UWAGA! WAŻNA INFORMACJA!

W związku z w miarę niespodziewanym zamknięciem się strony blog.pl jestem zmuszony przenieść to miejsce na inny serwis hostujący blogi.

Innymi słowy to miejsce zniknie na amen 31 stycznia (Albo 1 lutego, zależy jak interpretować informacje na fioletowym pasku u góry), i od tego momentu do czytania moich wypocin jedynym miejscem będzie witryna na stronie WordPressu.

Link -> 
https://swiatoczamiaspergerowca.wordpress.com/

Jeśli chcecie możecie przekazać tą informacje „komu trzeba”.

Do zobaczenia w nowym miejscu!

Podsumowanie ostatniego czasu

Witajcie!

Kolejny rekord braku wpisów pobity? Szczerze to nawet ja przestałem liczyć. Będąc z wami szczery pierwsze koty za płoty na temat tego wpisu zostały już napisane bagatela 2 miesiące temu. Tylko dla odmiany zamiast zrobić raz a porządnie w trakcie prac wena się zapodziała. Jest w tej chwili (Jak edytuje wstęp) 30 grudnia, 01:30 i doszło do mnie że zostało strasznie mało czasu w 2017 roku. Obiecałem sobie w tym roku coś napisać i przynajmniej siebie spróbuje nie zawieść.

Generalnie bez względu na to jak od miesięcy planowałem napisać ten wpis, jak go podzielić żeby to miało ręce i nogi (Nawet w moim przypadku jest awykonalne opisanie każdego kolejnego dnia z trzech miesięcy), wprowadzając was powiem tylko że do opisania są trzy główne historie z którymi chciałbym się podzielić (Z jedną nawet muszę bo osoba towarzysząca nalega od dawna i obiecała mi już gruszki na wierzbie w nagrodę za opisanie). Tematy poboczne (Czyli jakieś mniejsze wstawki z tego okresu) albo pojawią się pod koniec albo może gdzieś w trakcie wpadną, kto wie. Tak swoją drogą, trochę to dziwnie będzie wyglądało w wersji finalnej. W tej chwili piszę wstęp do treści którą dopiero za chwilę napiszę, to trochę jakbym pisał kilka wpisów po kolei na żywca w jednym, przekazywanie myśli na bieżąco i to dosłownie. W sumie sam jestem ciekaw z efektów mojej pracy poniżej, może ktoś poza mną też będzie. (Dopisane po napisaniu, wyszło bardzo dużo tekstu, więc miłej lektury)

Pierwsza rzecz jaką chciałem się podzielić jest mój kurs na prawo jazdy. W momencie jak pisałem to wcześniej byłem nieco dalej niż w połowie. Teraz jestem dawno po kursie, ba, nawet byłem na teoretycznym państwowym (I fakt że na nim byłem znacie póki co tylko wy i wybrane osoby z najbliższego otoczenia). Początek był 27 września, ostatnie jazdy miałem 13 listopada, tak dokładne daty mam ze swojego zeszyciku z teorii który, niczym czerwcowe śniadanie w okresie wakacyjnym, zadomowił się w moim plecaku na dobre. Nauka wyglądała tak, pierwsza godzina plac gdzie mi pokazano do czego są pedały i lusterka, a na drugiej wyjechałem już na miasto (W moim przypadku zurbanizowany obszar oraz bardziej wyludniony niedaleko centrum). Następnego dnia nawet miałem okazje przejechać się eLką koło mojego domu. Potem to już częściej kręciłem się po centrum i północy mojego miasta (Razem z terenami zagranicznymi czyt. miasto które odłączyło się od mojego miasta), oczywiście na przemienne z krótkimi sesjami na placu gdzie ćwiczyło się łuk i ruszanie z ręcznego na samym początku dwugodzinnych jazd. „Zagraniczne miasto” uważane za postrach kursantów, szczególnie że podwójny STOP, stop dla dróg podporządkowanych a samo skrzyżowanie dróg znajduje się dokładnie obok zawężonego tuneliku pod linią kolejową gdzie pojazdy bez pierwszeństwa też mają stop. Już pomijam że w całym mieście znajduje się dużo luster i jest na pewnym obszarze bardziej jednokierunkowe. Wbrew moim początkowym obawom (Przed rozpoczęciem praktyki) czułem się dobrze za kierownicą. Oczywiście zdarzały mi się wpadki, np kiedy podczas ruszania coś nie teges puszczałem pedał sprzęgła i auto poruszało się niczym sinusoida strasznie szarpiąc (Coś na wzór tej blondynki z programu Nauka Jazdy). Albo kiedy próbowałem bawić się „w dentystę” i wyrwać zęby z kół zębatych z przekładni (Niewystarczające dociśnięcie sprzęgła). Już pomijam te parę razy kiedy wszystko szło nie tak przy próbie ruszenia i ostatecznie z drobnymi pomocami instruktora wciskającego pedały ruszało się paląc sprzęgło które potem bardzo ładnie pachniało. No właśnie, parę słów o moim mentorze. Na początku wytłumaczył że ma donośny głos i że nigdy nie krzyczy na kursantów. Spodziewałem się czegoś gorszego ale muszę przyznać że człowiek bardzo przyjemny. Myślę że dużo się od niego nauczyłem, najbardziej jestem zadowolony że nauczył mnie tankować pojazd z instalacją LPG (eLki na gaz a że rodzinne auto też ma takową instalacje to skorzystałem z okazji). Po kursie miałem także egzamin wewnętrzny który zdałem, chociaż w jego trakcie popełniłem kilka gaf których nie powinienem zrobić (Próba zawrócenia na zakazie skrętu w lewo, zabronione przez przez przepisy, czy też fatalna próba z parkowaniem prostopadłym na parkingu). Trochę minęło od zdania wewnętrznego, ale poszedłem (Z bratem) zapisać się na państwowy teoretyczny, a następnie w jego asyście jakiś czas później, konkretnie 7 grudnia, na owy egzamin, z dużym stresem który niespecjalnie pomógł. Dlaczego o mojej obecności na egzaminie wie garstka osób? Bowiem moje pierwsze podejście skończyło się wynikiem negatywnym, zabrakło trzech punktów. Przekonałem się że faktycznie niektóre pytania są z kosmosu, a pytanie specjalistyczne i do tego ostatnie na którym straciłem te trzy punkty nigdy nie opuści mojej głowy. Poszkodowany krwawi, co zrobisz w przypadku braku jałowych opatrunków. A – Poczekam aż ktoś użyczy mi apteczki B – Zatamuje krwawienie odzieżą poszkodowanego C – Nic nie zrobię (Coś podobnego). Ja zaznaczyłem A, teraz jak o tym myślę z perspektywy czasu uważam że bardzo łatwo te trzy punkty straciłem, w końcu pytania o pierwszą pomoc zawsze są na zasadzie że trzeba zrobić coś natychmiast. Szczerze mówiąc gdyby na moim egzaminie byłyby bardziej pytania o jazdę niż o teorie to dałbym radę. No ale cóż, teraz zbieram odwagę by ruszyć się znowu do WORDu i podejść po raz drugi.

