Podsumowanie ostatniego czasu

Witajcie!

Znowu na wpis trzeba było trochę czekać. No ale lepiej już napisać kiedy się znajdzie na to siłę niż się przymuszać co nie? Co było ostatnio, ferie były. W prawdzie nic ciekawego w ich trakcie się nie zdarzyło, co najwyżej dwie sytuacje mogę opisać, bo to jak się wywaliłem na lodzie to raczej nikogo nie interesuje.

Pierwszy poniedziałek ferii, babcia stwierdziła że pójdzie ze mną na zakupy. Dla mnie chodzenie z babcią na zakupy nie jest czymś szczególnie przyjemnym jeśli mam być szczery. Choć w głównej mierze sprowadza się to do tego że wole robić zakupy samemu. Swoją drogą jak tu się cieszyć z zakupów jeśli np idę z mamą i mama mówi że idziemy po to, to i tamto, a wracamy z pełnym wózkiem? Z babcią z kolei jest podobnie ale na szerszą skale. Mamy iść do apteki, ale po drodze wstąpimy do prawie wszystkiego do czego się da. A że babcia woli aptekę oddaloną o prawie kilometr zamiast tej która jest tak zwane kilka kroków to jest całkiem sporo takich punktów. Jeśli jeszcze chodzi o to konkretne wyjście to w jego trakcie babcia mi próbowała wcisnąć kurtkę, weszliśmy do sklepu odzieżowego i babcia zaczęła wybierać. Dopiero po 15 razie jak powiedziałem że nie, że nie chce, że nie potrzebuje wyszła z tego sklepu… Ja wiem że nie jest ze mną łatwo żeby mi wsadzić inny ubiór, zawsze topornie ze mną było kiedy miałem ubierać inne buty albo inną czapkę. Przez co w jednej takiej części garderoby chodziłem bardzo długo. Np dopiero niedawno dałem się namówić na buty zimowe i inną czapkę. Zobaczymy kiedy będzie trzeba zmienić i to i jak długo zajmie proces zmiany ubioru. Wracając, wstąpiliśmy także do sklepu warzywnego. Proces zakupowy u mnie jest taki. Mam kartkę, kupuje produkty z kartki, zajmuje mi to zazwyczaj mniej niż 10 minut, wychodzę i już. A Babcia zamiast kupić co trzeba to się zastanawia co by tu jeszcze kupić. Drobna różnica ale tak to między ciasnymi alejkami można spędzić bardzo dużo czasu. O tym przekonała się moja koleżanka z klasy która, na jej nieszczęście, ustawiła się za nami przy stoisku z mięsem. 15 minut trwało zanim koleżanka została obsłużona, 15 minut stania i zastanawiania się dlaczego, z jakiego powodu, ile jeszcze i tak dalej. Z koleżanką się nie przywitałem, bo nie mam czegoś takiego w zwyczaju, ale po czwartym razie upewniłem się że to ona, zastanawiam się czy ona wiedziała że jestem obok niej. W każdym razie jak wychodziła ze sklepu to na pewno szybciej niż typowy klient. Tą historie mogę już tutaj na spokojnie skończyć, bo nic więcej ciekawego się nie wydarzyło. Dlaczego nie mam w zwyczaju witania się ze znajomymi gdzieś na ulicy poza szkołą? No może standardowo przypomnijmy sobie że z kolegami jest inaczej niż z koleżankami, relacje z tymi pierwszymi po prostu są prostsze. Zazwyczaj kiedy widzę kogoś znajomego, zarejestruje że on jest, to po prostu obserwuje, jeśli ten ktoś mnie nie zauważy, trudno, jeśli zauważy i przywita się, odpowiem jak normalny człowiek i tyle. Mamie to jakoś nie pasuje bo mi zaczęła mówić że jak to dziewczyna ma mówić pierwsza cześć. Nie musi, jak mnie oleje to będzie mi to nawet na rękę, bo nie będę musiał odpowiadać, nawiązywać jakieś przypadkowej nieplanowanej relacji, jakkolwiek by to brzmiało. A nawet jak ja mam pierwszy mówić to powstaje pytanie czy ta osoba jest świadoma że jestem w jej otoczeniu. Jeśli tego nie wie to po co się ujawniać, szczególnie że mi jakoś niespecjalnie zależy. Ale się posłuchałem, w zeszłym tygodniu jak widziałem że idę za koleżanką która też się spóźniła to postanowiłem się przywitać kiedy byłem na odpowiednią bliską odległość za nią. Odpowiedzi nie dostałem, słuchawek w uszach nie miała a ja jakoś cicho tego nie powiedziałem. Usłyszała mnie? A może jednak powiedziałem za cicho? A może mnie olała? Puknąć palcem by mnie zauważyła? Powtórzyć? Tyle pytań przy tak małej sytuacji, a proste milczenie i wyczekiwanie reakcji, jeśli taka będzie, drugiej osoby sprawia że nie muszę się nad tym zastanawiać. Życie jest jakby prostsze.

Druga sytuacja? Tydzień później pojechaliśmy z rana do Katowic po „lekkie” łóżko dla brata. Podobno miałem się przydać więc od niechcenia wsiadłem do pojazdu i pojechałem z mamą i bratem. W sumie już na początku się przydałem bo pomogłem zlokalizować ulicę i blok. Mieszkanie na 4 piętrze, klatka schodowa wąska, stara komunalna zabudowa. Nie zagłębiając się w szczegóły to „lekkie” łóżko okazało się pieruńsko ciężkie, jego znoszenie z czwartego piętra była wyzwaniem które objawiły się później (I o tym później wspomnę), a samo łóżko po wpakowaniu do samochodu (7 osobowy duży van) zabrał mi miejsce. W nagrodę za pomoc otrzymałem trochę drobnych i informacje że mam wracać autobusem (Skłamałbym mówiąc że tyle ich widziałem bo w trakcie oczekiwaniu na przystanku pojawili się i mama próbowała mi podpowiadać jakimi busami powinienem jechać). „Wyzwanie” przyjąłem, telefon w łapę, odpalam MobileMPK i sprawdzam gdzie ja do cholery jestem (W ten konkretnej części Katowic jeszcze nie byłem, a na pewno nie komunikacją miejską). Pierwsze faux pax popełniłem kiedy wybierałem platformę przystankową. Autobus w stronę Katowice Dworzec. Dworzec w Centrum. Centrum Katowic znajduje się „tam”. No to idę na platformę która jest w stronę centrum. A po chwili podziwiałem mój autobus który jechał w drugą stronę… Jak się przypatrzyłem w rozkład to okazało się że autobus jedzie do centrum na około via autostradę A4. Przynajmniej tak był chyba z 10 minut to nie czekałem długo. Przesiadka na Dworcu wymagała dojścia gdziekolwiek z tej piwnicy (Dworzec autobusowy w Katowicach znajduje się pod ziemią). Ponieważ mój tramwaj odprowadziłem tylko wzrokiem skierowałem się na „autobusowe centrum przesiadkowe” by tam wsiąść w Cider Express, czyli słynne 820. Całą drogę w poprzednim autobusie i 820 spędziłem praktycznie cały czas opierając się o poręcz i szybę w środkowej części autobusu (Lub członu A w przypadku przegubowego) opierając się tylko na nogach bez trzymanki, czuje się w takich momentach jak haker –  król komunikacji miejskiej który steruje światem za pomocą smartfona. Mnie w rzeczywistości telefon przydał się do sprawdzania rozkładów, planowania przesiadek no i śmianiem się z kolegami jak mnie to mama z bratem wystawili :P W swoim mieście pod dom zajechałem ukochanym tramwajem, który przystanek dalej raczył sobie coś zrobić z trzecimi drzwiami które wymagały ręcznego zamknięcia przez motorniczego (5 minut w plecy). Podsumowując tą wycieczkę która zajęła mi chyba z godzinę, czekając na 820 przeszła przede mną jakaś młoda dziewczyna przeszła żaląc się do telefonu że „ma tego k*rwa wszystkiego dosyć” (Jakoś tak), widziałem potem busa jadącego z otwartymi bocznymi drzwiami w których było widać pojemniki na chleb, sam bus był zarejestrowany na Sosnowiec (I pewnie wg niektórych, oraz mnie, jest to ze sobą powiązane, otwarte drzwi w jadącym busie i rejestracja na Sosnowiec :P ), zrobiłem fotorelacje przebudowy miejscowego centrum przesiadkowego na Zamłyniu no i te drzwi w Helmucie (Helmut -> Düwag Pt8 -> tramwaj). W sumie całkiem ciekawie.

Ciekawiej było kilka dni potem kiedy dostałem ostrego bólu brzucha który najpierw zdawał się być mięśni, a potem niekoniecznie mięśni. Nie mniej jednak zostałem wręcz unieruchomiony. Przed kompem siedzieć nie, leżeć nie, stanie też nie… Parafrazując, umierać, nie żyć. Po jakimś czasie mama mnie macała pod pretekstem wymacania wyrostka, nic. Ja zacząłem czytać artykuły na temat przepuklin, bo to była ostatnia rzecz jaka mi przyszła do głowy. Dopiero lekarz nas uspokoił, jednak się przedźwigałem, tym samym przeszło po jakimś czasie, chociaż mam wrażenie że nadal się to odzywa.

Po feriach szkoła, od pierwszego poniedziałku po feriach znowu chodzę do psychologa. Nareszcie udało nam się zgadać (Chociaż zgadaniem bym tego nie nazwał, po tym jak dostałem od pana smsa że mam go poszukać a ja mu odpowiedziałem że jak znajdę czas to poszukam, znalazł mnie całkiem szybko. Trochę mi się dostało za to, teraz już wiem że trochę przegiąłem), w końcu nie spotkaliśmy się ani razu od dwóch miesięcy. Najpierw panu coś wypadło, potem mnie coś wypadło… z szyi (Okres kiedy chodziłem w kołnierzu), potem pan miał urlop, potem święta, ferie… No cóż, tak wyszło.

Następnego dnia miała miejsce dla mnie dość dziwna sytuacja. Może niektórzy zauważyli, jestem dosyć ostry jeśli chodzi o przepisy ruchu drogowego. Jazdy na czerwonym, zastawianie przejść dla pieszych czy stanie w niedozwolonych miejscach. Opiszę to najdokładniej jak potrafię. Idę i mam zamiar przejść przez przejście. Rejestruje że światło dla mnie się zmienia na czerwone, stwierdzam że nie przyspieszę tylko poczekam na kolejne zielone. Rejestruje podczas oczekiwania białego DAFa który przejechał na późnym pomarańczowym przez skrzyżowanie równolegle do mnie oraz zielonego Volskwagena Golfa IV który zrobił to samo, ale jechał w drugim kierunku i skręcił w ulicę przez którą miałem zamiar przejść. Po skarceniu obu kierowców w myślach po zapaleniu się zielonego światła dla samochodów z ulicy przez którą chciałem przejść… zacząłem iść. Rejestruje że w moją stronę jadą auta z drugiej strony skrzyżowania ale nie zauważam że coś jest nie tak, z drugiej strony gdzie jest bliżej (na szczęście), nikt nie trąbi ani nic. Dopiero kiedy prawie przeszedłem przez przejście spojrzałem na sygnalizator i widzę że świeci mi się czerwony ludzik. Aż po chwili doszła do mnie pierwsza fala myśli co ja zrobiłem i w momencie nogi mi się zaczęły załamywać… Stałem tam przez kilka minut, patrzyłem dookoła, docierało do mnie co ja zrobiłem. Nie, nie chodzi mi o to że ja, taki gardzący złymi kierowcami, trzymający się zasad człowiek, przeszedłem na czerwonym, nie. Kilka razy mi się w życiu zdarzyło bo albo biegłem na tramwaj albo znałem program sygnalizacji na pamięć i wiedziałem że do zielonego światła dla samochodów mam 4 sekundy więcej niż powinienem mieć, ale wtedy byłem świadom tego co robię, przebiegając przez przejście upewniałem się że mogę to zrobić nie wchodząc nikomu pod koła. A tutaj z automatu zacząłem iść jak gdyby nigdy nic… To mnie najbardziej przeraża w tej całej sytuacji. Ogólnie to dzień cały mi zleciał w kiepskim humorze. Za to na zajęciach się okazało że mamy nowego kolegę, więc chcąc nie chcąc nie mogłem być smutny i cichy, tylko musiałem się zachowywać w miarę normalnie by pierwsze wrażenie pozostawić po sobie… no, normalne po prostu, trochę dziwnie by było że poznajesz człowieka, zamknięty w sobie, smutny, nic nie mówi, a potem ciągle gada gada gada gada… No coś tutaj nie gra, co nie?

