z Poznania do pracy w Koninie na przykład. Ale za to ładne widoczki oraz przejazd po drogowym odcinku lotniskowym pod Wrześnią (Wreszcie mogłem na własne oczy zobaczyć taką drogę). Nie ma tego złego co by na dobre nie wyszło. Tak samo południowa obwodnica Poznania. Wreszcie mogłem zobaczyć ten twór gdzie zbiegają się 3 główne korytarze ruchu (Ruch międzynarodowy po A2, jedno z bezpośrednich połączeń Górnego Śląska z morzem, via DK11 oraz S5 między Bydgoszczą a Wrocławiem i dalej w stronę Czech). Oj tak, wystarczyło minąć węzeł w Krzesinach by poczuć że tam jest duży ruch. Korka na szczęście nie było. Gdzieś za Poznaniem przyszła pora na zjazd z autostrady do miejscowości Rakoniewice. Z powodu mojego aktywnego udziału w tym całym internetowym syfie (Kto mnie lepiej zna ten może skojarzy o czym mówię) za każdym razem kiedy myślałem o tym gdzie jedziemy a później gdzie byliśmy to ciągle mówiłem „Rakowice”. Zmiana niewielka ale sens się już trochę zmienia moim zdaniem. W każdym razie w trakcie dojazdu tam przyblokował nas na moment pociąg kolei Wielkopolskich, po drodze widziałem także starą kolejową sygnalizacje kształtową (Semafory) w Grodzisku Wielkopolskim. Dojechaliśmy na stacje benzynową gdzie doszło do wymiany pieniędzy za część do auta. Potem trzeba było się zastanowić którędy jechać do Koszalina, via DK11 czyli praktycznie cały czas tłuczenie się drogami krajowymi, korki, piesi i wyprzedzanie na jednej jezdni, czy jechać przez Szczecin, czyli A2, S3, A6 i potem DK6 (No, dróg krajowych czasem się nie uniknie). Czasowo wyglądało podobnie, jednak przez Szczecin jechało się jakieś 100 km więcej. W tym miejscu zawsze trzeba zacząć się zastanawiać trochę bardziej nad wyborem trasy. W tym konkretnym przypadku jazda przez Szczecin pozwalała jechać płynnie autostradą i drogami ekspresowymi, płynniejsza jazda to mniej spalonego paliwa, dodatkowo drogi ekspresowe i autostrady to brak strachu o pieszych, zwierzynę oraz o jadących na czołówkę wyprzedzających kierowców. No ale odległość jest na korzyść niebezpiecznych dróg krajowych.

Ostatecznie wybraliśmy wariant szczeciński, który jak się później okazało był bardzo opłacalny, bowiem na DK11 rzekomo straszne korki. A teraz na moment się zatrzymam i przypomnę skąd zaczęliśmy jechać. Z Warszawy. Celem wciąż był Koszalin. A teraz przypomnę punkty pośrednie jakimi były Poznań i Szczecin. Nie trzeba być dobrym z geografii że taka droga nie jest specjalnie w linii prostej. W każdym razie taka ostateczna trasa bardzo mnie bawiła, zwyklej mam w nawyku nabijać kilometry w moim symulatorze o ciężarówkach. Ale nie w prawdziwym życiu :D

Ruszyliśmy do punktu ostatecznego naszej wycieczki (Wypożyczonym autem). Po drodze ojciec stwierdził że było jechać przez Piłę bo ta trasa ekspresowa S3 strasznie nudna (Ruch niewielki więc nie dziwiłem się). Jednak po zachodniej jezdni (Pod prąd) wokół Gorzowa Wielkopolskiego trochę go „odnudziła”. Dojechaliśmy do Szczecina gdzie przyszło nam jechać tamtejszą obwodnicą (Pamiętającą czasy trzeciej rzeszy, momentami było to czuć), oraz fragmentem drogi ekspresowej na wschód od Szczecina gdzie zastaniemy (Wciąż na drodze ekspresowej) kolizyjne skrzyżowanie z przejściem dla pieszych. Na tym odcinku było jeszcze jedno skrzyżowanie (Dojazd o Szczecińskiego Dąbia) ale ten dojazd został zlikwidowany. Wiecie jaka to satysfakcja zobaczyć na własne oczy coś co oglądało się jakiś czas wcześniej na Google Street View?

No i na deserek została krajowa szóstka z typowym dla naszych krajówek wiejskim klimatem z szeroką jezdnią z pasami awaryjnymi i kolumną drzew wzdłuż tej drogi. Sama radość. Pod wieczór zajechaliśmy do Koszalina gdzie zdaliśmy auto, zrobiliśmy zakupy i pod skrzydła wziął nas mechanik swoją Astrą z 2010 roku. A ja głupi myślałem że to moi rodzice szybko jeżdżą :P Szybko i przyjemnie się z gościem jechało. Dowiózł nas na miejsce, do miejscowości Jezierzany. Trafiłem do niewielkiego domku z dużym pokojem głównym z łóżkami, szafą, stolikiem, telewizorem i elementami kuchni, za ścianą wychodek z prysznicem. Pomieszczenie w stylu którego nie preferuje, wszystko wyłożone drewnem. Miejscowość znajduje się koło poligonu wojskowego więc mam bardzo ciekawe sąsiedztwo. Nie spodziewałem się że jest tutaj aż taka dziura, bowiem po przybyciu na miejsce straciłem kontakt ze światem. Mobilny internet kaput, a jakby tego było mało straciłem zasięg telefonii komórkowej, nawet do mamy nie mogłem zadzwonić by przekazać że żyje.

Los się dzisiaj rano do mnie uśmiechnął, bowiem wpadł do nas właściciel domków którego spytałem się o hasło do jego sieci Wi-Fi. Dobry człowiek, hasło dał dzięki czemu odzyskałem dostęp do świata z miejsca mojego spania. Poszliśmy rano do miejscowości obok, do Jarosławca. Odległość do przejścia z buta to jakieś 2.5 km (Wg danych które dał mi ojciec). Mała ładna miejscowość z dużym ruchem turystycznym. Z racji tego że Ojciec ze swoją poszedł do kościoła zostałem sam sobie. No co można robić w nadmorskiej miejscowości, skierowałem się w stronę morza (Orientacyjnie). Korzystając z tego że przemieściłem się do czegoś większego to spróbowałem dodzwonić się do mamy i jej tam poopowiadać co tam u nas słychać. Rozmowa trwała ponad pół godziny, w czasie której zwiedziłem kawałek okolicy oraz część plaży. Parę słów o samej plaży. Patrząc z wejścia „miejskiego” to na prawo piasek i plaża jak wszędzie indziej (Poza tym że z drewnianymi falochronami), na lewo fortyfikacje w postaci wielkiego muru z głazów i betonowych trójników (Wielkiego na 2 metry) oraz inne betonowe ściany. Nie zagłębiałem się tam ale nie wyglądało to bardzo turystycznie. Po zakończonej rozmowie i kilku zdjęciach wróciłem na główny plac z fontanną gdzie stwierdziłem że przydałoby się coś wszamać. Początkowo w planach miałem zakup zapiekanki czy innego „kebsa”, ale że akurat nikogo nie było w przyczepie z jedzeniem to postanowiłem poszukać czegoś innego, paradoksalnie tuż obok trafiłem na gościa który sprzedawał warzywa i owoce, w cenie zapiekanki kupiłem u niego pół kilo borówek które zjadłem z wielką satysfakcją (Mama byłaby dumna że zamiast śmieciowego jedzenia wybrałem coś zdrowszego).

Zebraliśmy się do kupy, poszliśmy zjeść dobre lody, a następnie czegoś się napić w knajpce nad zboczem z pięknym widokiem na morze (Przysłonięte przez tutejszą roślinność). Po konsumpcji spacer plażą w wodzie na boso (Dałem się jednak przekonać do zdjęcia obuwia), potem przez las do głównej drogi i w stronę naszego domku w którym na obiad do gotowania było mięso z grilla (Grilla ja rozpalałem :P ). Po poobiedniej tatusiowej drzemce (I częściowo napisaniu tego wpisu w plenerze, że miałem pilnować potem mięso na grillu to sobie przyniosłem lapka i zacząłem pisać) wybraliśmy się nad jezioro. O odległości do morza zostałem poinformowany, ale o tym że trzeba się trochę przejść nad jezioro to już mi nikt nie powiedział :P A kamienista ścieżka nawet całkiem fajna, wzdłuż pól z farmami wiatrowymi na horyzoncie. Mówiąc banalnie, ładnie tam. Do jeziora wszedłem i, jak to było śpiewane w pewnym znanym utworze, zanurzyłem się „po kolana, po pas, po szyje”. Woda zimna jak pierun, ale warto było wypłynąć trochę na otwartą wodę, popatrzeć dookoła, na zachód słońca, trochę sobie podumać i powspominać ostatnie wydarzenia i tak dalej. Taka chwila dla siebie w wodzie na otwartej przestrzeni. Fajna sprawa, szczególnie że wielu ludzi dookoła nie było. A po zażegnaniu chwili i wyjściu z wody, brutalna rzeczywistość. Komary się na mnie rzuciły całymi brygadami. Powrót do domku trochę zajął, bo z przerwami na drapanie. Po powrocie na nowo rozpalić grilla na kawałki mięska które nie zostały zjedzone na obiad. No i tak kończyłem pisanie tego wpisu na dworze dogryzając mięskiem, ale w końcu nadeszło nieuniknione. Komary skutecznie mnie wpędziły pod dach. 1:0 dla komarów…

I na dzisiaj to tyle. Liczę na to że dostęp do internetu już nie będzie mi utrudniany. W końcu co to za życie kiedy nie mogę po chwili pochwalić się takiemu znajomemu z Wawy że żaby zaczęły rechotać i nie mogę się skupić na pisaniu? :D

Dziękuje wszystkim za czytanie, do zobaczenia wkrótce!

Podsumowanie dnia. Dzień w Warszawie

Witajcie!

Dzisiaj nieco w innym tonie, co nawet można poznać po nagłówku wpisu. Co prawda w Warszawie byłem nie raz, zazwyczaj przejazdem (Więc taką obwodnicę Warszawy w ciągu S8 mam oblataną kilkukrotnie), ale też miałem w niej jedną szkolną wycieczkę. No ale wiecie jak to jest na szkolnych wycieczkach. Jeździsz głównie autokarem od muzeum do muzeum z odgórnie ustalonym grafikiem i właściwie każda wycieczka polega na tym by poznać naszą stolice od historycznej „kuchni”. Właściwie nigdy nie miałem okazji poznać stolicy jako jednostka wolna od grafiku. No, dzisiaj nadarzyła się okazja.