Wpis zacząłem pisać w październiku, bowiem w tym miesiącu zdarzyły się dwie moje wycieczki, jedna szkolna, druga prywatna. Na początek ta szkolna (Którą raczej zostawię w oryginalnej pisowni sprzed dwóch miesięcy, więc początek będzie nieco nie pasujący do obecnie czytanej przez ciebie, drogi czytelniku, treści).

Ostatni czas był związany z paroma wypadami. Tak się stało że główne dwa złożyły się w jednym tygodniu. Pierwszy był szkolny, wyjazd do Zakopanego (Czyli mieszkanie z Białym Dunajcu i zwiedzeniu trzech obiektów geotermalnych i żaden nie był w Zakopcu, ale Zakopiec odwiedziliśmy).

Już na samym początku było źle, bowiem przed weekendem dzielącym mnie od wyjazdu złapałem infekcje wirusową. W 3 dni musiałem wyzdrowieć by móc pojechać. Misja zakończyła się sukcesem (Chociaż wciąż byłem na lekach i na witaminie C) i tak 9 października trochę po 8 wyjechaliśmy naszym busem z przyczepką w stronę Zakopca. Wyjechaliśmy prawie całą klasą geodezyjną (4 osoby) oraz całą klasą OZE (Też 4), poza naszą klasą była jeszcze klasa druga OZE (Ilość nie znana z mojej strony). Już na wstępie czułem że wycieczka będzie super bo kierowca był świetny. Kawalarz który rozbawiał kilkadziesiąt razy całego busa, już po początku wiadomo było że to będzie ciekawe, bowiem na wstępie walnął do nas przez mikrofon z tekstem „[...] I jest zakaz patrzenia w lusterko kierowcy, bo widok mojego ryja zabija”. Faktycznie, w szkole ponadgimnazjalnej jest luźniej, ale tego się nie spodziewałem :P A później repertuar muzyki młodzieżowej i klasyki przy których ścierają się gardła (Nie zabrakło rzecz jasna Przez twe oczy zielone). Współtowarzysze z busa wytrzymali ze mną połowę trasy na miejsce. Potem mieli mnie na tyle dość że ciągle mówili żebym zamknął mordę. No cóż, przynajmniej dobrze się zapowiadało.

Dojechaliśmy na miejsce które znajdowało się całkiem blisko naszego miejsca pobytu. Był to obiekt Geotermii Podhalańskiej. Mieliśmy wykład na temat tego czym jest energia geotermalna, skąd bierze się ta ciepła woda oraz jak duży obszar zasila właśnie Geotermia Podhalańska. Widzieliśmy infrastrukturę wewnątrz obiektu jak i odwierty na zewnątrz. Punktem następnym było zakwaterowanie się. Udało mi się dostać dwuosobowy pokój z kolegą z geodezji. Sam pokoik całkiem przytulny. Dwa łóżka, balkon, telewizor z zadowalającą ilością kanałów i bardzo fajna łazienka (Z nieco uszkodzonym kranem który poza głównym strumieniem wody popuszczał silny cieniutki strumień z uszczelki który bez problemu oblewał spodnie). Najfajniej to miała się nasza koleżanka która dostała trójkę w której mieszkała sama (Jedyna dziewczyna na wycieczce). Ale za to jaka trójka, z dwiema szafami (Nawet w jednej później dałem radę się schować, czasem i mnie się zdarzy zrobić coś spontanicznie :P ).