W takcie tego czasu zdarzyło się jeszcze kilka rzeczy, mniej lub bardziej ważnych (I wcale tu nie mówię o jeszcze dwóch wywrotkach na lodzie…), ale pozwólcie że pominę szczegóły, ogólnie to chodzi m in o szkolne zaczepki na które nadal reaguje (Dosrywanie kolegi który jest wkurzający, dosrywający a potem nagle jest normalny i przyjazny i tak na zmianę…). Nie ma sensu się o tym rozpisywać, schemat wciąż ten sam.

Swoją drogą, z psychologiem od właśnie dwóch tygodni rozmawiamy o strefie szarości. Cytując, ja widzę albo białe albo czarne, coś jest fajne albo nie fajne i tak dalej. A między tym a tym jest jeszcze strefa szarości w którą albo boje się wejść albo jej nie dostrzegam (Jakoś tak brzmiało przesłanie). No nie powiem, coś w tym jest na pewno, bo ja zdecydowanie wole pewniaki niż „będzie jak będzie” jeśli chodzi o różne sytuacje z życia wzięte.

Na dzisiaj myślę że tyle. Mam nadzieję że następny wpis pojawi się trochę wcześniej (A z czasem stawiam sobie co raz więcej czasu na napisanie wpisu „wcześniej”. Błędne koło?)

Dziękuje serdecznie za czytanie, do zobaczenia wkrótce!

Podsumowanie ostatnich trzech dni

Witajcie!

Na początek trochę dopowiem do ostatniego wpisu. Bowiem w trakcie jego pisania spadło mnóstwo śniegu. Tym razem okazji nie zmarnowałem i czym prędzej sfotografowałem świeżą pierzynę.

Dodatkowo jeszcze główna ulica była cała biała (A tego to chyba naprawdę od lat nie widziałem). Okazji też nie przepuściłem.

No nie mówcie mi że to nie jest piękne :)

Żeby jeszcze było ciekawiej to zdałem się na odwagę i zrobiłem najgorsze zdjęcie tramwaju jakie byłem w stanie.

Żeby było jeszcze śmieszniej to postanowiłem je dodać do grupy fanów tramwajów którzy czasami czepiają się o bóg wie co. Tak wiem, jestem zły, ale nie mogłem się powstrzymać.

Szczerze mówiąc myślałem że będzie gorzej. Ale jak widać nie jest w cale tak źle. Szczególnie że nie wyczuwam z żadnego postu specjalnego gniewu czy innej złości :) A zdjęcie wiem że mogło być lepsze, bo fotografowałem z trybu nocnego. Tak to było by ciemniejsze, ale bardziej ostre. Jednak ja tam się cieszę że miałem ustawiony tryb nocny, bo na auto miałem włączony flesz. Głupio by było oślepić przypadkiem motorniczego, więc cieszyło mnie takie moje niedopatrzenie z braku zmiany trybu na nieco bardziej odpowiedni.

Dobra, wracając to czegoś bardziej aktualnego. Był czwartek, sobota i niedziela. Czwartek opiszę bardzo szybko. A to dlatego gdyż rano byłem z psem, brat chciał komputer, ja się zgodziłem i z racji nie mania nic ciekawszego do roboty zasnąłem… tak na cały dzień. Teoretycznie nawet się wyspałem.

Piątek. Tak jak pisałem ostatnio, zgodnie z planem poszliśmy do Centrum Handlowego. No może nie poszliśmy, bo pojechaliśmy moim ulubionym środkiem transportu. Po dojechaniu prawie na miejsce i późniejszym dojściu konkretnie na miejsce wyszło w praniu nikt nie poszedł na kręgle, prawie wszyscy na film, tylko 4 osoby postanowiły wybrać bilard. Zrobiliśmy sobie dwie grupy, z czego w mojej był jeszcze kolega kolegi (Którego znałem bo rok temu z nim jeszcze chodziłem do klasy. A raczej on ze mną), więc trochę gry nam się przedłużały. Ale i tak bawiłem się świetnie, ba, nawet nie grałem wcale tak źle. Fakt, parę razy musnąłem tylko białą bilę a raz tak mi zszedł kij że zahaczyłem o jedną z lamp znajdującą się nad stołem. Już pomijam że udało mi się wyrzucić chyba z dwa razy białą bile poza stół. Było sporo śmiechu, sporo radości, parę naprawdę kiepskich zagrać po których nic tylko walić głową w stół (Przyznam że raz spróbowałem, okazało się że stół jest bardziej twardy niż myślałem) i kilka tak bardzo świetnych że szczena leciała dwa piętra w dół (Tutaj wielki podziw dla kolegi który tak jakoś uderzył w białą że ta chyba przeskoczyła nad połówkową bilą, znajdującą się na linii do żółtej całej bili, i wbiła ją do środkowej dziury). Po bilardzie miałem naprawdę świetny pomysł żeby znowu wrócić na piechotę tą koleżanką. Pojawił się problem pod koniec bo ona w końcu poszła na film, a ja głupi przez internet próbowałem nawiązać kontakt (Numeru nie mam). Z racji posiadania wolnego czasu to postanowiłem przejść się z kolegami odprowadzając ich na autobus. Przeszliśmy się ulicą która znana jest z tego że bez ulotki jej nie opuścisz. Ja, o ironio, o swoją musiałem się akurat dopominać (Uprzednio poinformowany że ulotka od 18 lat to powiedziałem że wezmę od 17 i sobie poszedłem, żeby nie było to była tylko ulotka kredytu), ale tradycja zachowana, z ulotką wyszedłem :P Poza tym lubię zbierać ulotki, przynajmniej te osoby trochę krócej będą z nimi chodzić. Po dojściu na dworzec też trochę pogadaliśmy, pośmialiśmy się, przy okazji byłem świadkiem pewnego zachowania. Do jednego z autobusów linii Miechowice Ekspres (623) chciała wjechać osoba na wózku elektrycznym. Wyszedł pan kierowca, otworzył podjazd, jeszcze ręką zrobił jakby próbował wepchnąć wózek do środka i tyle. Nic w tym nadzwyczajnego, to w końcu normalne. Ale inaczej jest to zobaczyć na np filmie promocyjnym Tramwajów Śląskich, a inaczej w rzeczywistości.

Po odstawieniu kolegów do ich autobusów poszedłem sobie na tramwaj na nasze miejscowe tramwajowe centrum przesiadkowe. A że miałem dużo wolnego czasu (Wręcz cały dzień, nawet jakby się uprzeć to i dwa tygodnie, w końcu ferie), a śniegu trochę stopniało (Kij że padał, jak temperatura z -20 wzrosła do +2) to postanowiłem udokumentować inwestycje której koniec moim zdaniem zbyt się przedłuża. Przy okazji zrobiłem także jednemu z koksowników o którym wspominałem ostatnio.

A potem tramwaj i do domu… Ale co to by było gdyby nic się nie przytrafiło, w końcu piątek 13. Pamiętacie jak kiedyś jechałem po kocyk dla kota i coś opowiadałem o kasownikach w tramwajach Moderus Beta? Nie? Nie dziwię się, bo przed chwilą sprawdziłem i nic o tym nie pisałem… No dobra, sprawdziłem dokładniej i tylko wspomniałem o tym że jechałem po ten kocyk (Pod koniec drugiego, nie licząc Witajcie, akapitu). Trochę dziwnie się pisze na bieżąco jednocześnie weryfikując informacje i nie usuwając poprzedniej treści. Dziwne podejście z mojej strony :P No ale wracając, tamtego dnia (20 lipca 2016, nie żebym pamiętam konkretnie tą datę, pamiętałem że tamtego dnia kolega do mnie napisał że nic mu nie mówiłem że byłem w jego okolicach, znalezienie tego urywka czatu gdzie była zapisana data była kwestią czasu, najważniejsze są jakieś punkty zaczepienia jeśli chodzi o wspomnienia) wracając z tym kocykiem wsiadłem do ostatniego zakupu Tramwajów Śląskich, Moderusa Beta. Większość tramwajów jest wyposażona w standardowe kasowniki i te specjalnie dla karty ŚKUP (Nasz miejscowy twór który bardziej szkodzi niż pomaga, nie używam więc mojego zdania nie będzie, cytuje internet), gdzie pierwszy wielki kasownik połyka także bilety. Jeżdżę tramwajami od dawna i oczywiście jestem przyzwyczajony do tych niewielkich brązowych pudełek z dwoma światełkami, charakterystycznym dźwiękiem i niepowtarzalnym logiem producenta które wygląda jakby ktoś wziął pręt i tym prętem zaczął, jak w mokrym piasku czy kredką w plastelinie, pisać litery R&G. Przyzwyczajony byłem też do tego że poza ŚKUPowymi ustrojstwami zawsze są te tradycyjne kasowniki. No cóż, w Betach postanowiono zamontować tylko ŚKUPy. Fakt faktem, z widzenia znałem je bardzo dobrze, ale z działa w ogóle. Wchodzę, szukam normalnego kasownika, nie ma. No to podchodzę do tego wielkiego gdzie nawet jest szpara i napisane BILETY. Wsadzam, ale nic. Próbuje głębiej, też nic. Poddaje się, latam jak głupi po wagonie szukając normalnego kasownika, nie ma. Co robić, mam bilet w ręce ale nie skasowany, kolejna próba użycia ŚKUPowego ustrojstwa, nadal nic. A u mnie już wszystko, kanary, mandaty, policja, sądy, więzienia, Rawicz… No dobra, przesadzam, ale wygląda to dość podobnie. Aż jakaś pani mi powiedziała że trzeba go wsadzić jeszcze głębiej. Próba, skasowany. Udało się, ulga, kamień z serca… Wracając do piątku. Wsiadam do tramwaju, procedure już znam. Wsadzić głęboko, w końcu wiem że to działa, bo dwa dni wcześniej, jak jechaliśmy na lodowisko, w końcu działało. Niestety, chyba za długo bilet trzymałem w swojej ręce, bo zdążył przesiąknąć… Co próbowałem wsadzić to się zginał w pół, i po prostu nie dało się go wsadzić do końca… Zajęło mi to kilka prób aż w ostateczności poszedłem do kasownika w środkowym członie. Po kilku próbach udało się, a ja wróciłem do tyłu wagonu (Bo mi było z niego bliżej do domu niż z przodu), przy okazji widząc uśmieszek na jednym z pasażerów. Faktycznie, z poziomu trzeciej osoby mogło to wyglądać trochę komicznie. Za to ja znowu byłem wystraszony. Czy kontrolerzy zaraz nie wejdą, czy nie zablokują nagle kasowników, czy się mnie nie przyczepią, czy się pasażerowie za mną wstawią… No wiecie, a przynajmniej mam taką nadzieję. Po tym na miękkich nogach, trochę z powodu bilarda a trochę z powodu biletu, wróciłem do domu i reszta dnia była spokojna.

No i sobota. Plan dzisiejszego dnia też był odgórnie znany. Kolega z zajęć zaprosił mnie na dyskotekę. Nie no, żaden problem, szczególnie że potem się dowiedziałem że mogę zabrać ze sobą mamę (Jednym z większych powodów było to żeby ją wyciągnąć z domu po prostu). Martwiło mnie tylko że od zeszłego roku ustalaliśmy wszystko między sobą. A jak już może zauważyliście mistrzem planowania może i jestem, gorzej z wykonalnością planu. Jak dobrze że się dowiedziałem dzień przed że mama już rozmawiała z mamą kolegi i wszystko jest już ustalone. Dzisiaj jeszcze poszliśmy do fryzjera żeby siebie uporządkować. Mama już tam była wcześniej, bo ja z własnej woli jeszcze odśnieżałem samochód. Zaimponowałem jej że tym razem dla odmiany wiedziałem czego chce. Zazwyczaj nie mam pojęcia co powiedzieć żeby było dobrze, jednak z czasem doszedłem do formułki która jest jasna i już wychodzę z czymś co mi odpowiada. Sukces. Trochę po południu wyruszyliśmy w stronę części naszego miasta która niestety ze wszystkich stron jest otoczona lasem, i drogami które do bezpiecznych nie należą. Szczególnie zimą. Z dojazdem problemu prawie nie było, zajechaliśmy tylko o dwa domy za daleko (Po samochodzie w ogródku poznałem który to domek). Była jeszcze koleżanka z terapii więc było fajnie. Na początek trochę gadania, słuchania czegoś a potem rozpoczęliśmy naszą dyskotekę. Przez jakąś godzinę udało się trzymać charakter dyskoteki. Była głośna muzyka, basy że aż trzęsło ścianami i wszyscy tańczyliśmy. Głównie osobno i każdy po swojemu, chociaż czasami tańczyłem z kolegą. Dla mnie to był pewien problem bo głównie ruszałem się stojąc w miejscu, z powiedzmy dobrą miną do złej gry. Nie czułem się zbyt komfortowo po prostu, poza tym stwierdziłem że nie umiem się zbytnio dobrze bawić, o poruszaniu się nie mówiąc. No to jeszcze dołóżmy chwilowe tańce z kolegą gdzie czasem był za blisko niż by mi to pasowało. Nie chciałem mu tego wypominać żeby nie psuć atmosfery, w końcu czego by nie mówić było fajnie. Muzyka była fajna, śpiewanie było fajne, taniec już nie tak bardzo a zdarte gardło po śpiewaniu Przez twe oczy zielone już nie było fajne :D Po tej godzinie kiedy się dobraliśmy do jedzenia wyszło pomieszanie z poplątaniem bo potem wylądowałem z dorosłymi grając w Uno, a potem mama kolegi i babcia koleżanki zaczęły się bawić z kolegą i koleżanką a ja sobie rozmawiałem ze starszymi na te tzw. męskie tematy. A potem już dopijanie napojów i dojadanie co tam się jeszcze zmieściło. Ogólnie rzecz biorąc, mam nadzieję że kolega się cieszył z tego że przyszedłem, i że nic złego czy nieświadomie głupiego nie zrobiłem, ze mną różnie bywa w końcu. W każdym razie ja jestem całkiem zadowolony, poruszałem się, pośmiałem, pojadłem, dowiedziałem się paru ciekawych rzeczy. Było warto, ja nie narzekam, ja się cieszę. A wracając po nocy wybraliśmy drogę lepszą od poprzedniej, tamta z lodem zamiast asfaltu, druga z dolinami po obu stronach zamiast poboczem (Nic tylko tracić panowanie nad kierownicą i zwiedzić jeden z nich).