Zaczęło się niewinnie wczoraj. Znajomy aspi zarzucił pomysłem by się spotkać. A ja się zgodziłem bez zająknięcia i natychmiast zacząłem zakuwać zasady taryf biletowych i inne rzeczy które mi były potrzebne do podróżowania komunikacji miejskiej. W sumie już tutaj mogę dać jakieś porównanie Zarządu Transportu Miejskiego Warszawa do naszego kochanego KZK GOPu. Szczególnie świetna jest wspólna taryfa, mój wybór padł na bilet dobowy na strefę pierwszą (Czyli mogę jeździć po całej Warszawie). Czyli mogę jeździć autobusem, tramwajem, metrem, pociągiem SKM. A jakbym się trochę wykupił to mógłbym nawet do Pruszkowa zajechać czy innego Legionowa (Strefa druga). No i co było dla mnie najlepsze to bilet kupiłem w wersji papierowej (Czyt. kartonik), u nas jest chyba taka opcja dostępna, ale tylko na „lubianej” karcie ŚKUP (Do której wciąż nie mam zaufania, a wprowadzili ten bubel ponad rok temu chyba). No i jeszcze kwestia że widziałem automaty w autobusach. Znajdźcie ten bajer u nas…

Dzień rozpoczął się ok godziny 9. Kiedy to cały obolały otworzyłem oczy i nie mogłem się ruszać z powodu spędzenia całej nocy na desce z cienkim materacem. Kontakt ze znajomym załapałem godzinę później, umówiliśmy się gdzie się spotkamy, ja tylko czekałem aż mój ojciec wróci i będzie mnie mógł podwieźć do centrum miasta. Planowane miejsce spotkania, stacja metra Centrum. Dojechałem na miejsce i po poinformowaniu ojca oddaliłem się w nieznanym mi kierunku. Serio nieznanym, jak na kogoś kto bez jakiegoś pomyślunku mało co chce zrobić ruszyłem przed siebie mając pod ręką tylko trochę danych z mapy i opcji lokalizatora. Cel był jasny, stacja metra, nawet szybko ją znalazłem. Zaczęło się oczekiwanie na znajomego który miał mnie zgarnąć. Ja postanowiłem trochę się pokręcić dookoła. Dosłownie się pokręcić bo trzech starszawych taryfiarzy to chyba z 3 razy minąłem. A że miałem swoją jaskrawą zieloną bluzę to ciężko było być niezauważalnym w tłumie. W czasie kręcenia się bez celu skorzystałem z przejścia podziemnego, patrzyłem to na Pałac Kultury, to na tramwaje i autobusy, aż stwierdziłem że pójdę coś sobie kupić do jakiegoś sklepu co by mieć jakieś drobne przy duszy. Po dłuższym czasie udało mi się znaleźć Carrefoura Express pod ziemią (Cóż, duże miasto to jak nie ma gdzie budować do góry to trzeba zająć podziemia). Zrobiłem drobne jak na siebie zakupy (Liter wody i guma do żucia) i poszedłem znowu się włóczyć i czekać. Dostałem cynk że znajomy już jest gdzieś w okolicy, to już włóczyłem się z powodem żeby go znaleźć. Trochę to zajęło, ale sukces. Znajomy znaleziony i już razem się włóczyliśmy dookoła. Skierowaliśmy się w stronę metra. A przed wejściem kilka automatów biletowych, więc zakupiłem swój bilet dobowy. Potem już zejście pod ziemię w celu przetransportowania się na Żoliborz.

Kilka słów o warszawskim metrze. Jedna sprawa która mnie zaciekawiła to znajdujące się tam bramki wejściowe. Chociaż one tam są to i tak wszyscy korzystają z otwartej bocznej bramki ewakuacyjnej. Po co w takim razie są te bramki (Oczywiście poza oznaczeniem gdzie jest strefa biletowa). Reszta pozostawiła po sobie dobre wrażenie. Raz że miałem okazje przejechać się nowymi składami Siemens Inspiro. Najbardziej podobał mi się ten niepowtarzalny dźwięk ruszania i zwalniania. Tego nigdzie się nie usłyszy. Sama jazda bardzo płynna i przyjemna, aż można było tam siedzieć i siedzieć. Nawet zakrętów za bardzo nie było czuć, ewentualnie na jednym łuku było słychać piski, ale to raczej zrozumiałe. Dodatkowo w warszawskiej komunikacji spodobało mi się to dopilnowanie by pasażer widział o zmianach w kursowaniu. Wyraźne komunikaty na kartkach papieru przyczepionych przy pomocy taśmy malarskiej, w metrze czy w autobusie. W sumie nie wiedziałem czy zmiany mnie dotyczą ale godne podziwu że gdybym się bardziej tym zainteresował to bym wiedział. Zapowiedzi przystanków i w jednym i drugim (Tramwajem niestety nie jechałem, a szkoda) wyraźne i bardzo przyjemne (Szczególnie głos Knapika w autobusie). No i angielskie komunikaty w metrze, ale ten bajer to nawet u nas słyszałem (Dawno temu, chyba z tego zrezygnowali). Po 10 minutach wyszliśmy na powierzchnię. Wyszliśmy na placu Wilsona, i szczerze mówiąc miałem poczucie że znalazłem się w innym świecie (Tam wieżowce i PKiN, a tutaj niewielkie bloki), a miasto wciąż to samo. Wsiedliśmy w autobus, przejechaliśmy się kilka przystanków i wysiedliśmy w okolicy miejska zamieszkania znajomego. Usiedliśmy na ławce w parku i zaczęliśmy ze sobą rozmawiać.

Teraz na moment skupie się na tym znajomym i na spotkaniu. Jak wspomniałem, znajomy też jest Aspergerem. No cóż, dawało się to po nim poznać bo był głośny i miał te swoje „odpały”. Teoretycznie byłem na to przygotowany ale inaczej jest czytać jakieś żarciki swoim głosem przez internet a inaczej słyszeć to samo na żywo jego głosem, którego notabene wcześniej nie słyszałem. Tak jak przewidywałem gadaliśmy o wszystkim co się na język nawinęło. Nie ominęły nas też przemyślenia nad nami samymi. Jak się okazało nie tylko ja mam przerywniki w postaci kim jestem, dokąd zmierzam, dlaczego zachowuje się tak a nie inaczej. Część wspólna :P Co mogę o nim jeszcze powiedzieć, na pewno to kolejna osoba którą trzeba bardziej poznać niż pozostać przy pierwszym wrażeniu (Tak, są osoby które można na spokojnie „skreślić” po pierwszym wrażeniu bo po niektórych z daleka widać kim są, chociaż to bardzo rzadko). Tak to jest bardzo sympatyczny i powiedziałbym jeszcze że strasznie „krejzi”. Jego opowieści to w głównej mierze potwierdzały że ma się ciekawie :P Od ławki w parku wylądowaliśmy potem w jego mieszkaniu. Po tym jak zobaczyłem drzwi do jego mieszkania to stwierdziłem że jest warszawskim Jasiem Fasolą. Chyba pamiętacie jak Jaś po opuszczeniu swojego Miniaka zawsze brał ze sobą kierownicę? Tak, w drzwiach kolegi nie było klamki. Nosi ją ze sobą. Znajdziecie lepsze porównanie? Znalazłem się w jego niewielkim mieszkanku w którym zaczęliśmy oglądać śmieszne filmiki na jego laptopie i bardziej się poznaliśmy poprzez rozmowę. A teraz zatrzymam się na sobie. Ja, tak ja, z własnej woli zacząłem się tułać po wielkim mieście którego właściwie nie znam, znalazłem człowieka którego właściwie nie znam (No tylko internet ale wiecie o co mi chodzi), którego kojarzę co najwyżej z wyglądu, dałem się zaciągnąć do środka transportu z którego nigdy nie korzystałem (Kłamstwo, jechałem metrem w Londynie jak byłem na obozie językowym, ale z warszawskiego nie korzystałem), spędziłem z nim trochę czas w parku w którym nigdy nie byłem w okolicy która nic mi nie mówiła a następnie dałem się zaprowadzić do jego mieszkania. Gdyby to czytała moja babcia to by chyba dostała zawału, w końcu ostrzegała mnie przed złodziejami w przedziale, przed wchodzeniem na zamarznięte jeziora, a jak byłem mały to ostrzegała mnie przed kultowym Merosiem który porywał dzieci. Co się ze mną ostatnio stało że stałem się taki samodzielny i nieodpowiedzialny? :D

Korzystając z jego laptopa miałem okazję zasmakować grania w Counter Strike’a Global Offensive’a. Tak, zrozumiałem czemu zdecydowana większość społeczności tej gry to plugawe bezczelne bachory, sam po 15 minutach grania ze sztuczną inteligencją kląłem na wszystko i na wszystkich. Z innych pozytywnych stron, poznałem jego dwa koty, jeden pieszczoch a drugi cykor który właściwie ciągle przede mną uciekał. Po prawie 4 godzinach zacząłem się zbierać do centrum miasta, znajomy mnie odprowadził autobusem tylko do metra, dalej już samemu dałem sobie radę. Przy okazji jadąc drugi raz Inspiro miałem okazje zobaczyć składy Alstom Metropolis wyprodukowane w Chorzowie :) Dla ciekawskich, linia którą jechałem była pierwszą linią metra.

W trakcie jazdy dostałem polecenie od ojca by znaleźć jakieś kwiaty (Powód później). Przy wyjściu z metra myślałem gdzie by tu znaleźć kwiaty, jednak pierwsze co zobaczyłem to żula który siedząc na poręczy miał karteczkę Zbieram na Piwo. Coś mnie tchnęło (Dałem się ponieść chwili? :P ) i dałem mu aż dwa złote, i życzyłem mu miłego picia. To chyba był jakiś szczęśliwy żul, bo tuż za schodami siedziała starsza pani sprzedająca kwiaty :) Kupiłem niewielki bukiecik i skierowałem się w stronę alei Jerozolimskich w celu zgarnięcia przez ojca. W międzyczasie jak stałem sobie przy całkiem tłocznej jezdni z buspasem co mi się udało to robiłem zdjęcia tramwajom, coby mieć jakieś komunikacyjne zdjęcie :P Nawet jedno foto mi się udało.

Ojciec mnie zgarnął, następny przystanek znajdował się u cioci mieszkającej na Bielanach. Trochę się przejechaliśmy po Warszawie, a w głowie miałem jeszcze ten film instruktażowy o sygnalizacji świetlnej nakręcony 10 lat temu. Niewiele się zmieniło jeśli chodzi o „Styl” układania sygnalizatorów, szczególnie tych nad jezdnią. Tutaj starczą dwa sygnalizatory ogólne przy obu krawędziach jezdni i jeden na środku jezdni, umieszczony nad jezdnią, daleko przed sygnalizatorami umieszczonymi z boku. A jezdnia to na 4 pasy podzielona, skręt w lewo, w prawo, jazda prosto… U nas to nie do pomyślenia bo u nas zawsze stawiają nad każdym pasem sygnalizator :P No i najczęściej kierunkowy. Więc to jak jest w Warszawie też uznaję za coś wyjątkowego. W sumie za każdym razem kiedy jadę autem alejami Jerozolimskimi mam zawsze to samo uczucie. Poczucie wielkiego miasta wokół siebie. Coś jest po prostu w tym miejscu co zawsze czuje tak samo.