Po zapoznaniu się z naszymi mieszkankami pojechaliśmy na Krupówki gdzie udało mi się ponieść chwili i kupić oscypków za 20 zł… Tak fajnie się z tą panią gadało że zaszalałem. Potem powrót do pokojów i spędzenie tam reszty dnia (Przy okazji grając w karty z kolegą i koleżanką która większość czasu siedziała u nas, w końcu kto by chciał siedzieć samemu). Jak się zbieraliśmy spać to zażyłem najlepszego prysznica w życiu. Co innego słuchać o geotermii a co innego poczuć ją na własnej skórze. To piękne uczucie kiedy masz ciepłą wodę bez czekania 15 minut aż zagrzeje się piec i bez strachu że ciepła woda skończy się w momencie gdy masz namydlone całe ciało i całą głowę. Aż się nie chciało wychodzić spod prysznica.

Dzień drugi spędziliśmy praktycznie cały w Białce Tatrzańskiej. Obiekt pełny ciepłej wody, trzech zjeżdżalni (Z czego jedna pod pontony). Ogólnie rzecz biorąc było bardzo fajnie. Ja sobie pozjeżdżałem, nacieszyłem się ciepłą wodą, ba, nawet kilka razy zjechałem z nauczycielem na pontonie. Oczywiście najpierw zaczęliśmy od zwiedzania infrastruktury i odwiertu z którego obiekt czerpie wodę. Ogólnie rzecz biorąc dobrze się bawiłem, pomimo późniejszych dosrywań kolegów którym znowu cierpliwość się skończyła (Chociaż praktycznie cały czas nie zbliżaliśmy się do siebie). W Białce spodobały mi sie też szafki które były otwierane i zamykane na zegarek. Takiego patentu w Tarnowskich Górach (Aqua Park na którym było się wiele razy, ale to już dawno dawno temu) nie widziałem więc to była dla mnie nowość, ale bardzo pozytywna. Wracając z Białki zahaczyliśmy o miejscową Biedronkę, która swoim wyglądałem w jakiś sposób nawiązywała do miejscowej zabudowy (Szpiczasty dach, z czego trójkąt pomiędzy wejściem a szczytem dachu był pokryty drewnem, nawet dobrze to wyglądało). Tak w skrócie minął dzień drugi.

Dzień trzeci minął w kolejnych termach, tym razem był to stosunkowo nowy obiekt bo termy w Chochołowie. Raz jeszcze zwiedziliśmy odwiert i infrastrukturę. Powiem tyle że infrastruktura wszędzie jest taka sama, różni się tylko stan zużycia i pozorny nieład tych wszystkich rur i zbiorników. Potem przyszła pora na relaks na obiekcie. Tak jak w Białce było stosunkowo niewiele ludzi tak tutaj było ich mnóstwo, nie dało się na spokojnie skorzystać z każdej atrakcji. Ja pierwsze co zrobiłem to razem z koleżanką i kolegą polecieliśmy do zjeżdżalni z której Chochołów jest znany. Mowa tutaj o zapadni. Miałem okazje korzystać z tego cudu techniki. Z duszą na ramieniu wszedłem na tą zapadnie która niezachęcająco zaczęła skrzypieć. No i jeszcze informacja że zapadnia jest dla osób z waga do 130 kg też nie była zachęcająca (Byłem na granicy). W każdym razie szybko się dowiedziałem czemu są ograniczenia wagowe. Tak szybko jak szybko rozpędziłem się w tej rurze. Najgorzej było na dole kiedy bolały mnie plecy od przeciążeń a moja prędkość wylała prawie całą wodę z hamowni. Stwierdziłem że jeszcze raz nie idę. Z innych spostrzeżeń, woda na obiekcie (Porównując z prysznicem w naszym miejscu zamieszkania czy w Białce) była strasznie chłodna. Jedyne ciepłe miejsce jakie tam było to sauna. (I w tym miejscu zakończyłem pisać dwa miesiące temu, generalnie zmienię trochę bieg opowieści bo już tamtego nastawienia i szczegółowości być może nie dam rady pociągnąć dalej). Ogólnie rzecz biorąc chodziłem między chłodnym a chłodnym basenem, tyle że jeden był na dworze a drugi w środku. Korzystając z wiedzy jaką otrzymałem od pani z geografii dawno dawno temu przez 30 minut stałem pod płaskim strumieniem wody który silnie uderzał w mój kark oraz barki. W międzyczasie próbowano zrobić ze mnie obiekt żartów ze strony młodszej klasy, jednak darowali sobie po kilku próbach zaatakowania mnie pod wodą gdzie mnie to nie ruszało. Dopiero jak wyszedłem spod strumienia i pomacałem się po swoich mięśniach dotarło do mnie jaki to ja zawsze jestem spięty. Tak jak u ludzi mojego pokroju dotyk jest ważny tak miałem ciągle ochotę siebie dotykać po tych barkach, były takie mięciutkie że nigdy takie nie były. Po dłuższym czasie ulotniliśmy się z term i wróciliśmy do naszego miejsca pobytu z którego się wyprowadziliśmy i wyruszyliśmy w stronę domu. Podróż minęła rzecz jasna w śpiewającej atmosferze, pomijając wulgarne utwory klasy niższej (Które weszły mi trochę w uszy i po powrocie do domu parę razy przewinęły się przez głośniki mojego komputera) były też inne utwory do których cały bus śpiewał, po drodze zatrzymaliśmy się ponownie w miejscu dwóch fast foodów pod Nowym Targiem (I jeśli o tym nie wspomniałem wcześniej to wciąż uważam że wbrew pozorom to świetne rozwiązanie dla wycieczek szkolnych, każdy wybiera bar który chce i nie ma problemu). W trakcie powrotu powiedziałem nauczycielowi (Z mojego założenia w żartach) że wkurzało mnie to że śniadania były o 9 bo wtedy akurat lecieli sąsiedzi w telewizji i nie mogłem ich oglądać. Tą o to kwestią wybuchłem u nauczyciela ładunek wybuchowy który uwolnił z jego ust parę słów które chociaż bolesne to prawdziwe. Mianowicie że moje zachowanie faktycznie samo w sobie denerwuje uczniów klasy niżej i dlatego mnie tak traktują, generalnie chodziło o coś w tym kierunku. Na następnym postoju tam mi niby tłumaczył że to nie tak, no i oczywiście tam doszliśmy między sobą do jakiegoś tam wzajemnego porozumienia (Ja przepraszam i ja też etc), ale wiem że miał racje, chociaż to była nieprzyjemna prawda. No co mam ukrywać, faktycznie moje zachowania są generatorem niektórych zachowań u innych a moje teksty mogą prosić o pomstę do nieba. Tak wiem, jest druga strona medalu że to nie usprawiedliwia ich i tak dalej, racja. Ale jakbym się skupił tylko na tym aspekcie to gdzie wyciągnięcie z tego jakiejś lekcji dla siebie? Dążenie do samodoskonalenia się by być np mniej uciążliwym dla innych? Jestem już dorosły i powinienem też na to w taki sposób patrzeć. Do domów dojechaliśmy, wszystko cacy stuk stuk, oscypki które za oknem trzymały się świetnie trochę gorzej zniosły podróż w walizce, ale były zjadliwe.