Na dzisiaj myślę że to będzie wszystko. Pozdrowienia dla mojego przyjaciela o wdzięcznym nicku Bandero który ciągle czuwa ze mną w internecie i bardzo chciał żebym o nim wspomniał, ciesz się. Dziękuje serdecznie za czytanie, do zobaczenia wkrótce!

Podsumowanie prawie ostatnich dwóch tygodni

Witajcie!

Tytuł raczej powinien brzmieć że podsumowanie ostatniego czasu, ale ostatnio brat stwierdził że ta nazwa jest… powiedzmy żeby czegoś nie przekręcić uznajmy że powiedział że jest taka sobie.

Trochę znowu minęło, między innymi 2016 rok. Sylwestra każdy spędzał po swojemu. Jedni z Dwójką, drudzy z Polsatem, inni wśród ludzi a z kolei internet u naszego prezydenta (Podlinkowałbym wydarzenie na Facebooku ale tak teraz patrze i usunięte). W zeszłym roku pisałem że są plany na wyjście do znajomych brata na sylwestra. Jak to bywa z moimi planami, nic z tego nie wyszło. Pomysł na ostatnią chwile by kogoś zaprosić do siebie do ogródka (Misterny plan grillowania kiełbasek przy mrozie) też nie wypalił bo nie miał kto przyjść. Skończyło się oglądaniem Sherlocka Holmesa i Upiornej Panny Młodej w międzyczasie wcinając andruty. A po Sherlocku oglądanie powtórek z Mazurskiej Nocy Kabaretowej do białego rana (Dowiedziałem się podczas tego jednej, moim zdaniem zabawnej rzeczy. Lepiej wstydzić się przez 5 minut niż trenować 2 tygodnie :P ).

Mniejsza z sylwestrem, zaczął się nowy rok. Mnie podoba się w nim to że spadł śnieg. Nareszcie, śnieg z którego mogę być zadowolony. Spadło go na tyle że pod butami zaczęło skrzypieć. Spadło na tyle że aż mi się przypomniały wyjazdy do Szczyrku na stok narciarski (Kiedy byłem mały a śniegu było potąd). Spadło go jeszcze na tyle że torowiska tramwajowe wreszcie zaczęły wyglądać jak lubię. Chociaż kiedy przełamałem się do robienia zdjęć torom tramwajowym to trochę tej magii „stopniało” ale wydaje mi się że jest to nadal ładne. Tak to wygląda w dzień.

A tak po nocy.

Z dwa dni temu stwierdziłem jeszcze pewną ciekawą rzecz. Aby zobaczyć że ktoś tędy przejeżdżał albo przechodził potrzebujesz być myśliwym który bardzo dobrze zna się na tropach albo jego sokoli wzrok dostrzeże inne ślady. Śnieg pozwala dokonać takich wniosków, że ktoś tu był / przejeżdżał, np „zwykłym śmiertelnikom”. Idę po nocy z psem i co widzę?

Po jakimś czasie stwierdziłem że to mógł być pojazd techniczny od sieciowców zajmujących się siecią trakcyjną. Coś na wzór tej maszyny (Bo z tego co pamiętam mamy trochę nowszy wehikuł, też marki Mercedes).

Swoją drogą cieszę się z jeszcze jeszcze jednej rzeczy. Tydzień temu był prawdziwy biały puch i bardzo chciałem żeby się utrzymał chociaż tydzień. Fakt faktem, trochę już tego stopniało, ale mróz trzymający w nocy koło -20 sprawdził że nadal jest biało na dworze. Bardzo mnie to cieszy :)

Zajęcia się odbyły w ogóle po przerwie świątecznej. I były dla mnie to jak na razie jedyne zajęcia na których byłem, w ten wtorek się nie odbyły. Naszym zadaniem na tych ostatnich było narysowanie czegoś co się kojarzy z danym miesiącem, nasze prace miały być potem częściami kalendarza obrazkowego. Można było pracować w grupce albo samemu, którą opcje wybrałem chyba było oczywiste. Teoretycznie każda osoba / grupka miała mieć jeden miesiąc ale po pierwsze było trochę mało osób, a po drugie powstał problem z lipcem bo z 3 osoby go wybrały, w tym ja. Dla mnie to oczywiste, w końcu miesiąc w którym mam urodziny, więc swoją wizję lipca narysowałem, wyszło tak:

20170103_195006

Ja tam jestem z siebie zadowolony. Aczkolwiek dopiero po wykonaniu mojej pracy stwierdziłem że faktycznie kolory by się przydały (Łatwiej byłoby np zobaczyć linie horyzontu która m. in. „wchodzi” w kontenerowiec w tle.

Mogę jeszcze wspomnieć że byłem jeszcze odwiedzić brata w szpitalu. 1 stycznia szedł na operacje, jednak nie poszedł tam z alkomatem jak mówił :P Szpital w jakim się znajdował był jednym z głównych szpitali w moim mieście. Przechodził prace remontowe, dzięki czemu w środku można zobaczyć taki o to kontrast.

20170102_185851

Stuletnie schody po wyjściu z odświeżonego korytarza i wchodzenia na wyremontowany oddział, no robi wrażenie.

Podczas wizyty naszej babci zdarzyło się zabawne faux pas. Z racji tego że mieszkała w centrum miasta większość swojego życia to kojarzyła miejscowego właściciela domu pogrzebowego o nazwisku Walicki. Przyszliśmy do brata który leżał na brzuchu po operacji w, jak to mama ujęła, śmiertelnej koszuli i przyszliśmy go po prostu odwiedzić. Po jakimś czasie babci się przypomniało że przyszedł do nas sąsiad i pytał się o brata. Sąsiad ma nazwisko które także kończy się na „licki”, przez co już nie pierwszy raz babcia zamiast nazwisko sąsiada mówiła Walicki. Tym razem także się przejęzyczyła, z tym finałem że pacjent z łózka obok trafnie stwierdził że „jeśli dopytuje się o ciebie Walicki to musi być z tobą naprawdę źle”. To się uśmialiśmy :P

O czym mogę jeszcze opowiedzieć… Jestem jeszcze zadowolony z jednej sprawy. Pewnego dnia wychodziliśmy na WF kiedy przede mną szedł kolega grubcio i specjalnie chciał zamknąć mi przed nosem drzwi (Zamiast przytrzymać żebym mógł przejść i żebym ja przytrzymał komuś to, dla żartów pewnie, podjął próbę zamknięcia ich za sobą co skutkowało że na nie wpadłem). Szybkie przemyślenie jak mu okazać że nie podobało mi się to, kopnąć go od tyłu. Pomyślałem jednak że tyłek to będzie za dużo więc trafiłem go w plecach co skończyło się na słowach że mam kiepskiego cela. No to go z lekka popchnąłem na murek obok ze śniegiem, tym razem skutek był taki że wziął śnieg i mi sypnął w twarz. No to się wkurzyłem i zacząłem za nim iść. Po prostu iść, stwierdziłem że gonienie go i robienie sceny nie ma sensu. Szedłem nieco szybszym krokiem niż on, więc dojście do niego trochę zajęło. W międzyczasie mogłem się zastanawiać co mu zrobię, jak mu zrobię i w ogóle, sprzyjała mi też lokalizacja bo byliśmy na tyle daleko od szkoły że specjalnie nikt by nie widział, a osoby które skończyły WF wcześniej już nas minęły. Plan się zrobił, podcięcie, obalenie i wysmarowanie mu twarzy śniegiem z chodnika. Doszedłem do niego i plan niczym mój sylwester. Miało być inaczej ale i tak jestem zadowolony. Próba obalenia nie wyszła tak jak planowałem, na szczęście moja waga skutecznie go doprowadziła do parteru, gdzie mogłem podjąć próby wysmarowania mu twarzy śniegiem. Też mi to nie wyszło… Kiedy próbował jeszcze wstać to, w miarę, na niego jeszcze naskoczyłem, a potem go puściłem. I szczerze mówiąc byłem pewny jednego. Pewny że się teraz na mnie rzuci za to że ja się na niego rzuciłem (No bo on zaczepiać może, ale jeśli ja odpowiem na tą zaczepkę to to jest nie w porządku i muszę za to ponieść karę…). Los mi sprzyjał, bo moja waga skutecznie odbiła się na jego kondycji i po prostu nie miał siły odpowiedzieć siłą na tą niesubordynacje z mojej strony. Mało tego, zaczęło mu ciec krwią z nosa. Co prawda nie jak moje krwotoki, ale był ślad że coś cieknie. Czym to się skończyło? Pochwalił się komu mógł jaki to ja ciężki jestem i tyle. Kiedy mówiłem o tym w domu to mama się mnie spytała czy przyniosło to jakiś efekt. Byłem pewien że nie, następnego dnia potwierdził moje domysły znowu robiąc podobny numer, tym razem bez odpowiedzi z mojej strony. Może trochę brutalne zagranie z mojej strony, ale osobiście jestem z siebie dumny. Wreszcie od naprawdę bardzo dawna zareagowałem tak jak powinienem, zawsze sobie daje w kasze dmuchać, tym razem pokazałem… cokolwiek pokazałem, normalnie bym nic nie zrobił i miał w duchu pretensje, a tak to chociaż coś zrobiłem z, chwilowym, efektem. Jak to śpiewała Sylwia Grzeszczak, „cieszmy się z małych rzeczy”.

Może pora żebym wspomniał o czymś bardziej aktualnym. Nasz nauczyciel z WFu zabrał nas dzisiaj na lodowisko! Po 13:20 musieliśmy sami się zabrać na tymczasowe lodowisko w centrum miasta. Z grupką dwóch geodetów (+ ja) oraz 3/4 osób z pionu OZE (Dosłownie 3/4, przypomnę że w grupie mają tylko 4 osoby :D ) wsiedliśmy w tramwaj i wybraliśmy się na miejsce. Po drodze zobaczyłem coś pierwszy raz w życiu. Na przystankach komunikacji miejskiej stały koksowniki. Nie powiem, grzały porządnie. Po przejściu przez rynek doszliśmy na lodowisko gdzie spotkaliśmy resztę klasy która wolała jednak nie zwalniać się z WFu. W planie miałem wypożyczyć łyżwy. Dopadła mnie jednak jakaś klątwa z Piwnicznej-Zdroju. Rozmiar 43, za duże, luz przy stopie, noga zawiązana na maksa i opieram się o boki „buta”. Rozmiar 42, za małe, duży palec cierpi, krew nie dopływa a zasznurowane na maksa nadal dają luz w stopie (Opieram się na ściankach buta). Szkoda że się o tym przekonałem dopiero na tafli i strasznie cierpiąc podjąłem próbę zejścia z niej. Jedynie co mi pozostało po tych 4 minutach cierpienia to patrzeć przez ponad 40 minut jak moi koledzy dobrze się bawią. Gdzieś koło 15 zaczęliśmy wracać własnymi grupkami. Ja postanowiłem wrócić z koleżanką która mieszka koło mnie, ale to dalsze koło mnie, a nie to bliższe. Z racji tego że ona chciała iść na piechotę to przystałem na jej propozycje. Powrót do domów zajął nam jakąś godzinę. W tym czasie zdążyliśmy poruszyć całkiem sporo tematów, z tematem tramwajów włącznie (No przepraszam, jeden z tematów w którym jestem całkiem rozgarnięty. Lepsze to niż opowiadanie o autostradach :D ). Po drodze jakaś starsza pani szukała numeru domu, pomogłem jej znaleźć za pomocą mapy jaką miałem w telefonie. Mam przynajmniej nadzieję że dobry blok odczytałem (Bo był drogę oddalony od głównej ulicy, do tego w okolicy skrzyżowania z inną i z dojazdem od strony jeszcze innej ulicy, więc liczę na to że jej nie wprowadziłem w błąd). Odległość jaką pokonaliśmy na piechotę (Z pomocą ortofotomapy geoportalu) wyniosła 3.28 km do miejsca gdzie się rozdzieliliśmy. Fakt, długo będę miał tą wędrówkę w głowie, a w szczególności w nogach, ale uważam że było warto. Taka miła odmiana przed feriami.