Zajechaliśmy na 17 do ciotki. Miałem pewne obawy ponieważ to kolejny członek rodziny które mnie zna a ja niekoniecznie. Z drugiej strony było prościej, bo pamiętam że byłem rzekomo na jej ślubie. Problem w tym że samego ślubu nie pamiętam, co najwyżej spanie w hotelu Ibis z tego powodu. Więc problem i tak pozostawał. Jednak pierwszy kontakt (W sensie dzisiejszy) nie był taki zły. Skoro już jestem bardziej świadomy wielu rzeczy niż kiedyś to przez grzeczność upewniłem się z kim mam do czynienia, spytałem się czy pamięta mamę (Polecenie by przekazać pozdrowienia pod warunkiem że pamięta mamę) i w sumie reszta z górki, kolejna osoba z którą można sobie pogadać i tak dalej. No i poznałem dzisiaj już trzeciego kota, więc już było całkiem swobodnie. Ciocia że miała wolne mieszkanie to bardzo nas ugościła i baardzo nakarmiła. Tak bardzo opętała nas gościnnością że podejmowaliśmy próby „pójścia sobie” trzykrotnie. W sumie to w końcu miło się siedziało i gadało to nie ma tego złego. Po 4 godzinach udało się wyrwać z objęć jej gościnności. Powrót do hostelu wykonaliśmy trasą Wisłostrady (Także tunelem), oraz miałem okazje zobaczyć świecący koszyk wiklinowy (Czytaj Stadion Narodowy). Generalnie udało mi się dzisiaj pozwiedzać Warszawę jako jednostka prywatna. Znajomy, chociaż pewnie nie miał tego w planach, pokazał mi część swojego miasta, sam w trakcie jazdy samochodem też trochę widziałem. Pobyt w Warszawie nie był planowany, ja jednak uważam że nawet dobrze się złożyło. Poniekąd dlatego że miałem okazje poznać kolejną poznaną przez internet osobę. No i że jestem co raz śmielszy jeśli chodzi o czynności które większość ludzi wykonuje zazwyczaj codziennie, czyli np poznawanie nowych osób w obcych miejscach :)

Nie wiem jak bardzo banalnie to zabrzmi, ale w Warszawie faktycznie jest coś wyjątkowego. Już właściwie samo to że czego by się nie opowiadało o tym miejscu słowo Warszawa musi się pojawić. No po prostu coś w tym jest i tyle, tego się chyba nie da wytłumaczyć :P Ciekawe ile jeszcze osób ma podobne, niezrozumiałe, rozumowanie.

Na dzisiaj to wszystko. Dziękuje wszystkim za czytanie, do zobaczenia wkrótce!

Podsumowanie ostatniego czasu

Witajcie!

Znowu trochę czasu minęło od ostatniego wpisu. No cóż. O czym mogę dzisiaj opowiedzieć? No może wspomnę o Teosiu który stał się czymś więcej niż kotem. No bo jak inaczej nazwać kota który sam ucieka z domu (Chociaż wszystkie możliwe szpary zatkane siatką), a następnie kiedy się wyjdzie po kota marnotrawnego to jest w stanie sam przyjść na zawołanie a potem tuż przy noce do klatki schodowej i do domu wejść? Nie mniej jednak wychodzenie na poszukiwania kota o 2 w nocy nadal nie do końca mnie zachwycają.

Ostatni czas minął trochę pod znakiem pajęczaków. Pomyśleć że moje wpisy na początku prowadzenia tej strony były też o pająkach. Akurat tak się złożyło że przy tylnym wejściu do kamienicy w narożniku zadomowił się niewielki krzyżak, wielkości paznokcia od kciuka (Męskiego dużego kciuka). Skubany był o tyle mistrzem kamuflażu że przybrał barwy grysu jakim jest pokryte ocieplenie naszego budynku. Ja jednak mu nie przeszkadzałem. Co wracałem do domu to przystawałem na moment obserwując jak rozrasta się jego pajęcza infrastruktura i jak ją reperuje po nagłym uszkodzeniu z przyczyn przeze mnie nie ustalonych. Jakiś czas temu stwierdziłem że się wyprowadził bo go już tam nie ma. Pajęczyny także. Zanim ten zniknął podczas jednej z nocnej wyprawy po kota świeciłem latarką po ogródkach, aż poświeciłem do sąsiada który ma za płotem wysokie żywopłoty, więc jak ma furtkę to między grubymi zielonymi murami. Poświeciłem w stronę jego furtki i coś zauważyłem. Tak, na wysokości twarzy wielka pajęczyna, a na niej siedmiocentymetrowy krzyżak (I obawiam się że jego wielkość nie jest przesadzona). Aż mi się zrobiło szkoda sąsiada który jeszcze tego samego dnia, raptem 11 godzin temu wchodził do tego ogródka ze swoimi dziećmi. Cóż, kota nie znalazłem, a przez myśl mi przeszło że znalazłbym go w brzuchu tego pająka. A ostatnio? W ogródku mamy dużą skrzynie w której trzymamy wszystko co związane z ogródkiem i pracami ogrodowymi. Wyciągając ze środka rękawice roboczą która była częściowo pokryta pajęczyną stwierdziłem żeby tam psiknąć Raidem. Zacząłem tam trochę pryskać, aż nagle spod jakiegoś wora wyskoczyło wielkie, czarne, owłosione długonogie stworzenie które zaczęło biegać po dnie w geście ucieczki przed Raidem. Jak to coś zaczęło biegać tam na dole nie miałem litości i zużyłem chyba połowę Raida. ”Niech ginie…”

Zakończyłem także teorie jeśli chodzi o prawo jazdy. Oba weekendy wysiedziane, wykład z pierwszej pomocy miałem dzisiaj więc zostało tylko wykonać jazdy, zdać wewnętrzny i można iść do WORDu. Moje perypetie jeżdżenia eLką dopiero w następnych wpisach :)

Być może zauważyliście, nad polską przeszło ostatnio trochę dużo burz. Ciężko było nie zauważyć bo były one wszędzie, w mediach też bo burza zabrała parę osób ze sobą. U mnie w okolicy na szczęście nie było tak strasznie. Raptem festiwal błysków, wywaliło oświetlenie głównej ulicy (Wspominałem o tym na Facebooku) i powiało. Grozą jak i wiatrem. Błyski tak bardzo mi się podobały że nagrywałem je przez nieco ponad 18 minut.  Efekt:

Dochodzi połowa sierpnia. Tak się składa że i mnie nie ominęło wysłanie na odpoczynek. Małe deja vu bo znowu ojciec zabrał mnie nad morze. No może nie znowu nad Adriatyk… No i jeszcze je dosłownie nad morze. Pierwszy plan? Tatuś pierwszy wyrusza nad nasze polskie morze (Okolice Słupska), ja tydzień po nim jadę do Słupska pociągiem (Świetny pomysł), ten mnie potem zabiera autem na miejsce. No cóż, plan się trochę zmienił, ostatnie wytyczne jakie otrzymałem przed wyjazdem było złapanie pociągu do Warszawy. Przyznam szczerze, nie byłem pozytywnie nastawiony do samotnej podróży pociągiem (Zwłaszcza że w pociągu ostatnio siedziałem raptem kilka lat temu). Jakby tego miało, uzupełniłem moją bibliotekę obejrzanych filmów o Dzień Świra. Ale to jeszcze nic, bo kochana babcia jak zwykle musiała mnie ostrzec przed złodziejami, kieszonkowcami i tak dalej… Nawet jeśli nie boje się wyraźnie przed czymś, to wystarczy by babcia o czymś wspomniała bym faktycznie miał opory przed zrobieniem czegoś. Nawet jeśli to ostrzeżenia przed trąbą powietrzną czy trzęsieniem ziemi (Coś w ten deseń). No ale przecież ostatnio wysiadłem z auta przed jakąś wsią której nie znałem, przeszedłem kilka kilometrów do nieznanego mi lotniska by spotkać się z niepoznanymi nigdy w świecie realnym ludźmi. Ja nie dam rady? Zaczęło się niewinnie, od kupna biletu przez internet. Chociaż wykonywałem tą czynność z mamą (Tak na wszelki wypadek) to i tak popełniłem Faux pax. Mianowicie jakimś cudem przy kupnie biletu udało mi się kupić na moje nazwisko aż dwa bilety. Jeden normalny, drugi ulgowy. Podejrzewałem że do tego doszło jeszcze przed wyjazdem, ale stwierdziłem że nie chce się już bawić w zwrot kosztów i tak dalej. Nadszedł dzisiejszy dzień. Dzień wyjazdu jak i wykładu z pierwszej pomocy. Tak, jakby mi brakowało stresu że nie zdążę na pociąg to miałem jeszcze pojechać na wykład. Wykład zaliczyłem, wróciłem do domu, spakowałem się i koniec końców odwiózł mnie brat. Przed wyjazdem ja jak to ja wiedziałem już praktycznie wszystko. Godzina odjazdu, 15:44. Skład pociągu też znałem, że mój wagon jest ostatni też wiedziałem. Że pociąg międzynarodowy (Z Budapesztu) też miałem na uwadze. Dojechaliśmy na miejsce. Wielka tablica z przyjazdami i odjazdami na wejściu (Dzięki ci panie za odremontowany dworzec kolejowy w Katowicach), peron odjazdu znany. Super. Prawie pewnym krokiem zmierzam w stronę peronu razem z bratem. A po wejściu na platformę brutalne zderzenie z rzeczywistością. Na start, informacja o 50 minutach opóźnienia składu, fajnie. Następnie przyjechał inny pociąg do Warszawy który z kolei składał się z innego zestawu niż myślałem że będzie się składał (Miał być elektryczny zespół trakcyjny, a był normalny skład czyli lokomotywa i wagony), więc moja pewność a propo znajomości mojego składu trochę spadła. Potem wrócił strach przed pomyleniem pociągu. Jakby jeszcze mi było mało, na peronie działy się rzeczy większej wagi. Bowiem ktoś chyba bardziej nie ogarniał rozkładu PKP i nie miał jak się dostać do Częstochowy. Człowiek zachowywał się jakby nadpobudliwie, miałem wrażenie że był ciut podchmielony. Generalnie, na pierwszy rzut oka nikt nie chciałby z nim utrzymać jakikolwiek kontakt ceniąc własne bezpieczeństwo. No ale zazwyczaj pozory mylą, bo facet był całkiem sympatyczny, rozmawiał z jakąś osobą starszą, pytał się co jakiś czas ludzi gdzie jakiś pociąg jedzie, życzliwość ludzi była obecna bo na ile byli w stanie tyle mu mówili. Aż w końcu sytuacja miała szczęśliwy finał bo na peron wtoczył się jakiś pociąg osobowy do którego wsiadł nasz bohater, żegnając się ze swoją rozmówczynią. Życie jest piękne, pomyślałem. Po czym znalazłem że opóźnienie wzrosło do 70 minut… W trakcie czekania na pociąg przytoczył się też ktoś kto zbierał pieniądze na bilet, oraz miałem okazje zobaczyć Pendolino na własne oczy. Ktoś robił zdjęcia swojej rodzinie jak stoi w pociągu. Przypomniał mi się film Wakacje Jasia Fasoli kiedy ten na stacji w Paryżu poprosił jakiegoś faceta by nagrał go jak wchodzi do pociągu, aż ostatecznie ten facet do niego nie wsiadł pozostawiając w jego środku swojego syna który potem miał różne wątki z głównym bohaterem. Resztę chyba znacie. Tak czy siak, 80 minut spóźnienia, pociąg wtoczył się na peron. W moim przypadku zestaw się sprawdził. Wsiadłem planowo do ostatniego wagonu, miałem jednak problemy z oznaczeniami miejsc. Po namyśle doszedłem do jakiegoś przedziału, na którego drzwiach były cyferki z mojego biletu. W środku byli jacyś państwo, których wpierw się spytałem czy mówią po polsku (Uwzględnienie międzynarodowości pociągu), a potem wytłumaczyli mi o co chodzi z tymi oznaczeniami. To były numery siedzeń, czyli znalazłem się we właściwym przedziale. Notabene, kiedyś koledzy sobie ze mnie żartowali że jestem tak gruby że do kina kupuje bilet grupowy. Cóż, od dzisiaj albo mi albo ja będę opowiadał o tym jak jechałem za dwie osoby. Usiadłem na miejscu i myślałem że to będzie bardzo cicha podróż. Myliłem się trochę bo jednak z państwem się trochę zapoznałem. Jechali na lotnisko Chopina w Warszawie na samolot, wakacje spędzą na Cyprze. W trakcie podróży trochę pogadaliśmy, między innymi poruszyliśmy temat mojego podwójnego biletu. Co mogę powiedzieć o wagonie? Z dzieciństwa wspominam dobrze jedną rzecz. Wystawianie łba przez otwarte okno. W całym wagonie tylko kilka okien miało niewielki lufcik do uchylenia. Szkoda. Na podróż nastawiło mnie jeszcze wspomnienie tego utworu, który słuchałem w czasach kiedy to chciałeś mieć za darmo utwór na telefonie to musiałeś przykładać telefon z włączonym dyktafonem do głośnika, a jakiekolwiek pliki mp3 w pamięci tych małych cegiełek sprawiały że byłeś królem. Rany, jak przyjemnie jechało się tym pociągiem. Co prawda dało się czuć że jedzie się po zwrotnicach (Nie mówię tutaj o przeciążeniach związanych ze zmianą toru) oraz jazda przy 160 km/h (Dziękuje ci Gierku za Centralną Magistralę Kolejową) brzmiała jak odrzutowiec (Szczególnie w kiblu gdzie wygłuszenie było chyba żadne), ale wciąż jestem zadowolony z tego przyjemnego podróżowania. A moi współpasażerowie? Bardzo mili, w miarę możliwości pomogłem im z dostaniem się na lotnisko podając im godzinę przyjazdu najbliższego pociągu SKM na lotnisko, mam nadzieję że faktycznie im pomogłem. 3 godziny jazdy, zakończone w warszawskiej piwnicy zwanym Warszawą Centralną. Ciekawe czy ktoś mnie zje za to określenie, ale skoro katowicki dworzec autobusowy jest nazywany piwnicą (Lokalizacja pod galerią handlową) to czy ten dworzec nie może być tak nazwany? Aczkolwiek, jestem pod o wiele większym wrażeniem myślą o lokalizacji tak dużego węzła przesiadkowego pod ziemią aniżeli o jakimś tam dworcu w centrum miasta. Udało mi się dojechać na miejsce, czułem dumę że dałem radę. Ojciec mnie zgarnął prawie natychmiast po przyjeździe. I wtedy się dowiedziałem że zostaje w „stolycy” do poniedziałku. Myślę jednak że jutra nie zmarnuje na bezczynne leżenie do góry brzuchem, ale o tym napiszę później.