A teraz czas na opowieść za którą obiecano mi gruszki na wierzbie czy inne lody z tostera.

Praktycznie 2 dni później ruszyłem z kolejną przygodę. Dokładnie w piątek 13 października po szkole i spakowaniu najpotrzebniejszych manatków spakowałem się i pojechałem z bratem do centrum Katowic gdzie potem sam przez dłuższy czas czekałem na swój środek transportu. Był to autokar którym miałem dojechać do Kalisza. Tak, do przyjaciela z Kalisza. W każdym razie po oczekiwaniu zasiadłem wygodnie koło pewnego pana którego wcześniej spytałem się czy to miejsce jest wolne. Trochę pogadaliśmy i okazało się że świat jest całkiem mały. Wyszło że jest on pracownikiem geotermii podhalańskiej, ponieważ byłem w miarę na świeżo z tematem (W końcu byłem tam kilka dni wcześniej) poza różnymi tematami przewinął się także ten związany z geotermią. Facet wysiadał w Częstochowie, a szkoda. W trakcie tej naszej krótkiej znajomości podzieliłem się jeszcze z nim gumą do żucia zakupioną na stacji benzynowej gdzieś za Siewierzem. W trakcie podróży (Zgodnie z relacją mojego nowego znajomego) pierwszy raz puszczono film w trakcie podróży. Padło na Och Karol, więc nie było czym się nudzić.Gdzieś za Częstochową gdy pokonywałem drogi którymi nigdy nie jechałem (Rzecz jasna w kompletnych ciemnościach) zacząłem się zastanawiać jak łatwo można pojechać daleko od domu, no i zadomowiałem się z nowo poznanym środkiem transportu (Którym oczywiście jechałem sam, tak, dla mnie to dość istotne). Po drodze siedziała ze mną jeszcze jakaś dziewczyna która nie mogła siedzieć ze swoim chłopakiem (Między Katowicami i Częstochową było więcej ludzi niż miejsc i np ktoś siedział sobie na schodach), a w Wieluniu bodajże dosiadła się do mnie miła starsza pani z którą też sobie pogawędziłem. Chyba nawet raz udało mi się przysnąć ale uczucie że w każdej chwili mogłem obudzić się w Kołobrzegu szybko mnie wybudziła (Autokar relacji Zakopane – Kołobrzeg). Trochę po północy dojechałem do pięknego miasta zwanym Kaliszem. W asyście przyjaciela, jego mamy i siostry zostałem zawieziony do ich miejsca zamieszkania w którym (Co dla mnie ciekawe) na samej górze mieści się hostel w którym dostałem pokój. Przed snem trochę pogadaliśmy a ja z powodu wygody sprężynowych łóżek szybciej niż planowałem dałem się oddać snu. Miało to pewne skutki, ponieważ drogi przyjaciel przez nieokreślony przeze mnie czas miał na wyłączność moje podręczne centrum dowodzenia wszechświatem, czyli mój telefon. Na szczęście nie wiedząc jak potężne narzędzie wypełnione strasznymi informacjami posiadał w swoich łapkach zrobił mi tylko zdjęcie jak chrapię i w moim imieniu wrzucił na facebooka. Mieć taką okazje na zrobienie jakiegoś strasznego żartu czy wywołanie trzeciej wojny światowej, a ten mi tylko zrobił zdjęcie. Cóż, ja dopilnuje by więcej nie miał takiej możliwości :P