Może jeszcze na koniec wspomnę, tak dla jasności, że od zeszłego roku (Od pierwszego dnia wolnego przed świętami) żyje już bez kołnierza. W zamian znowu miewam krwotoki :)

W piątek idziemy klasą do miejscowego Centrum Handlowego. Jedni do kina, jedni na kręgle a ja wybrałem z kolegą bilard. Poniekąd także z powodu niskiej ceny, takie czasy. Zastanawiam się co tego dnia się wydarzy, w końcu to piątek trzynastego, a z doświadczenia wiem że zawsze coś złego musi się stać.

No i jeszcze tak od święta, podziękował za 10000 wyświetleń mojej strony :)

Na dzisiaj tyle. Dziękuje serdecznie za czytanie. Do zobaczenia wkrótce!

Podsumowanie ostatniego czasu

Witajcie!

Stwierdzam że nadal mi jest się ciężko zabrać za pisanie (Nawet jeśli wiem bardzo dobrze o czym napisać). Żeby jeszcze siebie dobić przypomnę że nie tylko do tego jest mi się ciężko zabrać :P

No ale cóż, mam w końcu o czym pisać, może warto zacząć?

Na początek dopowiem że już na serio wróciłem do świata Multiplayera. Udzielam się znowu na forum (Szalone 30 postów na miesiąc, tyle to ja kiedyś w 1/2 dni pisałem), wznowiłem jeszcze kilka kontaktów z paroma osobami z tego świata, największym sukcesem jest zakopanie toporu wojennego z jedną osobą która miała też swoją role w tej aferze z lutego (Stwierdziłem że nie zrobiła mi nic złego przez co by zasługiwała na szkalowanie z mojej strony i ciągłe obrażanie kiedy się o niej wspomni dlatego przeprosiłem tą osobę i myślę że na tym się skończyło). Zerwałem też wszelakie kontakty z wesołą parką z Łomży. Zablokowani wszędzie gdzie się da, nawet tam gdzie jeszcze nie mają kont. I szczerze mówiąc mam nadzieję że na tym też się skończy (Po prostu te osoby muszą zniknąć z mojego życia raz na zawsze, napsuły mi zbyt dużo krwi). Choć podejrzewam że drugiej stronie to na rękę, ale co tam.

Była szkoła, było fajnie, było chyba czasem też nie fajnie, ale nie na tyle żeby o tym głośno narzekać. Coś jak w ostatnim wpisie, każdemu czasem przytrafia się zły dzień, czasem mnie lubi a czasem mnie nienawidzi a czasem ma na mnie po prostu wywalone i też obie strony się cieszą. Z racji świąt odbyła się wigilia klasowa. Było trochę inaczej niż normalnie. Po pierwsze, w tym roku byłem (Rok temu zasnąłem), po drugie, dałem się wciągnąć na pracę mikołaja. Tak, kolega który przyniósł strój stwierdził (A potem nie tylko on) że w tym stroju będę bardziej przypominał mikołaja. Ubrałem czerwone spodnie, czerwoną kurtkę, mikołajową brodę oraz czerwoną czapkę. A potem już było rozdawanie prezentów, chłopaki siadali mi na kolanach, dziewczyny wolały stać. Z racji że pierwszy raz byłem mikołajem nie wiedziałem za bardzo co robić (To chyba jedna z tych profesji gdzie na początku wydaje ci się że to musi być banalne, dopiero jak się za to weźmiesz rozumiesz że niekoniecznie). Generalnie wszystko sprowadziło się do tego że każdego się spytałem czy był grzeczny, i bez względu na to co mi ten ktoś odpowiedział prezent dostawał. Ogólnie było bardzo fajne. Trochę śmiechu, dobrej zabawy, dużo jedzenia etc. Oszczędziliśmy sobie dzielenie się opłatkiem (Tak, było mi to na rękę bo nie musiałem przynajmniej z takimi dziewczynami wymieniać te ciepłe słówka w cztery oczy, no wiecie, problemy w relacjach damsko-męskich. Poza tym jeszcze równomierne dawanie kawałków opłatka etc) oraz tradycyjne potrawy. Paluszki, słodycze i inne rzeczy z Biedronki (Jeśli dobrze pamiętam). Ten dzień na pewno będę dobrze wspominał. Chociaż jeśli chodzi nie załapałem jakoś świątecznego ducha. Może to przez za małą ilość piosenki zespołu Wham! którą usłyszałem w ostatnim czasie na znajomej stronie This Is Internet. W każdym razie prawie nikomu w tym roku nie życzyłem wesołych świąt. Czy to dobrze, czy źle, nie wiem.

Przez ten ostatni czas, jeśli chodzi o świat realny, miałem kontakt z różnymi osobami. Tekst że ludzie są różni czy że są dziwni pasuje tutaj idealnie. Bowiem w ostatnim czasie dzwoniła do mnie policja, spotkałem nocnego żula, była szansa że mógł mnie rozjechać taryfiarz w Lagunie… no i jeszcze nocna pijaczyna (Prawdopodobnie).

O co chodziło z policją? Wyciągnąłem z zajęć z psychologiem to że każdy telefon od obcych powinno się odbierać. Odkąd je odbieram to raz się trafiła ankieta. jakiś gościu co dwa razy do mnie dzwonił bo chyba za pierwszym nie uwierzył że pomylił numery oraz ktoś z klasycznej sytuacji, ktoś chciał się dodzwonić do Czech do pośrednika bez kierunkowego (Kiedyś chyba znajdę tego pośrednika i mu powiem by edukował klientów by nauczyli się używać numeru kierunkowego, albo zmienię po prostu numer). Ale, ostatnio kiedy odebrałem telefon okazało się że dzwoni do mnie młodsza aspirant (Jeśli dobrze pamiętam) z komendy miejskiej policji (Też jeśli dobrze pamiętam) w Łodzi. Po przedstawieniu swojej osoby pani mi powiedziała że jestem jedyną osobą która odebrała dzwoniąc z tego telefonu. Sprawa wyglądała tak że ktoś zgubił torebkę a ja może mógłbym pomóc w identyfikacji osoby która torebkę zgubiła. To było oczywiste że nie znam nikogo z Łodzi kto mógłby mieć mój numer, ale byłem na tyle trzeźwy i nie znudzony kolejnym przypadkowym telefonem że spytałem się jak nazywa się kontakt pod jaki dzwoni owa pani policjant. Kontakt się nazywał „Gościu od pranków”. To prawda, jestem jajcarzem, ale ja nigdy „pranków” jakie można spotkać w necie czy inne pochodne to nigdy nie robiłem. Wtedy o tym nie myślałem, po prostu powiedziałem, że nie znam nikogo z Łodzi i grzecznie się pożegnałem. Już nawet przestałem się zastanawiać nad autentycznością tej rozmowy. Po prostu mi się nie chce…

Nocny żul? Wracając o północy z apteki po drodze zaczepił mnie facet z pytaniem czy mogę go dofinansować bo zbiera na browawa (Nie powiem, to chyba był pierwszy żul który szczerze powiedział że chce na browara). Powiedziałem że nie mam drobnych. Potem się spytał czy nie mam może fajek, odpowiedziałem że nie pale a potem życzyłem powodzenia w poszukiwaniach funduszy i każdy poszedł w swoją stronę. Niby nic takiego, idziesz chodnikiem i przez chwile gadasz z obcym. No nie zupełnie, bo jeśli rozmawiam z obcymi w dzień (O psie, gdzie jest cukiernia albo coś innego) to nie ma z tym jakiegoś większego problemu. Ale jeśli się spotka jakiegoś człowieka w nocy, czy mam dać na piwo, na fajki… To potem siedzi w głowie.

Taryfiarz w Lagunie? Ostatnimi czasy bardzo często zdarzały się nocne mgły (Nigdy jak wtedy nie dało się tak dobrze zobaczyć czym oddychasz). Po 23 światła na głównym skrzyżowaniu w okolicy przeszły w stan czuwania. Dla kierowców pulsujące żółte, dla pieszych brak świateł, zasady jak na normalnym przejściu (Albo się rozglądniesz albo wpadniesz pod ciężarówkę z Biedronki albo pod autobus od Kłosoka (Miejscowy prywatny przewoźnik), ewentualnie pod samochód). Była tej nocy mgła i po wykonanym klocku przez psa zacząłem zmierzać do domu. Zawsze do spaceru z psem trzeba przejść przez ulice, z tą różnicą że w dzień masz światła i duży ruch (Raz na jakiś czas musisz ominąć stojący na przejściu samochód i uważać by nie wejść pod nadjeżdżający wychodząc zza samochodu który stoi na przejściu, pozdrawiam tych którzy zrozumieli za pierwszym razem), w nocy brak świateł i niewielki ruch, ale mam wrażenie że bardziej niebezpieczny (A na pewno ruch który się szybciej przemieszcza). Widoczność nie była wcale koszmarna, ale jednak przeszkadzała. Miałem przechodzić przez jezdnie kiedy usłyszałem. Nie, nie widziałem, najpierw usłyszałem jadący w moją stronę pojazd. Była to Laguna, Renault Laguna pod kamuflażem taksówkarza. Samochód w typowym dla Lagun kolorze, szarym (Czyli raczej koloru mgły). Jechał jak wszyscy, nieco szybciej powyżej normy. Gdzie w takim razie był problem? Kretyn jechał bez świateł… Tak, mgła na kiepską widoczność a ten baran jechał ze światłami postojowymi. Nie, nie z tymi LEDami które się stały modne w naszym kraju, one są chociaż całkiem mocne i je dałoby radę zauważyć (Wspominam o tym dlatego bo podczas zajęć z geodezji wspomniałem o tej sytuacji i nauczycielka uznała że mówię o tym), mówię o ledwo świecących się żarówkach. „Mruganie ręką” nic nie dało, facet mnie pewnie nie widział. Jeśli dobrze pamiętam to z tyłu też chyba żadnych świateł nie miał (W końcu postojówki, to z jakiej racji miałby mieć). Takiego przypadku drogowej nieodpowiedzialności dawno nie spotkałem. A nie, przepraszam była taka sytuacja wcześniej, ale byłem nią tak przejęty że napisałem o niej od razu, jak wróciłem do domu, na fanpage’u.

(Prawdopodobnie) Pijaczyna? Kolejny powrót ze spaceru. Wpadłem na iście genialny pomysł żeby zrobić zdjęcie jadącemu za parę minut tramwajowi. Czemu by nie, ludzi nie ma, nikt nie patrzy. Plan dobry, tyle że jakiś czas przed tramwajem po drugiej stronie ulicy zza roga wyszła osoba którą bym posądził o bycie żulem. No nic, to czekam aż się zwinie. Ale chodząc w kółko w oczekiwaniu zauważyłem że się dziwnie zachowuje. Podpiera się o ścianę, ledwo chodzi, nawet zaczął się czołgać na trawniku pod oknami jakiegoś mieszkania. Przez dłuższy czas zastanawiałem się co robić. W międzyczasie przejechał tramwaj więc z mojego zdjęcia były nici. Ale cały czas myślałem. Dzwonić na policje, po mamę, po brata? Podejść do niego, spytać się czy wszystko ok? Stać tutaj i go obserwować? A może jest cukrzykiem, może faktycznie trzeba mu pomóc? A może po prostu jest tak bardzo wstawiony? Cała akcja trwała parędziesiąt minut, myślałem nad tym wszystkim trochę mniej. Ostatecznie problem sam się rozwiązał bo straciłem gościa z oczu, po prostu znikł we mgle… Jak w jakiejś kreskówce. I tak w większości przypadków wygląda u mnie proces myślenia. Zanim się namyślę, nie ma już o czym myśleć. Do dzisiaj nie znalazłem żadnych artykułów o wyziębionym bezdomnym albo innej śmierci alkoholika w środku nocy, więc chyba mogę spać spokojnie.