A teraz, siedzę w hostelu. Na łóżku z niewielkim materacem i deską która sprawia wrażenie jakby miała się zaraz złamać. Co gorsza jak oprę się o ścianę czy stanę na podłodze mam wciąż to samo wrażeni że coś zaraz puści… Aż mi się wycieczka szkolna do Kłodzka przypomniała. Spanie na czymś co nawet materaca nie przypominało, a pod tym chyba drzwi od szafy ustawione na kikutach. A za oknem, linia kolejowa biegnąca przez Kłodzko. Tamtej nocy nie przespałem bo co miałem usnąć to jechał jakiś towarowy…

Na dzisiaj myślę że tyle. Dziękuje wszystkim za czytanie, do zobaczenia wkrótce!

Podsumowanie tygodnia

Witajcie!

Na wstępie chciałbym (Chyba nie pierwszy raz) powiedzieć że cieszę się że mogę prowadzić to miejsce. Dlaczego? Bowiem, rzekomo przypadkiem (A znając tą osobę jestem w stanie nawet w to uwierzyć) męska część parki natknęła się na mój poprzedni wpis. Dokładnie tydzień temu do mnie napisał żeby mi wytłumaczyć że to wcale nie tak jak mi się zdawało, powiedział mi to i owo, a skończyło się na męskiej szczerej rozmowie w której wyjaśniliśmy sobie parę rzeczy i parę wątków myślę że się ostatecznie zamknęło. Co mnie trochę smuci, bowiem bardzo lubię z nim przeprowadzać takie szczere rozmowy o tym co było kiedyś i tak dalej, chociaż on nie preferuje tego tematu. No cóż, ludzie są różni. Nie mniej jednak kiedy mam teraz prawidłowy ogląd na sytuacje z zeszłej soboty to zamiast tego niedosytu o którym wam mówiłem mam teraz żal… Nie, za słabe. Mam zwyczajny typowy polski „ból dupy”. Że była okazja do poznania jeszcze „jej” która przepadła. Następna dopiero za rok, może trochę wcześniej. I weź tu teraz wytrzymaj ten okres.

Czy coś się działo w obecnym tygodniu? W sumie tylko teraz w weekend, aczkolwiek miałem w tym tygodniu 3 nieprzyjemne sytuacje związane z przejściami dla pieszych, z czego w jednej brałem udział. Ta pierwsza wydarzyła się akurat kiedy wyszedłem na rutynowe wyjście z psem w trakcie tej, opisanej wyżej, szczerej rozmowy. Trochę przed 21. Na dworze zbierało się na burzę, leciał deszcz, chmury czarne jak diabli, na ulicy nie świeci się żadna latarnia (Za wcześnie), do tego błyskało raz na jakiś czas (Pogoda tak bardzo pod psem że zastanawiałem się czy to nie przez to że parę rzeczy wyszło w trakcie tej rozmowy, znacie to że zbierają się nad kimś czarne chmury jak coś zrobił prawda? Z tym mi się skojarzyło, obawiam się że nawet całkiem trafnie). Z racji pogody miałem na sobie bluzę. Zwykła wełniana skupiona w jasnoniebieskiej tonacji, tak bym to nazwał. A że pada a ja od dłuższego czasu nauczyłem się chodzić bez czapki i już potrafię bez niej wyjść, czy słońce, czy deszcz (Nie wiem czy chwaliłem wam się tym faktem) to założyłem kaptur. Zacząłem wracać i po zapaleniu się zielonego sygnału na przejściu jak to mam w zwyczaju patrzyłem czy samochody na pewno stoją. Los chciał że samochód który skręcał w lewo w moją stronę najwidoczniej mnie nie zauważył, bo będąc poniekąd obrócony w jego stronę (Obserwowałem go na tyle ile pozwalał kaptur, widziałem prawy reflektor) widziałem że zaczął się zbliżać, a jak usłyszałem że jego obroty się zwiększają to wziąłem nogi za pas, dosłownie. Nic się nie stało, jak się potem okazało kierowca zauważył mnie (Bądź psa) na przejściu i zatrzymał się przed pasami, trochę postał i odjechał. Ja najpierw z uśmiechem że każdemu się przecież może zdarzyć, warunki na drodze do zadka i nie dziwie się że mógł mnie zauważyć. A potem nie mogłem trafić do dziurki od klucza, po prostu zacząłem się z tego wszystkiego trząść (Niestety kojarzyłem to uczucie, ostatnio miałem podobne kiedy sąsiadka dokonała próby przejechania mnie, a ja ze strachu zamiast spierniczyć to przykleiłem się do ściany która była za mną, gdyby nie to że wjechała pod kątem w tą ścianę to albo nie było by mnie od połowy w dół albo kij wie co jeszcze. Stare dzieje kiedy byłem mały, chyba nawet komunii jeszcze nie miałem). W końcu jakby się zastanowić w najgorszym wypadku mogłem zostać kandydatem na Polskie Drogi. Druga sytuacja miała miejsce kilka dni później jak szedłem po 23 z psem. Też wracałem kiedy moje oczy spojrzały na to samo przejście na której widziałem czarną sylwetkę, a za nią jadącą taksówkę. Obawiałem się zderzenia, jednak samochód przejechał za pieszym po wyhamowaniu (Taryfiarza to chyba też przestraszyła, bo potem biegu wrzucić nie potrafił przez moment). No i sytuacja która wydarzyła się wczoraj. Wracając z wykładów na prawo jazdy miałem zamiar przejść przez przejście przez które zawsze przechodziłem chodząc do starej szkoły. Patrzę z daleka i przejść chce taka jedna miejscowa kobieta. W standardzie jedzie kilka samochodów i żaden nie puści. Trochę dalej jedzie eLka. Myślę sobie że jak eLka to puści, kierowca jednak kontynuował jazdę. Był to błąd bo piesza wykonała krok, albo dwa, do przodu i najprawdopodobniej egzaminator czy kto tam siedział z kursantem wcisnął pedał w podłogę. Ale się ta baba wtedy na niego wydarła że „Jak to on mógł nie widzieć że chce przejść” i takie tam. Tak się składa że jestem na świeżo z materiałem, miałem to nawet dzisiaj. Raz że pieszy ma pierwszeństwo dopiero jak postawi nogę na jezdni (Czyli jak znajduje się na przejściu), oraz nie ma prawa wejść bezpośrednio pod nadjeżdżający samochód. Trochę żal kursanta. Tak wiem, mógł się zatrzymać. Tak samo jak mogło to zrobić pięciu kierowców przed nim, heloł… Dobrze że za eLką nic nie jechało, bo pewnie skończyło by się to autem w bagażniku.

A propo wykładów. Zacząłem w ten weekend kurs na prawo jazdy. Jak na razie jestem po jakichś 10 godzinach teorii. Trochę się bałem pierwszego dnia, bowiem na stronie szkoły jazdy znalazłem, wraz z informacją o której mam być w sobotę na miejscu, informacje o dacie spotkania organizacyjnego, które było kilka dni wcześniej… No ale cóż, wziąłem tabletkę na odwagę, wsiadłem w tramwaj (Komunikacyjne prawo murphy’ego, nawet jeśli kurs wcześniej tramwaj przyjechał punktualnie, twój tramwaj zawsze się spóźni), dojechałem na miejsce, doszedłem resztę odcinka do szkoły jazdy i zająłem krzesło ze stolikiem znajdujące się w miarę w rogu sali. Pomieszczenie niewielkie, znajdujące się trochę pod powierzchnią ziemi. A że obok mamy torowisko tramwajowe to słychać kiedy coś jedzie (Chociaż ten odcinek jest po remoncie). Osoby z którymi mam przyjemność czerpać nauki? Przyjazne, nikt z siebie się nie śmieje jak ktoś walnie jakąś głupotę (Albo jak wszyscy to wszyscy bo czasami niektóre wnioski są bardzo zabawne :P ), czuje się tam nawet całkiem swobodnie. Ba, nawet z jednym złapałem jakiś kontakt :P Wykładowca też bardzo fajna osoba, lekko dowcipna z którą można pogadać, pożartować i co najważniejsze, nauczyć się czegoś. Moja stara nauczycielka od angielskiego na pewno będzie wiedziała o czym mówię. Kiedy tylko słyszę tramwaj to obracam głowę w stronę torowiska. Pomyślcie sobie jak bardzo ciekawe muszą być te wykłady że nawet jak czuć wibracje to ja wciąż słucham jakiegoś nagrania lub wykładowcy. Być może też dlatego że dokształcam się w temacie który znam w większym lub mniejszym zakresie (Pilot z wieloletnim stażem, częsty pasażer na prawym przednim fotelu no i kilkuletnie urzędowanie na forum Skyscrapercity robi swoje). Przyznam z czystym sumieniem że czegoś się w ciągu tych dwóch dni nauczyłem. No i miałem okazje sam błysnąć raz czy dwa wiedzą, żartem i tak dalej.