Następnego dnia obudziłem się oczywiście już w innej rzeczywistości. Już pomijam fakt że dla mnie dość dorosłej. Sam, daleko od domu i tak dalej. Zostałem zaproszony niżej do ich mieszkania na śniadanie gdzie już bardziej zapoznałem się z domownikami z którymi ma przyjemność mieszkać mój przyjaciel (Pomijając wcześniejsze pierwsze kontakty dzień wcześniej po przybyciu na miejsce). Tego dnia przed główną uroczystością (Tak, później napiszę co mnie do niego w ogóle sprowadziło) poszliśmy zwiedzać Kalisz. Pokazał mi miasto, park, komunikacje publiczną, po drodze zakupiłem sobie mój ówczesny napój bogów czy Mountain Dew i razem z psem zwiedzaliśmy okolice. Pół Kalisza w nogach ale byłem bardzo szczęśliwy. Tak samo dużo nastukałem zdjęć (Do obejrzenia na moim instagramie, 14 października). To teraz na szybko wspomnę co tam w ogóle robiłem. Rzeczony przyjaciel zaprosił mnie na swoje osiemnaste urodziny, do tego listownie. Teoretycznie najlepszym prezentem dla niego była moja obecność ale przywiozłem mu coś z Zakopca (Drewniane serduszko z napisem dla najlepszego kolegi bodajże, innych nie było). Tak więc wracając, wieczorem zajechaliśmy kilka miejscowości obok gdzie odbywała się impreza. Poznałem trochę osób z jego rodziny, też bardzo miłe osoby, no i jak się przy okazji okazało byłem trochę nie najlepiej ubrany (To była bardziej impreza rodzina więc wszyscy w koszulach i tak dalej, a ja w mojej koszulce geodezyjnej :P ). Nie mniej jednak, dwa kieliszki wódki się napiłem (Trzeci już odmówiłem, w końcu z definicji nie pije), jednak i tak wykonałem sobie dość dwuznaczne zdjęcie z opróżnioną butelką Soplicy. Chociaż były drobne problemy ze ścieżką dźwiękową (Że sami dorośli to muzyka klubowa czy inne Dubstepy ich nie jarały i chcieli coś spokojniejszego do tańcowania, poratowały nas płyty jednego z jego członków rodziny) to impreza i tak była fajna. Potem wieczorem powrót do Kalisza i do łóżka. Następnego dnia to już niestety smutny dzień gdzie miałem wrócić do domu. Autobusem komunikacji miejskiej przejechaliśmy się większy kawałek do Ostrowa Wielkopolskiego z którego miałem ruszyć pociągiem do domu. Tak, pociągi już miałem nieco obcykane (Podróż do Warszawy w sierpniu), ale to miał być bezprzedziałowiec. Ostatnie pogadanki na dworcu, ostatnie zdjęcia a potem smutne pożegnanie i ulokowanie się w wagonie. Podróż minęła przyjemnie, praktycznie cały czas pędziłem (Pomijając odcinek na rodzimej śląskiej ziemi z ograniczeniami do 40 km/h chyba…) Z na szybko utworzonym planem zamiast wysiąść w Katowicach wysiadłem wcześniej w Zabrzu gdzie skierowałem się po niewielkich problemach w stronę przystanku tramwajowego, a już moim ulubionym środkiem transportu miejskiego do domu.

Liczę na to że opowiedziałem to na tyle szczegółowo że przyjaciel nie będzie zawiedziony. Ale wam powiem jedno. Jak wróciłem do domu to było mi bardzo smutno że to koniec, w końcu pierwszy raz w życiu miałem taką interakcje że pojechałem do kogoś tak daleko, jeszcze mieszkać no i kogoś kto jest mi tak bliski a poznany przez internet. No coś czego sam do końca nie rozumiem. I szczerze mówiąc bardzo mi zależy na tym by on kiedyś przybył do mnie, bym ja mógł mu pokazać moją okolice, mój mały świat, świat oczami aspergerowca bym nawet powiedział :P Obym nie czekał wiecznie.

Dobra, najważniejsze wątki skończone, teraz czas na te nieco mniej istotne.