W ogóle ostatnio wrzuciłem do sieci coś popularnego. Jeśli ktoś z was przypadkiem znalazł się na moim kanale Youtube to może znalazł materiały z remontu miejscowego centrum przesiadkowego Bytom Zamłynie. Korzystając z okazji ostatnio nagrałem znowu jakiś fragment z tego miejsca podczas przejazdu. Ale wracając coś mnie tchnęło i postanowiłem, po uprzednim wyłączeniu kamerki w telefonie po minięciu interesującego mnie fragmentu świata, znowu włączyć nagrywanie w telefonie aż do domu. Los się chyba do mnie uśmiechnął bo udało mi się na taśmę nagrać takiego o to taryfiarza który przejechał na czerwonym świetle, akurat na oczach oznakowanego radiowozu który za nim pojechał. Materiał wygląda tak:

(Materiał bez dźwięku, żeby nikt nie martwił się o swój sprzęt)

Dopowiem żeby nie było żadnych wątpliwości (I miałem nadzieję że je rozwiałem opisem na YouTubie, ale już był jeden komentarz który rozwiał moje wątpliwości). Oglądałem ten materiał samemu parę razy i jest bardzo jeden niewyraźny moment na którym widać radiowóz bez włączonych kogutów. I jak można wyczytać z opisu filmu, ja odwróciłem głowę i widziałem że zatrzymał się za taryfiarzem (Byłoby słychać, ale ściszyłem dźwięk filmu ze względu na ulubiony „soundtrack” brata w aucie :P ).

Niby nic nadzwyczajnego, kolejny gość na czerwonym świetle za którym przypadkiem znalazł się radiowóz który mu wymierzył natychmiast sprawiedliwość. Na takie sytuacje się teraz mówi „Szybka Karma”. Film wrzuciłem z myślą o serwisie Polskie Drogi, zawsze chciałem żeby coś mojego tam trafiło (Raz nagrałem szeryfa na DK1, ale się nie załapało). Ten materiał także się nie załapał (Chociaż autor strony aż mi zostawił kciuk w górę pod linkiem), ale to bez znaczenia. Nie mam pojęcia jakim cudem, jak gdzie i kiedy, ale ten materiał w dobę pomnożył nieco ponad dwukrotnie liczbę wyświetleń jaką udało mi się zebrać przez rok (Pomyśleć że trochę wcześniej cieszyłem się że jeden film z symulatora tramwaju obejrzano ponad 1000 razy). To całkiem dołujące że coś co ci sprawia przyjemność i robiłeś to przez rok jest mniej popularne od taryfiarza który miał pecha. Wg Youtuba minęły 4 dni od wrzucenia filmu, w tym momencie ma wyświetleń ponad 45 tysięcy (Na szczęście ich przyrost powoli hamuje). Analitykę mojego kanału wywróciło to o tyle że moje wszystkie filmy w każdej kategorii mają tego swój udział w 0.1% / 0.2%… Ciągle się zastanawiam czemu ten materiał osiągnął taki sukces? Ktoś mi zasugerował że tytuł. Wpisałem ten sam w wyszukiwarkę Youtuba. Jeden materiał 1000, inny 5000, inny 7000, inny 100, 300, 20, 70, 3, 18… No i mój, na samej górze z liczbą 45 000… Cieszyć się czy się nie cieszyć… W każdym bądź razie, czegoś takiego się nie spodziewałem.

No. To może teraz coś bardziej aktualnego. Ci co widzieli mojego fanpage’a, a ci bardziej dociekliwi może i zeszli do sekcji komentarzy, może zobaczyli że udostępniłem post o tym filmie z Youtube. Udostępniłem go z mojej drugiej strony elot360. Myślałem o tym trochę i w końcu postanowiłem założyć stronę takiego internetowego ja. Myślę że bym tam wrzucał screenshoty z gier czy informacje o nowych filmach na moim kanale Youtube. Link do obu stron w dziale Ciekawe Linki (Ciekawe czy ktoś tam w ogóle zagląda :D )

Ponadto jeszcze postanowiłem zaryzykować jeszcze z jedną kwestią. Ostatnio mama zasugerowała mi żebym udostępnił link do swojego konta na instagramie, bo stwierdziła że jeśli coś publikuje ogólnie, gdzie by to nie było, to potem o tym nie piszę (Jako przykład mama podała to że w ostatnim wpisie nie napisałem nic o tym że byłem raz w Łodzi pokazać znajomym manufakturę. A o czym miałbym pisać, wiele się nie działo, zrobiłem jedno bardzo kiepskie zdjęcie łódzkiej osiemsetpiątce, pokazaliśmy znajomym Manufakturę i wybraliśmy się do wielkiego centrum odzieżowego pod Łodzią. No i jeszcze nagrałem dwa filmy z autostrady A1 które czekają na zmontowanie… stwierdziłem że nie ma co o tym wszystkim pisać po prostu). Zastanowiłem się trochę nad tą propozycją i powiem tak. Jeśli chcecie oglądać zdjęcia mojego kota, tez tak zwanej „mojej okolicy”, zdjęcia źle zaparkowanych samochodów non stop w tym samym miejscu czy po prostu zobaczyć świat, dosłownie, moimi oczami to zapraszam, link w Ciekawych Linkach.

A na teraz to tyle. Mam nadzieję że napisałem o wszystkim o czym chciałem napisać. Mogę wam dodatkowo zdradzić że w planach mam spędzenie sylwestra u znajomych. Co prawda nie moich znajomych tylko brata, ale to chyba będzie pierwszy sylwester gdzie „gdzieś wyjdę”.

Na koniec chciałbym pozdrowić mojego dobrego znajomego z Opola który od ponad godziny czeka aż opublikuje to co teraz napisałem (Przypomnę że wg aktualnego czasu jest 03:30 :D ). Co prawda, podejrzewam że teraz mu się przysnęło, ale i tak trzymał się całkiem długo (Zasłużył by o nim wspomnieć :P ).

Dziękuje serdecznie za czytanie, do zobaczenia wkrótce!

Podsumowanie ostatniego czasu

Witajcie!

Z lekkim poślizgiem, ale znalazłem siły żeby coś napisać.

Tak jak myślałem, ostatnio zapomniałem o czymś wspomnieć. Po pierwsze zdarzyła mi się ciekawa sytuacja związana z krwawieniem z nosa. Jednak uznałem że ta historia jest tak zabawna że puściłem ją w internet jakiś czas temu, więc oszczędzę wam tutaj pisaniny :) Po drugie, obejrzałem jeszcze jeden ciekawy materiał serwisie YouTube, bardziej związany z koleją.

Co jak co, ale mnie osobiście bardzo cieszy każdy materiał który w jakimś stopniu podkreśla te pięknie strony mojego kraju. Takie miłe uczucie za tym idzie :)

Co się działo ostatnio? W poniedziałek np po „ataku zimy na śląsku” moje miasto wręcz stanęło (Widok głównej ulicy w mojej dzielnicy która stoi w obu kierunkach, a kursują tylko tramwaje, bezcenne). O reszcie tygodnia normalnie bym pewnie pisał o tym co było w szkole, po szkole… Nie tym razem. Los zgotował mi uraz szyi. Ostateczna wersja domowa jest taka że mnie solidnie przewiało. Teoretycznie coś w tym mogło być, jednak sam ból szyi i zmniejszenie możliwości ruszania głową nastąpiło na ogrzewanej hali sportowej gdzie tylko stałem na bramce i prawie się nie ruszałem. Był to wtorek, i się zwolniłem koło 13 do domu (A z racji wtorku powinienem mieć do 18). Kołnierz na łeb i próbujemy żyć.

Środa. Po południu zaczęła się zabawa z polską służbą zdrowia. O 15:30 pierwszy raz sam ( :) ) poszedłem do przychodni. Zawołany do pomieszczenia wchodzę, stoję na środku pomieszczenia i opowiadam pani jak, kiedy, gdzie, w jakich okolicznościach to się stało, co, gdzie, jak bardzo mnie boli etc. Werdykt, dyskopatia szyjna. Recepta na tabletki, zalecana maść oraz „Pilne skierowanie do ortopedy”. Powrót do domu, potem apteka by zakupić medykamenty. Po jakimś czasie padło że jedziemy do lekarza (Pilne skierowanie to zdecydowano mnie już tego samego dnia wysłać na tortury). Pierwszy przystanek w Bytomiu gdzie spodziewam się pomocy. Najbliższy wolny termin, styczeń 2017. Odpada, jedziemy do oddalonego paręset metrów Szpitala Specjalistycznego nr 2 w Bytomiu. Jak się okazało ortopeda który jest raz w tygodniu wyszedł nieco wcześniej. Trudno, powrót do domu. Po jakimś czasie zapadła decyzja żeby jechać na SOR, padło na Szpital w Chorzowie. Gdzieś po 18 pojechaliśmy w stronę Chorzowa zaliczając po drodze dzwon z barierką na ostrym zakręcie. Tu się na moment zatrzymać, bo choć nic poważnego się nie stało a prędkość była mała (15-20 km/h, po prostu warunki były koszmarne) to widok i uczucie że leci się w stronę bariery nadal we mnie tkwią, to nie jest zbyt przyjemne. A chociaż prędkość niewielka to uderzenie w całkiem dużym samochodzie dało się bardzo wyraźnie odczuć. Daje to do myślenia bo skoro tak bardzo się czuje uderzenie przy 15-20 km/h to jak bardzo musi boleć uderzenie przy prędkości 30 albo 50 km/h? Albo dodatkowo czołowe zderzenie z pojazdem który jedzie z podobną prędkością. Nie mówiąc już o skrajnych przypadkach wypadków przy prędkościach mających wartości trzycyfrowe. Takie niewielkie wydarzenie a daje dużo do myślenia. Do Chorzowa dojechaliśmy, przez 10 minut walczyliśmy ze szpitalną biurokracją (Bo musi być prawny opiekun, a ja byłem tylko z bratem a ja nie jestem jeszcze pełnoletni). Potem czekanie do sali zabiegowej gdzie zbadał mnie lekarz z którym miałem trudności współpracować (Ten kazał przechylić głowę np po skosie a ja nie koniecznie rozumiałem co miał na myśli). Otrzymany bilecik na prześwietlenie (Pilne), potem czekanie na prześwietlenie. Potem samo prześwietlenie które wykonywało się maszyną z ruchomym ramieniem na którym było urządzenie „prześwietlające”, a osoba prześwietlania znajduje się na lekko pochylonym, niewielkim, podeście z wysoką ścianką o którą trzeba się oprzeć (Rusza się ramie i sam podest, ciężko było się utrzymać kiedy miało się stać nieruchomo bokiem do ścianki bez żadnego punktu „zaczepienia”). Zdjęcia zrobione, potem długie czekanie znowu do pokoju zabiegowego gdzie ostateczny werdykt to kręcz karku. Papier z wykonanymi czynnościami, zaleceniami etc… Szpital opuściłem po prawie 2 godzinach. Chociaż na papierze było żeby udać się na wizytę kontrolną za 2 dni to napis że jeśli nie przejdzie do tego czasu to zostaną wykonane kolejne badania skutecznie mnie odstraszył od ponownego pojawienia się tam… Już pomijam stanie w kolejkach, czekanie… Wszędzie ludzie, każdy się na wszystkich patrzy… Dla mnie za dużo.

I tak chodzę w tym kołnierzu aż po dziś dzień, końca nie widać. Od szkoły miałem przerwę od wtorku, dzisiaj byłem pierwszy raz (Dzięki czemu miałem okazje usłyszeć że jestem strasznie sztywny i że powinienem wyluzować, z przerwami na dowcipy żebym spojrzał w lewo albo w prawo. Jak ja uwielbiam swoich kolegów :) ). Przez ten okres kiedy się kurowałem parę razy wychodziłem z domu, raz na zakupy, raz do piekarni, dwa razy z psem. Miło mi się zrobiło kiedy właśnie wszedłem do piekarni i pani która akurat mnie obsługiwała z troską pytała się mnie co mi się stało etc. Wychodzi na to że jednak mnie tam znają :)

Śnieg prawie stopniał, ja jednak nadal mogę się przewrócić na oblodzonych chodnikach (A z kołnierzem o to nie trudno, mam takie wrażenie). A na dzisiaj myślę że to będzie tyle. Dziękuje za czytanie, do zobaczenia wkrótce!

Podsumowanie ostatniego czasu

Witajcie!