Dodatkowo chciałbym powiedzieć że dzisiaj wykładowca puścił nam film na temat sygnalizacji świetlnej (Skrzyżowania, przejazdy kolejowe). Film który ma 10 lat, bardzo rzetelny (Choć osobiście znalazłem w nim jedną wpadkę ale pomijam), z bardzo miło słuchającym się lektorem. Oglądałem go z wielką ciekawością, poniekąd bo bardzo mi się podobała przedstawiana jej treść i sposób jej przekazywania, a z drugiej strony że były to nagrania sprzed 10 lat. Stare sygnalizatory, trochę starsze samochody, autobusy, tramwaje… Może i mam 18 lat, ale już teraz tęsknie za „starymi czasami”. No i jest jeszcze jedna rzecz która mi się podobała w tym filmie. Przez prawie godzinę, w tle leciał podkład wyciągnięty z utworu autorstwa Modern Talking. Ciekawe jak dziwnie musiałem wyglądać oglądając w prawdziwym skupieniu i ciągle podrygując nóżką do rytmu. Chyba nie muszę też tłumaczyć co leciało w głośnikach mojego peceta po powrocie?

No i jeszcze wspomnę że dzisiaj w moim mieście miał miejsce wyścig Tour de Pologne. Ten błogi spokój w centrum miasta spowodowany przejechaniem peletonu za jakiś czas był po prostu piękny (Miałem okazje przekroczyć trasę wyścigu na piechotę wracając do domu drugi raz z buta z wykładów :) ). Swoją drogą gdybym miał naładowany telefon, to bym nawet tam czekał na peleton :P

Dobra, myślę że na dzisiaj starczy. W sumie więcej ciekawego się nie wydarzyło.

Dziękuje wszystkim za czytanie, do zobaczenia wkrótce!

Podsumowanie ostatniego czasu

Witajcie!

Od paru miesięcy jestem coś wam winien. Więc może pora na kolejną w mojej „karierze” ścianę tekstu. W końcu moja ostatnia opowieść, napisana bodajże w kwietniu, dotyczyła wycieczki z lutego… Długo się zastanawiałem jak zacząć nowy wpis. Przed długi okres numerem jeden było zdanie „Najważniejszą rzeczą jaką chciałem się z wami podzielić jest to że doszedł do mnie drugi kot”. Ale życie pisze ciekawe scenariusze. Jak mogę streścić te 5 miesięcy wyjęte z życiorysu? Poznałem mnóstwo ludzi, miałem egzaminy zawodowe, nawet zdałem, trochę podróżowałem, skończyłem 18 lat, zaznałem normalnej płatnej pracy i w przyszłym tygodniu rozpoczynam egzamin na prawo jazdy. Nie żeby to wszystko w momencie zwaliło na głowę że też nie miałem czasu pisać. Guzik prawda. Jestem leniem i ci którzy chociaż trochę bardziej uważniej śledzą to stronę mogli to albo gdzieś wyczytać albo sami wydedukować ten fakt. Czasami wątpię w ludzkość ale mam nadzieję że w was nie muszę. Tak jak wiele razy powtarzam, ludzie dzielą się na ludzi i coś więcej niż tylko ludzie. W sumie można to też nazwać „Są ludzie i parapety (U mnie jest odwrotna kolejność jak by co), ale chyba każdy rozumie o co chodzi, przynajmniej mam taką nadzieję.

Od razu mówię. Nie mam pojęcia ile szczegółów umknie mi w trakcie opisywania tych 5 miesięcy. Szmat czasu wbrew pozorom a ile się rzeczy w tym czasie zdarzyło. Obawiam się że będą one podane niekoniecznie w dobrej kolejności chronologicznej ale postaram się jak mogę. Przy niektórych przystanę na dłużej a przez niektóre przelecę.

To może najpierw zacznę od kota który pojawił się jakiś czas po powrocie z Piwnicznej – Zdroju. Nazywa się Teoś, wygląda tak:

Krótko mówiąc, liczba szkód w domu wzrosła, skradzionego mięsa wzrosła, wydatków i sprzątania kociej kuwety wzrosła. Dodatkowo koteł ma skłonności ucieczkowe z mieszkania i ciągle spiernicza do ogródków sąsiadów (Kot wzbudził u mnie trochę samodzielności. Już nie jest dla mnie problemem podejść piętro wyżej do sąsiadki i jej powiedzieć że mi znowu kot uciekł i czy mi swój ogródek otworzy. Kto by się spodziewał). Po resztę zdjęć zapraszam na mojego instagrama dostępnego w ciekawych linkach. W sumie to tamte zdjęcia nawet może trochę wytłumaczą gdzie byłem i teoretycznie co robiłem. No i oczywiście mnóstwo zdjęć tego jak i drugiego kota.

Notabene ciesze się że nagle robię tak dużo zdjęć. To miłe kiedy mogę sobie spojrzeć na zdjęcie, datę przy nim i sobie przypomnieć jakąś część swojego życia. Przydatne i to bardzo.

Co było kolejne… A no tak. Wycieczka do Żagania. Znajomy który zajmuje się składaniem modeli czołgów razem ze swoją grupą hobbystów dostali zaproszenie na manewry wojskowe odbywające się właśnie w Żaganiu. Znajomy poza swoją drugą połówką zabrał też kolegę z pracy (Bardzo fajna osoba chociaż szczerze mówiąc na pierwszy rzut oka nie wygląda zachęcająco a pierwsze odczucia po obserwowaniu to tak trochę niemrawe. Ale to jedna z tych osób które trzeba po prostu poznać. Bardzo fajna, miła, nawet trochę za miła ale było fajnie). W tym pipidowie (Konkretniej to pod Żaganiem byliśmy, o tutaj) spędziliśmy cały dzień. Co było do oglądania… Rosomak, 3 czołgi z czego jednym z nich był słynny T-34-85, znany przez „starszą widownie” jako Rudy (Z którego nawet strzelano). No i oczywiście mnóstwo modeli czołgów które głównie sobie jeździły między sobą, udawały małe pancerne walki, a niektóre były wysadzane petardami przez jednego z modelarzy z zadatkami na kiepskiego nieobliczalnego pirotechnika. Przestał wysadzać petardy dopiero jak jakieś dziecko się rozpłakało, i wszyscy mieli nadzieję że to ze strachu (Krwi nie było więc chyba wszystko w porządku). Ja z kolei próbowałem się bawić w profesjonalnego fotografa. Zdjęć narobiłem sporo, pokażę tylko dwa :P

Wracaliśmy drogą krajową nr 18. Krótka historia, to stara droga zrobiona na betonowych płytach. Dawno temu nasz kraj łaskawie wyremontował północną nitkę, piękna równa betonowa droga. Południowa nietknięta od czasów jej zbudowania. Jazda po niej to masakra, trzęsie niemiłosiernie i ogólnie mówiąc ciężko mówić o jakimkolwiek komforcie podróży. Nie ma żadnego. W sumie sami zobaczcie.

Co było potem… Śnieg w kwietniu z tego co widzę.

Ładne co nie? Przypomina mi trochę bawełnę na krzaku :P

Potem była nocna podróż bez spalin. Ogólnie rzecz biorąc woziliśmy się składem przez całą noc. Od orientacyjnie 22 do 4 rano. 6 godzin na to by zapoznać się ze wszystkimi którzy byli w wagonie. W sumie miałem prościej bo kilka osób już kojarzyłem. Poznałem też kilka bardzo fajnych osób (Jeju ja to chyba dzisiaj jeszcze z kilka razy powtórzę, ale to się pewnie sam przekonam za jakiś czas. W sumie wy też). Zwiedziliśmy praktycznie całą sieć, z Zagłębiem (Czyli terenem przeze mnie za bardzo nie zbadanym włącznie). Fajnie było kiedy wyjeżdżaliśmy z pętli w sosnowieckich Milowicach. Rozmowa między mną a motorniczym. Wyjazd coś koło pierwszej godziny.

Jechałeś tu już kiedyś? Nie. A na kursach? Nie. A ty w ogóle wiesz gdzie my jesteśmy? Nie. A to fajnie…

Fajne pocieszenie :P Nockę wytrzymałem całą, bez spania. Fajnie było też w Mysłowicach gdzie znalazł się toi toi… Zamknięty na kłódkę. Mówili że Zagłębie to stan umysłu. I weź tu nie żyj stereotypami.

Potem toczyło się, dla mnie, normalne życie. Kłótnie, śmiechy, chichy, granie i tak dalej. Swoją drogą ile to ja okropnych i, dla mnie, emocjonalnych rozmów ja odbyłem. Z osobami które mam wrażenie są efektami 500+ zanim ktokolwiek 500+ się śniło. Serio, nie wiem jak wam mam opisać te osoby żeby mnie nie zablokowali a wy mieli jakiś ogląd z kim to ja muszę przez internet się zadawać. Dobra, fakt, nie muszę, to po prostu silniejsze ode mnie. Jakby się zastanowić to sobie sam gotuje ten los angażując się w takie kupę wartą rozmowę. Pomijając szczegóły, rozmowy z pseudo miłośnikami komunikacji miejskiej którzy nie mają za krzty rozumu i mi wciskają że jestem trzema, czterema albo kij wie ile osobami na raz. Nawet mi jeden wciskał że moim dostawcą internetu jest strona hostująca zdjęcia. Myślałem że padnę jak to przeczytałem.

Na początku czerwca miała miejsce industriada. Ciąg imprez które są organizowane w zabytkach techniki górnego śląska. U mnie najbliżej jest Elektrociepłownia który pierwszy raz zagościła na industriadzie. Ja w sumie poszedłem się tam spotkać ze starym znajomym ze starej szkoły. Koniec końców ze spotkania wyszła pomoc w prowadzeniu punktu gastronomicznego. Poznałem jego współpracowników, też bardzo fajne osoby.

W czerwcu kończył się także rok szkolny. Najgorzej było z matematyką, na szczęście mama znalazła bardzo dobrego korepetytora. Różnica polega na tym że w moim mniemaniu jest wart swojej ceny. Miałem w życiu ich kilku, ale dopiero przy tym coś mi weszło do głowy. 4+ z jednej z matematycznych kartkówek to moim zdaniem potwierdza. Jednak będąc jeszcze w temacie matematyki, następny do napisania był sprawdzian z którego dostałem 2 bo źle interpretowałem pytania. Tak jak miałem straszną nadzieję na bardzo dobrą ocenę (Ostatnie sukcesy, rozumiecie) tak moja pewność siebie spadła diametralnie. W każdym razie, do następnej klasy zdałem.

Przed końcem roku szkolnego, jeszcze trochę stresu. Sprawdzian teoretyczny z geodezji. Który zdałem prawie najlepiej z całej klasy geodezyjnej (Drugi wynik na sześć osób). Kogo obchodził wynik szkolnego prymusa, pokój nauczycielski huczał od mojego sukcesu. Obawiam się że nie przesadzam bo wielu nauczycieli składało mi gratulacje.