Pamiętacie wątek o mojej wirtualnej firmie? Fajna sprawa, znajome osoby i nowe super fajne i tak dalej? Tak bardzo jak wtedy nie zawiodłem się nigdy. Pod koniec października było ostro między mną a tą tępą babą z Warszawy (Taa, kiedyś koleżanka a teraz tępa baba, a wierzcie mi że chciałbym powiedzieć o wiele gorzej) no i wychodziło na to że obracała ludzi przeciwko mnie. Pewnego dnia był między nami taki dym że ona jako osoba mniej sprawna psychicznie wywaliła na mnie litanie wszystkiego co siedziało jej w tym łbie i stwierdziła że odchodzi z firmy, dopisując na odchodne że to wszystko przeze mnie, że to moja zasługa (Swoją drogą strzał w stopę, przyznać się że ktoś taki jak ja wygonił ją z firmy jej chłopaka? Medal Darwina, bo na nagrodę to za mało). Ja miałem nadzieję że będę miał spokój, w międzyczasie w firmie była rekrutacja na kierownika do spraw reklamy (Reklamowanie wirtualnej firmy, prowadzenie stron w mediach społecznościowych i tak dalej). Że nie było kandydatów zostałem przyjęty i przez kilka dni zgodnie z poleceniem czekałem na instrukcje dzięki którym mógłbym zacząć się spełniać w nowej roli. No cóż, zanim przyszły instrukcje przyszła informacja że szef nie przemyślał wszystkiego i usuwa moje stanowisko (Już wtedy czułem że coś się zbliża). No i wróciło to wredne babsko, ja na nią miałem wywalone (Ignorowałem ją) i jakoś się toczyło, aż pojawiła się ankieta czy chcą mnie w firmie i rzecz jasna wypowiedziało się o mnie kilka osób. No a teraz do sedna, stwierdziłem że bez względu na wynik tej ankiety ja skulam ogon i idę z podniesioną głową na tyle na ile jestem w stanie. W swoim wypowiedzeniu napisałem kilka osób które moim zdaniem uważałem za wartościowe. No właśnie…  Bo jak się okazało to osoby które ze mną dużo siedziały na komunikatorze głosowym, rozmawialiśmy ze sobą i tak dalej, miały drugą twarz. Podłą. Szczególnie jedna która dosłownie do końca póki sam nie wyszedłem z komunikatora siedziała ze mną na nim a kiedy wyduszałem z siebie słowa że pojawiła się taka i taka ankieta udawała że nie wie o co chodzi. Chce to głośno powiedzieć, takiego sk**wielstwa w życiu jeszcze nie widziałem. Już pomijam tą babę z Warszawy, ma nawalone w głowie, trudno. Ale żeby kilka osób do końca udawało że wszystko jest ok, gadało ze mną jak z normalnym kolegą, nie dając po sobie nic poznać a dopiero gdy ona wytoczyła działa to stanąć za nią murem i że od zawsze byli tacy… Po części porównywałem siebie wtedy do Snowballa z Folwarku Zwierzęcego. Wygoniony z Folwarku bo nie pasował innym knurom w kwestii ideologii i planów. Wygoniony siłą i podstępem. Tak to mną wstrząsnęło że nawet rozmawiałem o tej sytuacji z psychologiem. Na wiele to się nie zdało ale miałem kolejną osobę której mogłem się wyżalić. No i pewien paradoks, doszedłem do nich w dzień moich urodzin, a odszedłem 1 listopada. Dojście w dzień będącym symbolem narodzin, odejście w dzień który wg niektórych może być symbolem śmierci lub raczej kojarzone ze śmiercią, w końcu święto zmarłych. Przypadek? Jeśli tak to całkiem trafiony. Jak to teraz u mnie wygląda na polu wirtualnych firm? Doszedłem do tej prowadzonej przez mojego znajomego od Anime. Było kilka sprzeczek między mną a paroma osobami ale mnie to cieszy. Bo przynajmniej te osoby są szczere i prawdziwe. Na dzień dzisiejszy stanowimy świetny zespół bez żadnych konfliktów, ja jestem poniekąd duszą towarzystwa, pomocny w kwestii gry i tak dalej. Żałuje tylko że zmarnowałem czas na wirtualną firmę i na ludzi którzy moim zdaniem byli coś warci, i żałuje że nie posłuchałem się wszystkich którzy mówili bym tam nie szedł. Kiepskie uczucie, tyle wam powiem.

O czym mogę jeszcze opowiedzieć. Kontakty z tą moją fajną koleżanką są na dobrym poziomie. Poznałem nawet jakiś czas temu jej ojca podczas gdy ta koleżanka pomagała mi kupić prezent na wigilie klasową dla innej koleżanki.

Wspomnienie wigilii klasowej (Do której jeszcze wrócę później) przypomniało mi o czymś jeszcze. Pewnego razu gdy spadło trochę śniegu postanowiliśmy nagrać jak kolega driftuje swoim Citroenem Berlingo (Znaczy się mi zależało na nagraniu, już miałem w głowie zmontowany film, brakowało tylko by kolega pojechał idealnie). Cóż, z nagrywania wyszło nic, a koledze skończyło się paliwo. Po lekcji WF i dowiedzeniu się od brata czy mamy jakiś kanister skoczyłem do domu po owy przedmiot do transportu paliwa i razem z resztą eskapady ruszyliśmy na stacje benzynową zatankować diesela, skąd potem wróciliśmy do jego auta (Trochę się nachodziliśmy). Napełnienie zbiornika tym czym mieliśmy, próba uruchomienia auta na pych… Męczyliśmy się z pchaniem auta strasznie aż w końcu na innym parkingu się zatrzymaliśmy i zaczęliśmy odpompowywać układ paliwowy. Po kilkudziesięciu minutach (I odejściu kilku osób z grupy ratowniczej) udało się przywrócić Berlingo do życia. Potem kolega polatał z nami trochę bokiem (Szkoda że tego nie nagrałem) i odwiózł mnie do domu. Dawno nie poczułem się tak dowartościowany, bo tego dnia byłem bardzo pomocny, nie tylko jeśli chodzi o kanister. W domu potem opieprz że dałem kanister na benzynę koledze z dieselem, ale i tak byłem z siebie dumny.