Ile to zeszło bez moich steków słów na tej stronie? Przyznam szczerze że chciałem się wstrzymać do 11 grudnia żeby było „idealnie 3 miesiące po”. No ale ileż można się trzymać z przerwą. W gwoli ścisłości, czy moje lenistwo można nazwać przerwą? Chyba nie, w końcu nie oszukujmy się, po prostu mi się nie chciało… A czy mi się zachce na nowo… Życie jest nie przewidywalne, już wiele razy się o tym przekonałem :P

Nie opisywałem (prawie) nic od prawie 3 miesięcy (Zaznaczając że prawie robi wielką różnicę). Co się działo z grubsza w międzyczasie? Byłem tu i ówdzie, poza kotem dziabnęła mnie też osa we wrześniu, pojawiło się parę filmów na moim kanale Youtube (Na który nie będę zapraszał, moja pseudo twórczość na tym kanale odbiega od tematu bloga, zakładając że na blogu trzymam się jakiegoś tematu :P ), wróciłem „na stare internetowe śmiecie”, poza tym żyje i w założeniu mam się dobrze. Trochę krwawiłem też z nosa, ale nareszcie udało mi się powstrzymać krwotoki.

W międzyczasie były już dwa pierwsze śniegi (Dziwnie to brzmi, ale śnieg który topnieje po całej nocy, lub co gorsza po paru godzinach raczej nie jest czymś czego niektórzy oczekują a niektórzy nie chcą zobaczyć aż do wiosny), i parę całkiem silnych mgieł.

Może na początek wspomnę o wypadzie ze znajomymi. Jeśli może ktoś pamięta, rok temu we wrześniu pisałem o dniu otwartym zajezdni tramwajowej w Chorzowie Batorym. Minął rok, więc kolejna zajezdnia otworzyła swe bramy, konkretnie zajezdnia w Będzinie. Dla mnie to było „zaliczenie” wszystkich śląskich zajezdni tramwajowych. Po 5 latach już wszystkie zwiedziłem (Przygodę rozpocząłem w 2012 roku podczas dnia otwartego w Gliwicach, za rok znowu otworzy swoje bramy i liczę na to że tam znowu będę). Te dni były też trochę bardziej wyjątkowe. Między innymi dlatego że do zajezdni jechałem samochodem… Tak jak normalnie bym jechał komunikacją miejską, tak perspektywa jechania na zagłębie komunikacją miejską z przesiadkami kiepsko mi się widziała. Ale nie ma tego złego co by na dobre nie wyszło. Na pokład swojego wehikułu wziąłem znajomego od tramwajów z którym byłem ostatnio (tfu, jakie ostatnio, prawie 3 miesiące temu) w M1 w Zabrzu na imprezie „Imperium Mocy”. Spędziłem z nim bardzo fajnie cały dzień. Krótki opis dnia wyglądałby tak że przyjechaliśmy na zajezdnie jakieś 20 minut przed przyjazdem parady tramwajowej, czyli jakby oficjalnego rozpoczęcia imprezy. Ten czas został spożytkowany na obejściu całej zajezdni z „przewodnikiem” – kolegą z Klubu Miłośników Komunikacji Tramwajowej. Jeszcze nigdy nie obszedłem całej zajezdni w takim czasie, zazwyczaj trwało to trochę dłużej, więc głupio mi było potem latać kilka godzin ze świadomością że wszystko już widziałem :P Nie mniej jednak dzień był udany, spotkałem sporo osób (Z każdym kolejnym dniem otwartym spotykam więcej znajomych twarzy), byłem w symulatorze dachowania (W krótkich żołnierskich słowach, nie polecam nikomu dachować), oraz zrobiłem chyba setkę zdjęć tramwajów. I tu pojawia się jeden problem. Bo udało mi się, akurat dzisiaj, odkryć że karta pamięci na której to wszystko było albo się zepsuła, albo bez pomyślunku ją sformatowałem. No cóż, błędy się zdarzają, tylko jedne bardziej bolą a drugie są szybko zapominane.

Osobiście wzbogaciłem swój zbiór obejrzanych filmów. W ostatnim czasie obejrzałem film Incepcja oraz Bogowie. Oba serdecznie polecam, pierwszy produkcji amerykańskiej (Sam argument że muzyka w nim jest od Hansa Zimmera powinien wielu przekonać), drugi jest już naszej rodzimej produkcji. Podejrzewam że ten pierwszy jest przez wielu już obejrzany, ja po prostu jestem trochę „opóźniony”. Jednak nie tylko filmowe twory chciałbym polecić. W trakcie mojej przerwy obejrzałem pewną animacje. Społeczność gry Team Fortress 2 na podstawie postaci z tej gry, mechaniki, „fabuły” (Tam nie ma jako tako fabuły, jest po prostu jakiś schemat) tworzą różne animacje, niektóre są parodią samej gry, niektóre opowiadają jakąś historię która opiera się na grze, lub nie ma z nią nic wspólnego. W głównej mierze wszystkie animacje łączy wykorzystywanie grywalnych postaci i przedstawiając je w sposób w jaki je widzimy w grze lub też przedstawiając je wedle wizji autora. Ostatnią taką animacją był, powiedziałbym produkcja wręcz pełnometrażowa, o nazwie Bad Sniper. Oglądałem to tylko raz z jednego prostego powodu. Nie chce z siebie zmywać wrażenia jakie na mnie to wywarło za tym pierwszym razem (Im dłużej np słucham tego samego utworu tym bardziej go analizuje i bierze mnie co raz mniej za serce, tak samo jest z niektórymi produkcjami). Animacja którą można spokojnie obejrzeć bez znania gry z której są wyciągnięte postacie, historia w niej przedstawiona jest smutna, ale bardzo świetna (Gdzieś pod koniec wręcz płakałem jak bóbr z emocji). Całość trwa koło 30 minut więc jeśli ktoś ma ochotę zażyć tego co ja, polecam się upewnić że ma się czas.

Najważniejsza moim zdaniem rzecz z jaką chciałbym się podzielić to to że nie dałem rady… Z czym? Kojarzycie jak w lutym opowiadałem jak wszystkich poblokowałem a w kwietniu mówiłem że ostatecznie wyniosłem się z forum multiplayera? Zaczęło się od tego że kogoś nie zablokowałem na Steamie i mnie dodał. Zachęcał do powrotu na forum ale się opierałem. Potem zatęskniłem za polskim kolegą z niemiec i wznowiłem z nim kontakt. Potem z wesołą parką z Łomży (Ograniczony jak diabli ale lepszy rydz niż nic). Potem napisałem pierwszy od 8 miesięcy post na tym forum (I ostatni jak do tej pory) który był sugestią zmiany czegoś, i tak się nie przyjęło. A potem już szło z górki, jeszcze kilka osób z tego grona dostało ode mnie przebaczenie, z niektórymi utrzymuje stały kontakt (Po prostu doszło do mnie nagle że chyba mi ich brakowało). Innymi słowy, wróciłem praktycznie do tego syfu z którego uciekłem na długo. Chociaż ja to nazywam inaczej, wróciłem do poprzedniego życia. Właściwie to nie, poprzednie życie jakie miałem już nie wróci. W poprzednim życiu byłem cały czas na forum multiplayera, prawie wszyscy mnie znali, z czego połowa mnie nienawidziło i byli na mnie cięci, samo forum bardzo fajnie prosperowało a społeczność była bardzo fajna. Do dzisiaj od chyba miesiąca tam codziennie wchodzę i czytam to wszystko. Kolega mnie namawiał że mam wrócić na forum, żeby ożywić to wszystko. Stwierdziłem że nie ma do czego wracać, ze starej społeczności praktycznie nie było już nikogo, a szkoda. Najwidoczniej jako pierwszy opuściłem ten tonący statek który wciąż nabiera wody. Już pomijając to wszystko, mam do siebie żal że jednak tam wchodzę, miałem tam nie wracać a wróciłem… No tak to ze mną jest, wiem o tym, no ale… Ale, ale… ciągle to ale. Może życie składa się (oczywiście poza „nie wiem”) z ale… taki mały sygnał że wiesz że jest źle, że powinno się zmienić i nic więcej, na ale się kończy. Jednak powiem chociaż tyle, że nie żałuje powrotu do tych kilku osób. Może to i dobrze że znowu z nimi rozmawiam?

Poza internetowym ja jest jeszcze ten który 5 dni w tygodniu chodzi do szkoły i żyje w realnym świecie. No, tutaj już gorzej. Tak jak na początku roku mogłem stwierdzić że jest już całkiem ok, niedawno kolegom chyba skończyły się zapasy tolerowania mnie. Po prostu mają mnie powoli dość. Robię praktycznie to samo odkąd chodzę do tej szkoły, ale czasem koledzy dają ze mną radę a czasem po prostu moje oddychanie ich denerwuje. Raz na jakiś czas jak sobie przypomną o mojej twórczości to sobie mówią że pewnie o nich napiszę. Podejrzewam że pewnie może chodzi o jakąś zgryźliwość, tak czasami wnioskuje z głosu, ostatecznie uważam że mówią bo po prostu mówią. Pytanie tylko jest takie, co robić żeby był „spokój”. Żeby obie strony były zadowolone. Przykład z brzegu z czym jest problem to np słuchanie na lekcji. Tutaj głównie chodzi o zajęcia zawodowe gdzie uczymy się w szalonej liczbie sześciu osób (To i tak dużo, część odnawialnych źródeł energii ma tylko cztery osoby). Fakt, czasem nie słucham i się dopytuje, przeszkadzam innym bo przerywam. Słucham i nie rozumiem, dopytuje się i znowu problem bo przerywam. Słucham, nie rozumiem, milczę dla świętego spokoju żeby nie słuchać pretensji jaki to ja jestem taki, siaki, co ja tu robię, czemu się nie przepiszę… To potem jest problem następnego dnia kiedy o czymś nie wiem i znowu pretensje czy coś. I tak źle i tak nie dobrze. Powiedziałbym wręcz „Jak żyć panie premierze”.

Zjawiska atmosferyczne ostatnio też są ciekawie. Przeczytałem niedawno że na śląsku nadszedł czas kiedy faktycznie widzisz czym oddychasz. Spacery po 23 kiedy wychodzisz i jest mgła z dobrą widocznością na jakieś 15 metrów. Bardzo fajne są takie spacery, patrzysz dookoła i masz wrażenie jakbyś był w bańce, gdzie nie spojrzeć tam tak samo. Kiedy się wącha powietrze to pachnie jak to co się wydobywa z inhalatora, czyli zapach całkiem przyjemny. Tylko wrażenie jak się stoi w pewnej odległości od bloku i go nie widać, a wiesz że tam powinien być jest trochę… Dziwne. Czasami nawet mnie ciarki przechodzą kiedy stoję i patrzę dookoła i nic nie widzę :P Takie niewielkie doświadczenia a bardzo cieszą :)

Czy jest jeszcze coś o czym chciałbym powiedzieć… Pewnie tak ale zapewne przypomnę sobie o tym po opublikowaniu wpisu :) Zobaczy się.

Dziękuje serdecznie za czytanie, do zobaczenia… za 3 miesiące? :P Mam nadzieję jednak wrócić do częstszego pisania. Przynajmniej raz na tydzień :)

Dziękuje za czytanie, do zobaczenia wkrótce!

Podsumowanie dnia

Witajcie!

Z góry uprzedzam żeby nie było zmartwień, podsumowanie ostatniego miesiąca w ten weekend (Nie przewiduje żadnych wyjść ani innych rzeczy więc sądzę że czas się znajdzie. Gorzej z chęciami :D )

Co mnie natchnęło na opisanie tego dnia? Dzisiaj w szkole odbyła się wycieczka do Krakowa. Stolica małopolski z całkiem obszerną historią (Jednak miasto młodsze od mojego w którym mieszkam :P ).