Wakacje się zaczęły… Nie, nie nie, nie ma tak dobrze. Jeszcze część praktyczna egzaminu. I tak, 1 lipca, trzeba było przyjść na 8 do szkoły. Mało mi było stresu rano? Dorzućmy krwawienie z nosa! Tak, zaczęło ciec akurat kiedy miałem wychodzić. W trakcie egzaminu też było nie wesoło. Miałem 1/6 szansy na to że trafi mi się instrument którego nikt nie lubi. A w totka nigdy nie wygrałem… Ale tzw. chiniola dostałem. Podobno dobrze się na nim robi. Ale jego praktycznie nigdy nie używałem. Dodatkowo miałem dostępną instrukcje do instrumentu… Tylko nie tego którego byłem użytkownikiem. Fajnie (Szkoda że tego nie zgłosiłem). Jakby tego mało, w trakcie wykonywania obliczeń kopnąłem instrument, przez co musiałem go centrować drugi raz. Dodatkowo ciągle popełniałem jakieś błędy, a egzamin trzeba było wykonywać długopisem, a jego tak łatwo się nie pozbędziesz jeśli zrobisz błąd. Streszczając. Kiedyś mówiłem że egzamin gimnazjalny to było coś strasznego. Cofam to, tamto to był pikuś przy tym. A w przyszłym roku kolejny egzamin zawodowy, a w kolejnym roku następny… Nic tylko zdawać do następnych klas :)

Czy czegoś nie pominąłem… Tak, pominąłem. 17 czerwca bytomskie stopiątki obchodziły czterdziestolecie. Wiązało się to z tym że dużą część dnia spędziłem z dwoma kolegami i kolejnym nowo poznanym motorniczym w wagonie #338 którzy został wyremontowany i przywrócony do stanu fabrycznego (Czyli szybki pod kabiną motorniczego i nad drzwiami, stąd nazwa Szybkowiec). Co prawda, z 5 razy wypadły mu tylne drzwi z prowadnic, ale i tak było bardzo fajnie. Poza tym w tym okresie trochę częściej wychodziłem z domu, spędzając trochę czasu ze znajomym ze Stroszka który u mnie miał kurs na prawo jazdy.

W sumie teraz nie pamiętam czy w ciągu tych 5 miesięcy nie chodziliśmy znowu z panią z geodezji na mecze siatkówki dopingując naszą szkolną drużynę. Gdzie też spotkałem paru starych znajomych. Jeśli tak to i tak nic wielkiego tam nie było, dobra zabawa i tyle.

Nie było mnie na zakończeniu roku szkolnego. Dlaczego? Bo byłem w PRACY! Tak, byłem w pracy. Oficjalnie to ogrodnictwo, a póki co jedyne co robiłem to nosiłem ciężkie (Strasznie ciężkie) rolki trawy i grabiłem ziemię pod tą trawę. Tą moją pierwszą stówę którą zarobiłem to jeszcze jej nie wydałem, szkoda mi jej.

W każdym razie ja, leń, zaznałem ciężkiej pracy. Od 6 do 18. Myślałem że umrę. Za drugim razem trochę mniej cierpiałem ale to teraz nie wiem czy przez to że się trochę przyzwyczaiłem czy przez to że mnie ojciec zabrał dwie godziny wcześniej. A czemu to wspomnę o tym później. Generalnie to czekam aż będę potrzebny, póki co byłem tam tylko te dwa razy i obawiam się że trzeciego nie będzie (Jestem za mało efektywny). No i za często „umieram”, w sensie robię sobie przerwę czy to dychnąć czy to powstrzymać się od zwrócenia jedzenia z wysiłku. Ale podsumowując moje, krótkie, bo krótkie, doświadczenia z pracą. Wreszcie jakieś mam, no i że praca jest strasznie ciężka. I że boli.

Dnia w którym byłem drugi dzień w pracy (To był bodajże 5 lipiec) ojciec mnie zwinął wcześniej z roboty bo musiałem mieć badania okresowe do egzaminu na prawo jazdy. Tak, z okazji osiemnastych urodzin ojciec, tak jak bratu, fundnął kurs. Z racji braku miejsc zaczynam go dopiero w przyszłą sobotę (Tą ostatnią w lipcu). W międzyczasie wyszło coś co niby wiedziałem od dawna, mianowicie że jestem ślepy na jedno oko. Miałem przez to wpisane że muszę jeździć w okularach. U okulisty wyszło że wada niewielka (3/4 dioptri, nie pamiętam tylko czy + czy -), ale okulary i tak musiałem mieć. Dodatkowo miałem też wniosek o dowód, owy dowód dopiero za kilka tygodni już… W sumie okres przy moich urodzinach wyciągnął mnie bardzo w dorosłość. Pójście do urzędu, składanie podpisów. W sumie to tak nagle. Nawet reaktywowałem swoje konto w banku do którego nawet wpłacałem już pieniądze… Wciąż stwierdzam że za szybko to wszystko się potoczyło ale jakoś żyje. Jakoś…

Nastał dzień moich urodzin. Zaprosiłem trochę osób, głównie znajomych brata, swojego znajomego który przyszedł z dziewczyną (W sumie każdy miał swoją drugą połówkę). Dodatkowo zaprosiłem też swoją koleżankę z klasy która nawet przyszła :P To ta koleżanka z którą parę razy wracałem z centrum miasta (I przez te 5 miesięcy też tam raz czy dwa razem wracaliśmy, ale nie ma co się rozpisywać, ja się rozgadałem, było miło). Dodatkowo chciałem zaprosić swoich internetowych znajomych. Jeden za daleko bo mieszka u brytoli, drugi uznał to chyba jako żart bo wciąż nie odpowiedział na to pytanie a trzeci też uznał za żart ale się nawrócił i niestety nie mógł się pojawić. W głębi duszy liczyłem na jeszcze kilka internetowych znajomości ale wyszło tak jak ze wszystkim co tworzy się w mojej głowie. Nic nie wyszło :P

Sama impreza bardzo fajnie, jak zeszli się wszyscy to już szło całkiem gładko. Ja na przykład oparzyłem się woskiem ze świeczki. Dodatkowo powiem wam że pierwszy raz w życiu, tak na poważnie, spróbowałem alkoholu. Może was zaskoczę lub też nie… Nie dobre. Ale za to jaki brat szczęśliwy. Już mu mogę chodzić po fajki do nocnego. Ba, nawet raz już byłem. Jeszcze tylko prawko zrobię i będę mógł go na imprezy wozić. Ten to wie jak się urządzić, sami przyznacie.

Co jeszcze wynikło z mojego przejścia w dorosłość? Dzwoniłem do supportu Playstation w sprawie odzyskania konta (Bo na urodziny dostałem PS4 i ja, zapalony pecetowiec, zostałem znowu konsolowcem). Nie przeszedłem weryfikacji konta trzykrotnie, bowiem nie pamiętałem historii transakcji na tym koncie (Ostatnio używałem tego konta 4 lata temu. Hasła zapomniałem, a głupi młody ja przy zakładaniu konta podał złą datę urodzenia i w pytaniu zabezpieczającym złe miejsce urodzenia. Fajnie co nie?) Skończyło się na założeniu nowego konta, więc nie ma już jako tako problemu.

Co jeszcze się wiązało z moimi urodzinami? Stwierdziłem że znowu powrócę do „Wirtualnych Spedycji” (Wiecie, Euro Truck Simulator 2 Multiplayer i te sprawy). Trafiło na firmę która jest prowadzona przez… Wesołą parkę z Warszawy. Oj tak, dawno o nich nie pisałem. Ciekawe czy ktokolwiek jeszcze wie kto to w ogóle jest. W sumie ostatnią wersją było że z Łomży ale te szczegóły już pozostawię to indywidualnej interpretacji. Jeśli ktoś nie pamiętam, miałem z tymi osobami trochę wspólnego a następstwem tego było to że miałem z nimi bardzo na pieńku. Wierzcie mi że długo się zastanawiałem czy dobrym wyborem będzie VSka (VS -> Virtual Spedition (ENG) -> Wirtualna Spedycja (PL) ) w której są osoby znaczące coś dla mnie, którym ja zaszedłem za skórę i które pamiętają większość rzeczy które zaszły w tej naszej niekiedy dość toksycznej znajomości. Jednak ja stwierdziłem że pora dorosnąć. Jestem w stanie zachowywać się w miarę normalnie, i nawet z nimi mieć jakieś normalne relacje, a nie to co kiedyś. I z takim nastawieniem tam poszedłem. Co było to było, zaczynamy od nowa. Ciesze się że szef tej firmy (Czyli męska część parki) wyszedł do mnie z takim samym założeniem i dał mi szansę (I mam nadzieję że jej nie zmarnuje, więcej nie będzie i wiem o tym z innego przykładu o którym trochę później). W każdym razie, poza nowymi normalnymi relacjami (I wyjaśnieniem paru starych spraw jak się rozgadaliśmy na komunikatorze głosowym) poznałem przy okazji kilka fajnych osób i tam z dwie znajomości odświeżyłem. Nadal uważam że postąpiłem rozsądnie. Szczególnie że to nie jest byle jaka firma tylko spedycja o której prawie cała polska społeczność słyszała. Szczerze mówiąc zastanawiałem się czy dam radę mieć też jakąś normalną relację z żeńską częścią tej parki. Miałem jedną okazje bo wchodząc na komunikator głosowy widziałem że ona też tam siedzi. Jednak taktycznie uciekłem. Powiedzmy że speniałem. Stwierdziłem potem że jednak mam się przełamać i przynajmniej wejść przy pierwszej lepszej okazji, w końcu jestem dorosły, heloł.

Okazji nie było. Szybciej nadszedł dzień dzisiejszy, właściwie wczorajszy już. Sobota, 22 lipca. Drugi dzień zlotu ciężarówek „Master Truck” mające miejsce pod Opolem we wsi „Nowa Polska Wieś”. W sumie miałem nie jechać. Ale raz że ci na komunikatorze ciągle o tym mówili, a to jeszcze się trafił przyjaciel z Kalisza. Moja kolejna męska decyzja w życiu. Zadzwoniłem do ojca i załatwiłem sobie transport do Opola. Teraz albo nigdy. Szczególnie że można upiec dwie pieczenie na jednym ogniu. Przyjaciel z Kalisza i ekipa z mojej wirtualnej VSki (Wraz z parką z Warszawy rzecz jasna). W sumie dawno się tak nie stresowałem. Ech, głupoty opowiadam, przecież nie dawno miałem egzamin zawodowy… W każdym razie nadszedł dzień sądu. Na miejsce dojazd jakąś godzinę. Dopiero w okolicy lotniska zrobił się sznur samochodów. Byłem przygotowany na wysadzenie mnie, ale miałem nadzieję na gdzieś bliżej miejsca mojego pobytu. No ale w tym korku to byśmy godzinę spędzili. Decyzja, idę z buta. No i poszedłem, nieco ponad kilometr. Przez moment byłem jedną z szybszych osób w okolicy :P