Właśnie ta sytuacja sprawiła że na wigilię klasową poza jakimiś kosmetykami dla koleżanki postanowiłem skołować od ojca kanister który potem dałem koledze. Jak się okazało był to jedyny prezent jaki tego dnia dostał, poruszyło go to że dostał ode mnie kanister chociaż go w ogóle nie wylosowałem. Życie jest piękne, chciałoby się powiedzieć.

Póki jestem jeszcze w bardziej radosnych klimatach to powiem jeszcze kilka słów o muzyce która mi towarzyszyła ostatnimi czasy. Kolega od Anime bardziej wciągnął mnie w temat, pokazał mi kolejną rzecz jaką jest wirtualna piosenkarka – hologram o nazwie Hatsune Miku. Ja wam tego nie wytłumaczę tak żeby każdy z was w 100% zrozumiał co to jest. Ale od czego są inne witryny o wiele bardziej siedzące w temacie ode mnie? (Dla bardziej ciekawskich polecam pobuszować po stronie w celu wytłumaczenia sobie np co to ten cały Vocaloid). W każdym razie to jest jedna para kaloszy którą poznałem już jakiś czas temu (I tak mi się spodobało że niektóre elementy wyglądu mojej przeglądarki czy mojego Steama sobie zmieniłem na takie by nawiązywały do tej postaci. Tak, ludzie mnie potem nazywali dziwakiem (Jakbym do tej pory nim nie był :P ). W kwestii muzyki to jeszcze nic bo całkiem nie dawno, dzięki bratu, odkryłem rodzaj muzyki o nazwie Nightcore. Są to przeróbki utworów gdzie głównie przyspiesza się utwór i zwiększa tony. A z resztą, tutaj też posłużę się tym że ktoś wie więcej ode mnie.

Po dłuższym szperaniu playlista z moimi ulubionymi utworami ma już 40 pozycji których słucham sobie na okrągło (Nawet teraz jak piszę ten wpis). I powiem tyle że dawno nie czułem tego przyjemnego uczucia kiedy słuchasz jakiegoś utworu i strasznie cię cieszy to że go w ogóle słyszysz. Piękna sprawa, dla mnie coś jak druga młodość (Zabrzmiałem chyba strasznie staro).

No dobra, chyba pora przejść do czegoś smutniejszego.