Dzień rozpoczęty od 7 rano. Ogarnięcie się, śniadanie, pies i inne tam różne sprawki. Przed samą wycieczką doznałem za to „strachu”. Takiego że aż wylądowałem na klozecie popijając stoperan :) I tak chciałem przyjść przed umówioną godziną, a przyszedłem opóźniony o kilka minut (Czyli standard, choć z drugiej strony znajomi zdziwieni że byłem w miarę punktualnie). 15 minut czasu przed autokarem, przywitanie i rozmowa z kolegami (W końcu nie widzieliśmy się cały jeden dzień). Autokar podjechał, bardzo fajnie. Wziąłem miejsce gdzieś z przodu (Jako jedyny w trójkę wsiedliśmy pierwszymi drzwiami, reszta cisnęła się przez środek). Szybkie zaaklimatyzowanie się, jeszcze spóźniony kumpel z którym siedziałem potem całą drogę i można jechać. Podczas jazdy póki byliśmy w znajomych terenach to spisywałem tramwaje. Mobilny internet którego jestem od niedawna użytkownikiem (Wreszcie) naprawdę ułatwiał mi pracę, moje obserwacje mogłem od razu dawać na forum. Poza tym konwersowałem z resztą klasy która siedziała po drugiej stronie autobusu. Zabawnie było kiedy dla jaj im napisałem by mi powiedzieli kiedy jedzie tramwaj. Nie spodziewałem się że cała klasa w jednym momencie krzyknie TRAMWAAAAAJ. W sumie widziałem go nieco wcześniej (Parę sekund przed nimi), ale liczy się gest :) Jechaliśmy jakieś półtorej godziny, w międzyczasie trochę żartów, wcinanie żelków kolegów z tyłu oraz podziwianie otoczenia. Mogłem zobaczyć jak wygląda przebudowany węzłem Mysłowice w ciągu A4, jak przebiega dobudowa drugich łącznic na węźle Rudno oraz ogólnie przyjrzeć się jak zmieniło się otoczenie. A zmieniło się np w samym Krakowie. Pomijam zmiany numeracji z S7 na S52 i DK7 na zachodniej obwodnicy, odkryłem tego dnia że skrzyżowanie gdzie kiedyś łączyła się DK94 z DK7 i DK79 (Teraz DK94 nie kończy w Krakowie tylko w innym miejscu, na mapie oznaczony już bieżący odcinek DK94 a za pomocą funkcji „Trasa” stary przebieg, czerwony znacznik to miejsce tego skrzyżowania) z jednopoziomowego stało się trzypoziomowe (Tunel, średnio na jeża bo ma jakieś 100 metrów, dla byłej DK94, rondo z sygnalizacją i wiadukt dla DK7/DK79). Autokar wypluł nas na obrzeżach starego miasta. Tego dnia mieliśmy tylko 3 główne punkty. Do wszystkich dostawaliśmy się pieszo, dlatego mam w nogach chyba z pół Krakowa. Cały czas byłem na czele naszej ponad pięćdziesięcioosobowej grupy. Co mogę powiedzieć o prowadzeniu korowodu, za mną głównie szły starsze koleżanki z trzeciej ekonomicznej które raczej miały mnie gdzieś. Jedna argumentowała to tym że jest już dorosła więc może robić co chce :P Fakt, nie mam żadnego autorytetu więc faktycznie mogła mieć na mnie wywalone. Ogólnie to nie miałem, np z nimi, złego kontaktu. Ale do kontaktów między ludźmi jeszcze dojdę.

Pierwszy przystanek, Uniwersytet Jagielloński. Głównie to obeszliśmy dookoła tylko główny plac ze studnią, kolumnami i ciekawymi zakończeniami rynien. Podziwialiśmy wystrój tego miejsca (Kolumny, złocenia i takie tam).

Kolejnym przystankiem był Kościół Św. Trójcy oraz po sąsiedzku klasztor Dominikanów. Naszym ostatnim przystankiem był kościół Piotra i Pawła (W którego podziemiach jest pochowany Sławomir Mrożek. Wiem, bo go tam znalazłem :P ) Po zwiedzaniu tych miejsc, które sobą reprezentowały trzy epoki (Jeśli dobrze pamiętam że to były trzy epoki, bo w głowie mam tylko renesans i barok). Dostaliśmy potem godzinkę czasu wolnego na łażenie po Krakowie. Z racji tego że mną się jakoś nikt nie zainteresował to zacząłem samemu maszerować wokół sukiennic. Skończyło się na tym że przygarnęła mnie pani od polskiego i przez 30 minut konwersowaliśmy ze sobą, to o szkole, to ogólnie o życiu etc (No w końcu o czym może rozmawiać nauczyciel z uczniem). Po tej przerwie wybraliśmy się do Muzeum Narodowego w którym mieliśmy podziwiać obrazy, a następnie jeden opisać. Praca w grupach więc samemu nie chodziłem tylko z koleżanką oraz z kolegą którego postanowiłem przygarnąć bo biedak był sam :P

Aż w końcu dostaliśmy jeszcze 30 minut wolnego :) I tutaj chwila przerwy. Ogólnikowo to moje relacje między np starszakami nie były częste, parę razy zamieniłem parę zdań to z koleżankami z ekonomicznej klasy bodajże, to może z kimś innym, ale tak to nie było okazji (Dopiero później było gadanie). Z rówieśnikami kontakt jako taki po japońsku. Tu też nie było zbytnio okazji (Trzymałem się ciągle z przodu, oni zagrzewali tyły). Z drugiej strony pamiętam że przy drugiej zbiórce (Przed pójściem do autokaru) zwróciła się do mnie koleżanka, którą lubię, z pytaniem czy jeździłem tramwajami (Nie wiem czemu, ale od początku wszyscy mnie podejrzewali że będę jeździł tramwajami. Jestem może miłośnikiem no ale bez przesady). Zastanawia mnie tylko skąd jej się wzieło żeby do mnie podejść i się spytać, chociaż dla żartu. Z autopsji wiem że nie jestem dla niej dobrym partnerem do rozmowy, jakiejkolwiek :P A jeśli chodzi bardziej o mnie to głowa mi się kręciła. Ciągle szukałem wzrokiem tramwajów, a widziałem prawie wszystkie typy jakie jeżdżą w tym mieście (Oczywiście z najdłuższym tramwajem w Polsce na czele) I teraz wracając do naszej opowieści. Było sobie 30 minut przerwy gdzie tym razem chodziłem z tymi samymi znajomymi co zwiedzałem muzeum. Zrobiliśmy sobie zakupy w McDonaldzie, przy okazji zakupiłem Krakowskie Obwarzanki :) Aż w końcu kiedy niebo nad Krakowem zrobiło się tak czarne jak niedawne protesty poszliśmy w stronę autokaru (Który nie wiadomo do końca gdzie stał, tak na pocieszenie :P ). Byliśmy w tym Krakowie jakieś 7 godzin, więc po tym czasie nogi mnie już trochę bolały, ale jestem z siebie dumny bo ani razu nie zająknąłem się głośno że cierpię przez nogi :P

Do autokaru wreszcie doszliśmy. Zanim odjechaliśmy to musiałem zmienić miejsce z 2 razy, za pierwszym bo starszacy mnie nie chcieli z tyłu („Pójdziesz tam do przodu? Bo my byśmy całą klasą tu weszli”), kiedy poszedłem trochę bliżej środka, gdzie tym razem siedziałbym razem z klasą, to koleżanki mnie ładnie wyprosiły bo chciały siedzieć przy swoich i znowu trafiłem na tył autokaru ze starszakami. Po jakimś czasie po ruszeniu znowu się miałem przesiąść bo do tyłu przyszedł ktoś kogo starszaki wolą bardziej ode mnie, zostałem wysłany do przodu gdzie podobno było miejsce. Miejsce się znalazło, właściwie po drugiej stronie rzędu w którym wcześniej siedziałem (Tylko chyba do Krakowa siedziałem o jeden rząd bliżej kierowcy). Przyznam że przez te zmiany miejsca trochę posmutniałem (No cóż, tu mnie nie chcą, tu też nie :P ). Dopiero po jakimś czasie zapomniałem o smutku kiedy się zapoznałem z towarzystwem dookoła, a konkretniej z kolegą który siedział prawie za mną (Bo ja przy oknie, on przy… i jak tu teraz nazwać przestrzeń między siedzeniami…). Ale zanim przejdę do tego jak wesoło spędziłem czas to jeszcze wspomnę o jednej rzeczy.

Może ktoś to kiedyś zauważył, ale jestem dobry jeśli chodzi o mapy, drogi etc. Z Krakowa wyjechaliśmy siódemką. „Jaja” zaczęły się na węźle Modlniczka. Kierowca jechał jak pan przykazał w stronę autostrady via S52, kiedy nagle zwątpił i chciał jechać na DK79 w stronę Trzebini. Na łącznicy był korek sięgający pasa wyłączającego więc kierowca wjechał na powierzchnię wyłączoną z ruchu (Przed dużym zielonym rozdzielaczem kierunków) i chciał się wepchnąć. Zauważyłem że coś jest nie tak więc spytałem się czy do domu jedziemy autostradą, z odpowiedzią potwierdzającą. W momencie zacząłem mówić że do autostrady jedzie się „prosto”, przez drogę ekspresową, przez S52, tam etc. Kierowca w końcu przystanął „na moje” i zaczął włączać się na „prawie” drogę ekspresową z powierzchni wyłączonej z ruchu :P W momencie rozpoczynania manewru autokar ryknął śmiechem, podejrzewam że dlatego że kierowcy się drogi pomyliły. Kiedy już byliśmy na łącznicy między DK7 a S52/DK7 to kolega sobie zażartował „A teraz powiedz że to był żart”, i była kolejna salwa śmiechu :) Na wycieczki szkolne jeżdżę od dawna, ale jak długo żyję to zwykle sprowadzało się do tego że kierowca wiedział gdzie jechać, a ja po prostu patrzyłem, ewentualnie rzucałem w eter niewykorzystywane porady. Ale jeszcze nigdy nie zdarzyło mi się „nawrócić” kierowcę, pomóc mu, w ogóle nie zdarzyło mi się żeby na wycieczkę ktoś się mnie posłuchał bo zazwyczaj nikt nie wierzy w to że wiem lepiej :P Punkt dla mnie, a ja pękam z dumy.

Wracając do osobnika z siedzenia z tyłu, była to osoba która jest bardziej wulgarna od mojego brata, bardziej fajna i bardziej wszystko. Osoba którą większość z was może skreśli i uzna za coś złego, ale z racji tego że ja się mieszam z ludźmi takimi i takimi to dla mnie ta osoba miała to coś. Gadaliśmy, śmialiśmy się i dusiliśmy przez jakąś godzinę (To ostatnie to ja, bo po którymś napadzie śmiechu gardło nie dawało rady). Mój poziom IQ spadł o parę punktów, poznałem kilka nowych okropnych dowcipów… Ale tak z pozytywnej strony to dużo ciekawych rzeczy od niego usłyszałem, sam mu powiedziałem… eee… wszystko (Aż pod koniec wycieczki milczał przez chwile, stwierdziłem że go zepsułem). Tematy jakie się przewinęły… Wszystkie. Na moim blogu kończąc. Nie, ja bym się nie odważył mówić o nim głośno, koledzy postanowili mnie rozpowszechnić. Dowiedziałem się przy okazji że cała klasa to czyta, i szczerze w to wątpię. Dowiedziałem się także że „Jak można lubić tramwaje” :D Jak się dowiedział także że jestem nie do końca zdrowy to podsumował to jednym. „Ja od początku podejrzewałem że nie jesteś do końca normalny”. Pytanie teraz, czy on na to wpadł kiedy wspomniałem o mojej pasji, tramwajach, czy jak doprowadzałem do śmiechu część autokaru swoim śmiechem generowanym przez wyżej wspomnianego osobnika który na długo zostanie w mojej pamięci. Już o śpiewaniu nawet nie wspomnę :P

Podsumowując, z wycieczki jestem bardzo zadowolony. Gorzej z osobami które miały nieprzyjemność ze mną siedzieć jak wracaliśmy z Krakowa :P To tak pół żartem, pół serio.

Na dzisiaj to tyle, podsumowanie miesiąca mam nadzieję w weekend. Tak wiem, powtarzam się :) Dziękuje serdecznie za czytanie, do zobaczenia wkrótce!

Podsumowanie ostatniego czasu

Witajcie!

Trochę się u mnie ostatnio działo. Zalążek tej informacji pojawił się wczoraj w nocy na moim blogowym facebooku. A co konkretnie się takiego wydarzyło? Powiem tak, ostatni czas mogę się podzielić na 3 etapy. Zeszły weekend, tydzień roboczy oraz ten weekend.

Zeszły weekend. Jedynie kiedy coś się działo to była sobota. Kolega zaprosił mnie żeby sobie razem połazić, założenie było takie że on będzie robił tramwajom i autobusom fotografie na tekstury (Do gry), a ja mu będę towarzyszył. Przy okazji miałem poznać jego kolegę który zajmuje się forum symulatora MaSzyna. Spotkaliśmy się w jakże prestiżowym miejscu, bo w M1 w Zabrzu. Warto napomnieć też jeden szczegół, tego dnia odbywała się impreza „Imperium Mocy”, czyli cała nawa główna była zapełniona modelami, figurkami i osobami które reprezentowały konkretne postawie z sagi Gwiezdnych Wojen . A było tego całkiem sporo.