Plan był prosty, przyjaciel miał być przede mną i mnie „wprowadzić”. Rzeczywistość brutalna, bowiem sam wszedłem na teren i kręciłem się w kółko przez dwie godziny w oczekiwaniu na niego. No ale się doczekałem. Dwa lata znajomości nie poszły na marne i wreszcie była okazja dać sobie grabę w realu. Tyle ile tematów chciałem z nim poruszyć, ile rzeczy chciałem mu powiedzieć… Jak każda rzecz którą planuje w głowie. Nic z tego nie wyszło :D Głównie chodziliśmy po zlocie i ten fotografował trucki, a czasem ja fotografowałem jego :) Chociaż na początku bolał mnie brzuch od chodzenia (Myślałem że z głodu ale Hot Dog za 7 zł uświadomił mnie że nie), to nawet trochę przeszło. Aż po kilku godzinach chodzenia w kółko… Swoją drogą na terenie była możliwość śmierci na: Pylice (Kurz), Zawał (Trąby i klaksony ciężarówek, oczywiście niespodziewanie), Udar (Żar z nieba, bluza się nie przydała. Tak jak mówię że nigdy nie jest tak ciepło by nie dało się ubrać bluzy tak dzisiaj sobie oszczędziłem. Poza tym miałem rzadką w tłumie żółtą koszulkę więc szybko mnie można było zidentyfikować). Po kilku godzinach chodzenia w kółko… jeszcze tak swoją drogą otrzymałem gazetę Nowa Trybuna Opolska. Nawyk z chodzenia po ulicy Dworcowej i brania każdej możliwej ulotki zrobił swoje :P Ale wracając. Przyszedł czas na wykonanie połączenia do ekipy z VSki. I tu pojawił się problem. Jest XXI wiek, samochody napędzane wodorem, karty pamięci o pojemności 1 TB, autonomiczne pojazdy, era googla… A na terenie zlotu praktyczny brak zasięgu skutecznie utrudniający wykonanie połączenia do jedynej osoby do której miałem numer i była kij wie gdzie. Ale się udało, znalazłem swoich. A ci mnie zaprowadzili do owej parki z Warszawy. Jednego kurde nie zapomnę. Jej miny na mój widok, mina mówiąca więcej niż tysiąc słów (Rafaello przy tym to pikuś), krzycząca całą sobą „O k&!%a tylko nie on…”. Swoją drogą, w głowie miałem całkiem sporo scenariuszy jak miałoby się potoczyć owe pierwsze spotkanie, z trzema osobami wręcz po latach znajomości. Chyba nie muszę mówić że żaden się nie sprawdził? W każdym razie przywitałem się z każdym… poza nią. Wierzcie lub nie ale to też oznaka tego że trochę dojrzałem. Bowiem nauczyłem się z autopsji, paradoksalnie przez te rzeczy z przeszłości z nimi, że się nie powinienem specjalnie narzucać. Nie chciała, trudno, do niczego nie zmuszałem. Ignorowała mnie to dla swojego spokoju ignorowałem ją. W każdym razie spędziłem z nimi kilka godzin, też głównie na foceniu trucków, ale ciesze się że mogłem z nimi porozmawiać trochę. To bardzo ciekawe uczucie kiedy widzisz człowieka pierwszy raz na oczy, ale znasz go z internetu i jako że jest swój to czujesz się przy nim nawet swobodnie. Ja nie zawiodłem, żadnej głupoty nie odwaliłem (No, poza tekstem do pani która dawała bilety na coś gdzie zachęcało się ludzi dorosłych które palą, a ja „wypaliłem” że mogę zacząć). Męska część parki dała mi tego dnia ibuprom który mi nawet pomógł (Głowa bolała jak diabli). Tak podsumowując to wszystko to jestem właściwie z siebie zadowolony, bo wykazałem się odrobiną samodzielności, pokorą, samokontrolą i, kurka wodna, przełamałem się. Byłem tam, poznałem fajnych ludzi, przybiliśmy sobie piątki… No kurde. Nogi mam w tyłku od tego łażenia ale było cholera warto. Mam tylko oczywiście coś co mógłbym nazwać lekkim niedosytem. Chodząc z nimi używając swoich lekko ślepawych osób patrzyłem na nich, widziałem jak wyglądają, co robią, jak się zachowują i tak dalej. Dostrzegałem szczegóły dzięki którym właściwie bez problemu mogę ich sobie wyobrazić w głowie, zrobić kopiuj wklej do jakichś innych scenek wymyślonych w mojej głowie (W końcu wiem jak wyglądają to będzie prościej), lub po prostu o wiele lepiej wspominać. Mam po prostu „wincyj” danych w głowie. No a właśnie. Jest jeszcze ona. Ta która najwidoczniej nie dała mi entej szansy i jej po prostu nie da. Cóż, dla niej chyba już do końca życia zostanę tylko prześladowcą (Tak, trochę im, a raczej jej, trochę za skórę zalazłem. Ale żeby nie było, nic złego nigdy nie zrobiłem, do niczego nie doszło). A że na nią właściwie nie patrzyłem (Czemu to pisałem wyżej) to nadal ją kojarzę tylko ze zdjęć. No dobra, nie jest aż tak źle ale rozumiecie o co chodzi. Nie żeby mi zależało ale czuje to jednak. Ale nie ma co wybrzydzać. Spędziłem wspaniały dzień, z fajnymi ludźmi których poznałem w internecie z którymi przeżyłem parę fajnych chwil tego jednego dnia. Czego chcieć więcej? Nawet wracając z buta na główną drogę w wiosce życzyłem policjantowi który kierował ruchem miłej służby. Tak jak rano we mnie buzował strach, niepokój i mocz, tak w trakcie powrotu radość, szczęście, zachwyt, podniecenie emocjonalne… i mocz.

Tylko… wracając do domu i chwaląc się domownikom i znajomym internautom czego to ja dzisiaj dokonałem i w ogóle, popełniłem jeden błąd. Siadłem do kompa, zacząłem grać. Włączyłem mój ulubiony symulator, wszedłem w tryb wieloosobowy. No i sobie pograłem. Tak sobie pograłem że spotkałem akurat tego wyjątkowego dnia tyle wkurzających osób które mnie taranowały i ogólnie psuły mi rozgrywkę. Tak bardzo się wkurzyłem że pozytywne emocje poszły się, zastąpił je gniew, smutek i oczywiście ta pieprzona bezsilność… Mówiąc kolokwialnie, spieprzyłem na całej linii. Na własne życzenie z miłego dnia zrobiłem ganek belzebuba. To oczywiście rodzi ze sobą przynajmniej jeden wniosek. Że komputer mi szkodzi, na dworze jest świetnie, świetni ludzie znajomi i w ogóle hi fi super star. A świat wirtualny… Czasami potrafi spieprzyć dzień. A w moim przypadku nie czasami.

Czy mogę jakoś podsumować ten wpis?

„Ja piernicze, ale dorosłem…”. Nie mniej jednak jestem z siebie strasznie dumny i wciąż czuje to szczęście. Dzisiejszego dnia i tych ostatnich wydarzeń. Oczywiście pozytywnych bo smród tych negatywnych wciąż się za mną ciągnie. Czasami mam ochotę tym gnojkom pseudo miłośnikom którzy mnie szkalują na tej stronie ze zdjęciami komunikacyjnymi by łaskawie spieprzali i niech się… No dobra, po prostu im napiszę taką łacinę kuchenną że mnie wyśmieją, mnie zablokują i tyle będzie. Ale może się przynajmniej wyżyje na tej bandzie osób wytworzonych przypadkiem. Serio, nie chce mi się wierzyć że są tacy rodzicie w tym kraju którzy by wychowali takie potwory…

Wiem jak jest ostatnio z częstotliwością wpisów na moim blogu (Ostatnio właśnie męska część parki mi przypomniała o tym miejscu. Dzięki za to. No i za Ibuprom), dlatego na wszelki wypadek ostrzegam że znowu będzie trzeba trochę czekać. Aczkolwiek wakacje, ja zaczynam niedługo kurs. Kto wie.

Nie wspomniałem wyżej o paru rzeczach, jak na przykład o kilku przejazdach po kraju. A gdzie byłem to widać na moich trzech ostatnich filmach na moim kanale YouTube (Rzecz jasna link w ciekawych linkach).

Ja bardzo dziękuje za czytanie i pozdrawiam najwytrwalszych czytelników. Tych który przeczytają to za jednym razem i tych którzy są, nazwijmy to że ze mną, najdłużej.

No i tak żeby nie psuć formuły.

Dziękuje wszystkim za czytanie, do zobaczenia wkrótce!

Dwa lata bloga!

Witajcie!

Z kwestii organizacyjnych, jeśli wcześniej nie miałem dobrego powodu dlaczego nie ma u mnie nowych treści to już mam solidny argument. Udało mi się, niestety, dorobić kary na komputer na czas bliżej nie określony.

Ale ponieważ mam dar przekonywania i z własnej woli obrałem 3 kilo ziemniaków udało mi się namówić mamę na napisane, już drugiego, jubileuszowego wpisu. W końcu trochę głupio by było nic nie napisać z tej okazji.

Dwa lata mojej pisaniny. Ten wpis będzie 130 jaki widnieje w bazie moich wpisów. Co się zmieniło od ostatniego jubileuszu? Poza tym że jestem starszy o ten jeden rok to zwiększyła mi się liczba kotów z zera do dwóch (Tak, dwóch, po prostu o drugim jeszcze nie napisałem :) ). Jeśli chodzi o drugiego to zdradzę wam że straty w przedmiotach i godności wzrosły :P Częstotliwość pojawiania się nowych wpisów niestety spadła, co przynajmniej mnie trochę martwi, ale z tego co widzę wielu to chyba nie odstrasza. W końcu o dziwo liczba polubień mojego fanpage’a na facebooku wciąż rośnie, a jakiś czas temu liczba ta przekroczyła 200 osób. Tak jak się zastanawiałem dlaczego ludzi przybywa tak mama zasugerowała że po prostu jest bo jest u mnie całkiem sporo zawartości (Jakoś tak to opisała). W sumie faktycznie, jeśli przyjdzie ktoś nowy to ma co czytać na dzień dobry, więc coś w tym musi być. W końcu liczba wizyt jakoś oddaje to że wciąż ktoś tu wchodzi. Na dzień dzisiejszy komentarzy jest ponad setka, było by jeszcze jakieś 60 gdybym przez pewien okres nie zajmował się usuwaniem komentarzy z reklamami sex telefonów i blokowaniem adresów IP tego spam bota (Możecie podziękować, już byłemu, koledze za tą fale). W każdym razie, wreszcie ustało.

Liczę na to że będzie mi dane napisać także trzeci jubileuszowy wpis. Tak się zastanawiam że tak długo to już prowadzę że tak trochę głupio byłoby się wycofać.

Pomyśleć że pierwsze wpisy opierały się także na opowieściach z placu boju w postaci ogródka i kosiarki, a zapowiada się że znowu ruszę „w trawę”. No cóż, inni jubileusze opijają, ja je „obcinam” :D

Dziękuje wszystkim za czytanie, do zobaczenia wkrótce!

Podsumowanie wycieczki do Piwnicznej – Zdroju

Witajcie!

Mówiłem na Facebooku reklamując ostatni wpis że w następnym pojawi się co to za „coś” wymusiło na mnie, szybsze niż planowałem, napisanie wpisu. No cóż, nie będę rzucał słów na wiatr, najpierw to, potem co się działo w ostatnim czasie.