Spędziłem tam razem z kolegą jakieś 6 godzin. Razem z nim łaziliśmy po całym centrum handlowym, trochę po parkingu, dużo ze sobą gadaliśmy, także my gadaliśmy z paroma osobami które niektóre wielkie modele które tam stały wykonały (Aż chyba przypadkiem zareklamowałem kolegę :P). Przejechałem się autobusem, miło spędziłem dzień, na sam koniec stwierdziłem że ten dzień spędziłem jak całkiem normalny nastolatek. Ze znajomą osobą, w centrum handlowym (Koleżanki z gimnazjum często tak robiły, czemu miałbym być gorszy :P )

Nastał tydzień roboczy. Trzeba było się przestawić „na szkołę”. Mogę śmiało powiedzieć że to był bardzo miły tydzień. Żadnych awantur, afer, fajnie, miło i przyjemnie. Nawet się dowiedziałem że moi koledzy czytają mojego bloga (dla żartu ale zawsze :P). Jeśli chodzi o relacje damsko męskie to nadal próbuje „rozmawiać”. Nie ma za często okazji (takie odnoszę wrażenie). A poza relacjami między znajomymi? Doszło mi dwóch nowych nauczycieli. Pierwszym z nich jest nowy wuefista który ma nazwisko brzmiące zniemiecka (Niektórzy nadal mają problem z jego wymówieniem, chociaż jest w miarę proste). Zdaje się być przyjazny, nie miałem jednak okazji sprawdzić czy fajnie uczy, bo w trakcie zajęć porządnie naciągnąłem sobie prawe udo. No cóż zrobić ;) Drugim nauczycielem był pan od Terenowych Ćwiczeń Geodezyjnych. Nazwisko miał o niebo prostsze (Jedno z tych kilku najbardziej popularnych polskich nazwisk, i nie, to nie jest Kowalski), jednak z racji tego że pan jest raczej geodetą niż nauczycielem to mamy z nim „po szkole” do 18. Przy okazji, wyjaśniło się że w planie lekcji jest błąd i zajęcia są do 18:20 a nie 19:20, czyli nie ma kolizji z terapią. Te 5 dni szkolnych minęły trochę za wolno jak dla mnie. Szczególnie że z niewiadomych mi przyczyn żyłem ciągle o jeden dzień do przodu (Wydawało mi się że jest czwartek a to dopiero środa np).

W trakcie tego tygodnia urwałem definitywnie kontakt z moim przyjacielem z Kalisza. Ostateczny powód był taki że chłopak po związaniu się z kolejną osobą po prostu ześwirował. A ponieważ mnie się nerwy na niego i jego grymasy po prostu urwałem kontakt, powiedziałem sobie dosyć… Szczerze mówiąc, trochę jakbym się od czegoś uwolnił. Ja jako „ja” naprawdę nie lubię osób które sobie dorabiają aż nadto własną ideologię pod swoje „widzimisię” (no bo to przecież oczywiste że jeśli nie odpiszę w ciągu najbliższych 7 minut to oznacza że mam go w rzyci i mam na niego wywalone… – Przykład).

Doszliśmy do obecnego tygodnia. Jak już wspominałem na blogowym facebooku był to mój drugi tydzień wśród ludzi. Znajomy brata obchodził urodziny (Parę dni po terminie, ale zawsze). Zostałem co ciekawe zaproszony, więc trochę głupio nie byłoby przyjść (Przy okazji mogłem zobaczyć co się zmieniło na mieście, pojechaliśmy samochodem po prezent). Impreza była gdzieś od 15-16 do 23. Co by się nie działo, niczego nie żałuje :P Spędziłem sporo czasu wśród znajomych brata (Którzy mnie chyba wreszcie zaakceptowali do swojego grona :P), spróbowałem szatańskiej potrawy jaką były czipsy o smaku grzybów w śmietanie… Nie jestem fanem grzybów, ale zjadłem nawet to kiedy skończyło się jedzenie. Dużo rozmawiałem z każdym, dziewczynie kolegi brata nawet coś wytłumaczyłem o tematyce tramwajowej (bo ja się znam :) ), sporo gadałem o sobie (bo lubię), wypiłem dużo napojów gazowanych :P Jedna z fajniejszych ogródkowych imprez jakie miałem, po pewnym czasie nawet ja nie przejmowałem się tym że prawie z każdego okna nas widać i słychać. Jedynie kiedy się zrobiło trochę nieprzyjemnie to były okolice 20 kiedy na placu za płotem kibice tutejszego miejskiego klubu odpalili race i zaczęli głośno śpiewać (Obyło się bez problemów, poszli sobie po jakimś czasie). A po imprezie, jakby było mi mało miłych rzeczy, udało mi się po 5 miesiącach skontaktować się z koleżanką z Warszawy. 20 minut rozmowy po 5 miesiącach przerwy, ale najlepsze 20 minut jakie miałem :P

I w takim większym skrócie myślowym to tyle. Dziękuje serdecznie za czytanie, do zobaczenia wkrótce!

Podsumowanie ostatnich dwóch dni

Witajcie!

Może pora wrócić do częstszego pisania. Swoją drogą sprawdziłem nowe lampy uliczne. Świecą jednak pospolitym pomarańczowym światłem… Przynajmniej ta u wylotu z mojego skwerka świeci dziwnie jaśniej od innych, a dzięki temu że nie jest obrócona by oślepiać kierowców tylko „patrzy” w dół, całkiem sporo rzeczy teraz widać lepiej.

Nie dawno był pierwszy września, dzień w którym duże grono młodzieży wraca z powrotem do szkół by chłonąć wiedzę i korzystać z Facebooka między 8 a 16 nie przez komputer a przez telefon. Rozpoczęcie roku trwało jakieś 1.30h więc nie było źle. Z racji tego że miałem już rok temu jedno rozpoczęcie w tej szkole, więc mam pewien punkt odniesienia. Tym razem siedziałem, chociaż z nadal dudniącym serduchem, na spokojnie, nawet powiedziałbym wyluzowany. Znowu sobie siadłem na górne trybuny żeby mieć widok na wszystko (A poza tym nie chciało mi się szukać klasy która była gdzieś na dole). Po części oficjalnej i artystycznej rozeszliśmy się do swoich klas gdzie mogliśmy na szybko pogadać ze znajomymi i wymienić parę zdań z wychowawcą. Trochę pogadałem, pośmieszkowałem, pochwaliłem się kotem. Potem już rozeszliśmy się do domów (To znaczy ja poszedłem do domu, większa reszta poszła się „integrować” jeśli dobrze zrozumiałem). Reszta dnia spędzona na graniu. I muszę przyznać że cieszę się z powrotu do szkoły. Mogę znowu spotykać się z osobami które teoretycznie/prawdopodobnie/podobno/nieoficjalnie/może mnie lubią. Całkiem miłe uczucie :P

Dzisiaj z kolei był pierwszy dzień, w miarę, nauki. Geodeci mieli luzik, na 10 (9:50) do szkoły, o 12 wszyscy wychodzili (Był kościół, jednak ja sobie darowałem). Też jakaś okazja żeby na nowo… no nie wiem, poznać się? Lekcje były dwie, na pierwszej się zdarzyło że pracowałem z koleżanką (Angielski), a na drugiej nie pracowałem bo sam siedziałem :P Ale za to film obejrzeliśmy (Język Polski). Wracając ze szkoły pierwszy raz w tym roku wróciłem z koleżanką. Się trafiła po drodze to sobie trochu pogadaliśmy. Tutaj też porównanie z zeszłego roku, powrót z kimś do domu przyszedł ciut szybciej niż w zeszłym roku ;) Po szkole nic nowego, granie i granie. Za to w końcu pojawił się nowy plan zajęć. Powiem tak, mnie i resztę geodetów przeraził wtorek. Zajęcia od 9:50 do 19:20. Mnie przeraziło (przed chwilą, jak to teraz piszę) jeszcze jedna rzecz. Otóż moja wtorkowa terapia rozpoczyna się o… 19… Dojazd komunikacją miejską trwa godzinę, samochodem +/- 20 minut. I jak ja teraz pogodzę obie rzeczy?

I tym pesymistycznym akcentem dziękuje za czytanie i do zobaczenia wkrótce!

Podsumowanie ostatniego czasu

Witajcie!

Od kilku godzin na samą myśl że wakacje się skończą za chwile (Rozpoczęcie roku o 9 a jak zaczynam to pisać to wybiła 6:45) skręca mnie bardziej niż Najmana po walce z Mariuszem Pudzianowskim. Skoro nie mam nic lepszego do roboty poza czekaniem to może (wreszcie) powiem co tam u mnie?

Ostatnimi czasy osiągnąłem stan żywego zombie. Udało mi się „wywrócić na lewą stronę” zegar biologiczny. Po wielu tygodniach udało mi się sprawić że jestem najaktywniejszy w nocy, spałem od 9-12 do 17-18. Problem pojawił się wtedy kiedy trzeba było wrócić do „normalnego trybu pracy”. Trochę to trwało, ale w miarę osiągnąłem podobny stan (Od 18-20 do 3-4). Zabrałem mamie swoje łóżko, dlatego potrafię się wyspać. Zabawne jest to że kiedy ja się budzę o tej trzeciej, mama czasem nie śpi i mogę jej dać swoje mięciutkie łoże. A co mogę powiedzieć o tym żywym zombie. Powiem tak, strasznie dziwne uczucie kiedy masz obrazy z nocy, masz obrazy z poranka (Całkiem sporo razy wychodziłem z psem w okolicy 5 rano) i chce ci się stać. Taki trochę efekt przepalonych obwodów się wtedy objawia (Po prostu dziwnie się wtedy czuje). Swoją drogą jeszcze dziwniej było kiedy podczas jednego z porannych wypadów minąłem (Na 90%, jeszcze się upewnię) swoją nauczycielkę od niemieckiego…

Z nieco młodszych „dawnych chwil”, w ostatnią niedzielę miałem okazje pojechać do Katowic spotkać się z naprawdę daleką kuzynką (Bo aż z Dusznik, teraz się do Wrocławia podobno przeprowadziła). Jak zwykle przy spotkaniach z daleką rodziną wszyscy tą osobę znają tylko nie ja. Prawie zawsze słucham wtedy że kiedy byłem mały to spędzaliśmy więcej czasu, bawiliśmy się razem czy inne takie. Żebym ja jeszcze pamiętał swoje życie jak byłem mały (Pamiętam gdzieś od 5 roku życia, punktem zaczepnym jest że na szóste urodziny dostałem bardzo fajny, wygodny, mięciutki, niebieski fotelik). W każdym bądź razie bardzo fajna osoba, jedna z niewielu kobiet o których mogę z czystym sumieniem od tak bo tak powiedzieć że jest fajna i nic więcej. Swoją drogą tego dnia na pewno nie zapomnę. Ona się zatrudniła w jakimś pojeździe (Nazywa się to Pasibus jeśli dobrze pamiętam), więc nas poczęstowała naprawdę dobrymi i olbrzymimi hamburgerami. Spotkaliśmy się na katowickim rynku (Kiedy była w pracy) więc spisałem bardzo dużo tramwajów tego dnia, a ponieważ wtedy był też organizowany mecz w Chorzowie (Ruch kontra Legia) to w okolicy roiło się od policji, a ja miałem okazję zobaczyć taki widok.

Swoją drogą współczuje pasażerom tego transportu (Nie, to nie był wynajęty tramwaj) których widziałem przyciśniętych wręcz do szyb.

A co mogę powiedzieć np o dzisiaj, dzisiaj już na dworze byłem, i już dostrzegłem dwie zmiany. Przy głównej ulicy która przebiega przez moją dzielnice były dwie lampy które mijałem codziennie. Jedna dosłownie przy wyjeździe z mojego skwerka, druga na innym skwerku, oddalona parędziesiąt kroków od wyjazdu. Zawsze kiedy wychodziło się z psem w środku nocy to zawsze je widziałem. W czym były takie wyjątkowe? Normalne wielgaśne białe żarówy w starych oprawach pamiętające czasy Gierka (Sugeruje się tym że dokładnie takie same lampy zostały zamontowane na, niedawno odremontowanym, węźle Tuszyn w ciągu A1, wyglądają tak). Zamienione na lampy które stosuje się już praktycznie wszędzie (Czyli sodówki nówki sztuki z pomarańczową barwą). Dlatego mi się tak bardzo podobały ponieważ bardzo lubiłem tą ich wyjątkowość, jako jedyne w okolicy, kiedy wszędzie ciemno i pomarańczowo, świeciły na biało. Chyba że miasto zamontowało tam żarówki które też świecą na biało (w miarę możliwości sprawdzę), jednak szczerze w to wątpię.

Na… nie wiem czy dzisiaj, może wrzucę wpis o tym co było na rozpoczęciu etc, kto wie. W każdym razie na ten moment to tyle. Wybiła 7:10, idę dalej wyczekiwać tego momentu od którego w internecie będzie luźniej, a ja zacznę w końcu zasypiać o normalnej porze (Jestem pewien że szkoła skutecznie mnie zmęczy na tyle że zasnę, jak zwykle, koło 23). Do zobaczenia wkrótce!