Już ponad dwa miesiące temu odbyła się kolejna wyprawa do Piwnicznej – Zdroju. Byłem tam nie raz, drogę kojarzę na pamięć, okolica w małym palcu, rozkład jazdy pociągów InterCity i Kolei Małopolskich dopiero od nie dawna w niewielkim stopniu. Niby pojechałem tam na 3 dni (Piątek, sobota, niedziela), praktycznie były to 2 trzymając się sztywno godzin. Uwielbiam do Piwnicznej jeździć własnym autem, tym razem zabraliśmy się z koleżanką z terapii i jej mamą. Punktem przejęcia nas był MOP Halemba w ciągu autostrady A4. Obawiałem się że całą drogę spędzę z tyłu nic nie znacząc, jednak mama oczywiście powiedziała że jestem nawigatorem, wiem gdzie to etc, więc udało mi się awansować na przednie siedzenie. Wyruszyliśmy gdzieś w okolicach 16, plan był prosty, A4 do Brzeska, z Brzeska DK75 do Nowego Sącza a z Sącza DK87 w stronę Słowacji, droga długo autostradą, łatwa, i przyjemna właściwie na całym odcinku. Rzeczywistość jednak nakazała nam na obwodnicy Krakowa zjechać z trasy do pobliskiego KFC. Rzeczywistość, czyli organizatorzy wycieczki którzy do nas zadzwonili i skoro, nieszczęśliwie, jeszcze nie minęliśmy zjazdu, to mieliśmy się z nimi spotkać. No cóż, skoro byliśmy razem to pojechaliśmy już za nimi… Słynną na cały kraj Zakopianką w ciągu DK7. Ciemno wszędzie, jak przystało na zakopiankę ruch też był duży, moim zdaniem (Z punktu widzenia pasażera) wyzwanie dla każdego kierowcy. W pewnym momencie nie wytrzymaliśmy i postanowiliśmy się odłączyć od prowadzącego i szybciej dojechać na miejsce. Po dojechaniu do Mszany Dolnej zdecydowaliśmy że zamiast cisnąć się do Nowego Sącza przez zawsiówka kiepskiej jakości drogami wojewódzkimi (DW968 i DW969, chociaż ta druga już nieco lepiej) będziemy jechać DK28. Trochę więcej w kilometrach ale czasowo wypadało podobnie. W tamtym okresie w Polsce panowała jeszcze zima, a przynajmniej wszędzie, tylko nie w moim mieście. Śnieg leżał wszędzie, gałęzie białe, dachy białe, pola białe, jeszcze wszystko oświetlone przez księżyc w pełni na czystym niebie. No i jeszcze równiutka droga krajowa, no po prostu bajka… Na miejsce finalnie dojechaliśmy trochę przed 21. Kwatera znana, 30 metrów od czynnej linii kolejowej, 90 metrów do całkiem sporej rzeki Poprad (Która akurat była ładnie zamarznięta, aż żałuje że nie zrobiłem przynajmniej jednego zdjęcia). Pokój jaki dostaliśmy był dla odmiany bez balkonu (Prawie wszystkie dostęp do balkonu mają), jednak okno z parapetem tym razem było dla mnie lepszym rozwiązaniem. Sam pokój na dzień dobry zrobił na nas dobre wrażenie. Za zasłoną było coś wielkości niewielkiego krzyżaka, na jednej ze ścian był pajączek kosarz no i jeszcze naklejka z motylem, która z daleka wyglądała jak ćma. Tak na poprawę humoru. Okno z parapetem przydało mi się do nagrywania pociągów. Skoro miałem bardzo fajny, mój, telefon i całkiem niezły widok na przejazd kolejowy to czemu by nie skorzystać. W końcu z tego co pamiętam ruch na tej trasie był trochę większy niż na początku kiedy byłem w Piwnicznej pierwszy raz. Nie myliłem się, bowiem o 23:45, kiedy, już całą ekipą która w międzyczasie dojechała, siedzieliśmy na parterze (Czyli w połowie pod ziemią) zajadając się chipsami i, w moim przypadku, grając w remika (Notabene już wiem jak w to się gra), patrzę i jedzie… Pociąg. Jedzie lokomotywa z logiem PKP Cargo, wagon osobowy (Tu już załapałem że coś jest nie tak) za osobowym lawety z pojazdami wojskowymi. Ciężarówki i chyba jakieś Jeepy też były. Brata zawołałem (Interesuje się militariami) a ja oczu nie mogłem oderwać. W końcu nie codziennie widzi się transport wojskowy. Zastanawiałem się tylko potem czemu jedzie na Słowację. Rzecz jasna żałuje że wtedy siedziałem na dole, a nie u siebie gdzie mógłbym nagrać ten przejazd. No trudno, zdarza się.

Sobota, pierwszy dzień wycieczki. Po śniadaniu na pierwszy ogień poszły pontony. Pojechaliśmy na miejscowy stok narciarski w Kokuszce, koło którego znajdowała się, mówiąc prosto z mostu, licha trasa dla pontonów (Bardzo nachylony zjazd z zakrętem i jak dużą prędkość osiągnęło się na początku tak daleko się zajechało). Póki słońce nie podgrzało trochę toru to w miarę się jeszcze jechało ;) Punktem następnym wycieczki było źródło wody w miejscowości Głębokie. Jak zawsze spotkaliśmy tam miejscowych z 30+ butelkami ze sobą. Po szybkim uzupełnieniu płynów wróciliśmy na kwaterę gdzie pożywiliśmy się obiadem a ja nagrałem jeszcze jeden pociąg :)

Kiedy się ściemniało wybraliśmy się na kulig. Gdyż śniegu nie było powóz musiał być na normalnych kołach :P  Do ogniska jechaliśmy trochę na około, ale przynajmniej było co oglądać (Widok rzeki Poprad na tle gór przy obecnym wtedy natężeniu światła był wręcz boski. Chętnie bym wam go pokazał, jednak jazda powozem bez żadnego zawieszenia zepsuła jakoś zdjęcia (Zbyt ziarniste i nie ostre :/ ). Na miejsce ogniska dojechaliśmy kiedy już było całkiem ciemno. Miejsce co prawa nie było zbyt ustronne (Pod płotami paru domostw, z któregoś nawet pies szczekał) ale i tak fajnie się bawiliśmy. Ciepły ogień, spalone kiełbaski, samochody przejeżdżające obok na długich światłach i bardzo ładny księżyc na koniec ogniska.

Wracając z terenu jechaliśmy już nieco inną trasą przez centrum Piwnicznej oraz przez nowy most nad Popradem (Ten w ciągu DK87) w akompaniamencie ciągłego kichania koleżanki. Na miejsce dojechaliśmy cało i zmarznięci (Taka pora). Znowu zostałem dżentelmenem i pomogłem zejść wszystkim paniom, dziewczynom i dzieciom :P

Tejże nocy byłem najgorszym bratem na świecie. Jak wspominałem, nagrywałem pociągi. Wyobraźcie sobie że jak o 23 usłyszałem przejazd kolejowy to momentalnie wstałem do okna, otworzyłem na całą szerokość i zacząłem nagrywać :P Dopiero w środku nocy orientujesz się że pociąg to faktycznie głośna maszyna. Po jakiejś minucie hałasu kiedy przejechał wskoczyłem z powrotem do łóżka i zacząłem się chwalić kolegom przez internet jaki to ze mnie straszny brat (Bo brat w końcu sobie smacznie chrapał w tym czasie). Mało tego, 23:30, znowu słyszę przejazd, hop do okna, okno na oścież i nagrywamy :D Jak usłyszałem rp1 tego pociągu to już wiedziałem że to będzie głośne. Nie pomyliłem się, to też było głośne. Aż na Facebooku napisałem:

Wiem że to było perfidne z mojej strony, brat sobie słodko chrapie a ja na oścież otwieram okno kiedy przejeżdża pociąg. 2 razy. Ale muszę przyznać że dawno się tak nie uśmiałem, poważnie :P

Przejechał jeszcze jeden towarowy i z dwa razy pojazd roboczy, ale znałem litość, okna już nie otwierałem. Gdzieś w okolicy śniada rano nagrałem jeszcze jeden pociąg. Na samym śniadaniu dowiedziałem że brat faktycznie smacznie spał, ale się w nocy jednak obudził (Chociaż wątpię że w trakcie przejazdu przy otwartym oknie, w końcu wciąż chrapał).

Z Piwnicznej wyjechaliśmy jako pierwsi. Trochę byłem wkurzony bo zostałem zdegradowany i zostałem umieszczony na tylnych siedzeniach. Już nie byłem potrzebny, jak do domu trafić mama koleżanki już wiedziała. W planie dodatkowo mieliśmy „wstąpienie” do Nowego Sącza. Jeśli chodzi o samo miasto to ma całkiem ładny rynek :)

Poza tym w niedziele jest tam całkiem spokojnie, chociaż to pewnie oczywiste. Przy okazji walnąłem nawet ładne zdjęcie jednemu z miejskich autobusów. Po zaopatrzeniu się w Strauss Cafe (Bardzo ładne miejsce w którym można się napić kawy, polecam) i przypadkowym spotkaniu paru członków wycieczki do Piwnicznej którzy wyjechali za nami jakiś czas później ruszyliśmy w stronę domu. Tym razem żadnych wioch i zakopianek, DK75 do Brzeska i potem A4 do końca. Miałem wreszcie okazje przejechać się nową obwodnicą Brzeska (Trochę żałuje że nie mogłem nagrać przejazdu, w końcu siedziałem na tylnych siedzeniach). Z racji tego że siedziałem z tyłu to częściej zawierałem kontakt z koleżanką, przez całą drogę odpowiadając na jej wiele rozmaitych i czasem ciekawych pytań. Mam nadzieję że sprawdziłem się jako partner do rozmowy, chociaż miejscami nawet moja wiedza nie była wystarczająca lub po prostu nie dawałem sobie rady żeby zrozumieć koleżankę w taki sposób by to co chciała przekazać lub na co chciała uzyskać odpowiedź było tym samym o czym pomyślałem. W trakcie jazdy na wysokości lotniska w Balicach mieliśmy okazje ścigać się z samolotem (Wynik oczywisty :) ), dodatkowo zaczęliśmy jeszcze z koleżanką śpiewać. A co mi tam, jestem wśród swoich to chyba mogę, nie? :P

Z bratem zostaliśmy wysadzeni w Gliwicach żeby jeszcze wstąpić do ojca który nas potem miał zawieźć do domu. Podsumowując całą wycieczkę, było bardzo fajnie :) Szczególnie nagrywanie pociągów w środku nocy przy otwartym oknie :D

A tutaj efekty mojego kręcenia. Właśnie z racji tego że w dzień całą ekipą jeździliśmy tu i ówdzie to większość przejazdów była w nocy, ale coś tam widać.

To teraz czas na dopisek autora. Wpis zacząłem pisać parę dni po powrocie, czyli jeszcze w lutym. To było moje trzecie podejście w czasie którego chciałem napisać to do końca. Za trzecim się udało, dobre i tyle, tylko mi jest oczywiście przykro że to trochę trwało (Chociaż rekordzista w postaci trzeciego dnia wycieczki do Wrocławia wciąż jest niepokonany, 3 miesiące). Aczkolwiek tutaj to była w ogóle przerwa w pisaniu, a tam to tylko w historii, tak to ogólnie pisałem. Może to normalne że pisze co raz rzadziej? Aż dziwie się że chociaż nic nowego nie było to wciąż liczba polubień mojej strony czy wizyt na stronie się zwiększała.

Dziękuje za czytanie i że wciąż jesteście. Do zobaczenia wkrótce!