Minął właśnie okres świąteczny, dla większości z was pewnie czas radości i tak dalej. No u mnie w tym roku było trochę gorzej. Tak się zdarzyło że 18 grudnia nie poszedłem do szkoły, przeziębienie nie jednego mężczyznę w końcu pokonało. Rano czytałem na grupie na facebooku z informacjami drogowymi że na takiej jednej znanej wśród miejscowych drodze (Wzdłuż autostrady, w środku lasu, asfalt może i dobry ale raczej wąska jest ta droga, jeden błąd i cię nie ma) zdarzył się wypadek, potem informacja że śmiertelny. No ok, zdarza się, szkoda człowieka. Kilka godzin później, trochę po południu dostałem niecodzienny telefon. Jak się okazało tą osobą która tego dnia straciła na tej perfidnej drodze życie była moja koleżanka z dawnej klasy. No cóż, w miarę na spokojnie przyjąłem tą informacje, bo z drugiej strony nie wiedziałem co powiedzieć i jak się zachować. Tego dnia telefon zadzwonił jeszcze raz gdy dowiedział się o tym mój inny przyjaciel (Który mieszka o wiele bliżej niż leży ode mnie Kalisz), przyjaciel właśnie z dawnej klasy. Takiego milczenia w słuchawce z jednej i drugiej strony to nigdy nie miałem. Generalnie straszna sprawa i wciąż za bardzo nie wiem co o tym myśleć (W sumie najprościej to zapomnieć). Potem już tylko informacje o tym kiedy pogrzeb, moja decyzja że się zjawie, klasowa zbiórka na wieniec i tak dalej. Swoją drogą patrzyłem co jakiś czas na zdjęcia z wypadku, jej auto leżało na dachu. A raczej na karoserii bo dachu i przestrzeni pod nim już nie było. Dzień później po tej tragedii kiedy wróciłem do domu po zakupach z koleżanką (Kosmetyki na wigilie klasową, mówiłem o tym wyżej) zadzwonił do mnie przyjaciel z Kalisza który był „tyle” od próby samobójczej. Cóż, chyba godzina siedzenia na słuchawce, uspokajania go, rozmawianie z nim i tak dalej aż w końcu doszedł cały i już spokojny do domu. Stwierdziłem że coś dziwnego się dzieje w moim życiu, wczoraj mi umarła koleżanka a dzisiaj przyjaciel chciał się zabić. „Co raz bliżej święta”. Taa, uwielbiam te swoje chłodne kalkulacje i podchodzenie od tak sobie do sytuacji gdzie podchodzenie do nich od tak sobie jest nie wskazane, w końcu kto z was rozmawiałby sobie od tak o śmierci kogoś z kim się spędziło 9 lat życia? W sumie dla mnie to była tylko znajomość, a tej koleżanki od 3 lat nie widziałem, no ale jednak ją znałem. No i jeszcze późniejsze domowe przygotowania do świąt bożego narodzenia gdzie w środku nocy gdy z mamą dekorowaliśmy pokój to najpierw zepsuła lampki choinkowe a potem zniszczyła (Z moją niewielką późniejszą pomocą) swoją słynną 58 letnią bombkę choinkową. Płacz rodzicielki to dla mnie straszna sprawa, ale ktoś musi ją pocieszać w beznadziejnych sytuacjach. Wtedy wiedziałem że te święta raczej nie będą normalne. No ale mniejsza, na pogrzeb w każdym razie miałem się wybrać, razem z przyjacielem ze starej szkoły. Piątek, po wigilii klasowej trzeba było spoważnieć, i pojechać, paradoksalnie tą perfidną drogą, do kościoła. Pierwszy raz jechałem z nim autem, a że byliśmy spóźnieni (Bo kochana mam wysłała nas jeszcze do Biedronki po parę rzeczy) to jechaliśmy szybko. Z doświadczenia wiem że jak kierowca zasuwa to najgłupszym pomysłem jest głośne protestowanie, serio, jeśli już zasuwa to niech się na tym skupi co by nas nie zabił potem (Jak po powrocie opowiedziałem to bratu to całkiem słusznie nazwał nas kretynami, w końcu spieszyć się na pogrzeb? Chyba swój własny). Nieco spóźnieni, ale że msza żałobna się przeciągnęła to było ok. Na początku staliśmy poza kościołem, cała masa ludzi się zebrała, potem kiedy można było okrążyć ołtarz i pomodlić się do trumny (Swoją drogą już wiem co się znajduje za ołtarzem w kościołach. Nic tam ciekawego nie ma). Potem ulokowaliśmy się pod ścianą w środku gdzie dostrzegałem trochę znajomych twarzy. Długo patrzyłem, to na trumnę, to na jej zdjęcie koło trumny, powoli do mnie dochodziło co ja tu robię, co się stało i tak dalej. Jeszcze przemowa mamy zmarłej koleżanki, słowa księdza który w imieniu zmarłej koleżanki czytał „jej” list z podziękowaniami (W końcu koleżanka odeszła bez pożegnania, w najgorszy możliwy sposób i w najgorszym możliwym okresie), dźwięk orkiestry i tak dalej… A potem już przemarsz konduktu na pobliski cmentarz gdzie widziało się jeszcze więcej znajomych, ceremonia wkładania trumny do grobu i potem już pogawędki ze znajomymi. Rozbitymi znajomymi. Poważnie, bardziej od tej sytuacji przygnębiał mnie widok moich starych znajomych którzy byli tym wszystkim przybici (Co jest dla mnie zrozumiałe, byli z nią bardziej zżyci niż ja z nią). Boli mnie jeszcze jedno, od dawna chciałem się spotkać z nimi jeszcze raz, w naszym gronie. I się spotkaliśmy, tylko w jakich okolicznościach…

To tyle jeśli chodzi o realny świat, pozostaje na koniec jeszcze jedna kwestia.

Właściciele strony na której znajduje się mój blog zrobili mi, i pewnie nie tylko mi, brzydki prezent na święta i ogłosili że zamykają stronę 31 stycznia. Chciałbym powiedzieć że mam plan, ale póki co jeszcze nic rozsądnego nie wymyśliłem (Chociaż był pomysł by wykupić od znajomego informatyka stronę i tam coś stworzyć, ale poszukam prostszej alternatywy). Szczerze mówiąc to mnie też smuci, 2 i pół roku gapienia się w prawie ten sam interfejs (Przeszedł dawno temu zmianę), uczenie się obsługiwania tej strony, dodawanie zdjęć, linków, sam wygląd bloga i tak dalej. Zostanie mi to zabrane, a ja będę musiał raz że ogarnąć stare wpisy by nie przepadły (Można pobrać jakiś tam plik z nimi a potem gdzieś go załadować i powinno być ok ale mam wątpliwości, muszę się jeszcze popytać) i powiedzmy że zagwarantować przyszłość tego bloga.

Tak wiem, cienko z wpisami i wciąż się dziwie że ktoś tu zagląda. Z drugiej strony, w ciągu całego okresu mojego bytowania tyle tekstu z siebie wyplułem że chyba nie muszę dużo pisać, innym chyba starczy to co już napisałem. A może to moje błędne myślenie?

No cóż, w każdym razie życzę wam szampańskiej zabawy w sylwestra, udanego 2018 roku i obyśmy się spotkali jeszcze na tej starej stronie.

Dziękuje wszystkim za czytanie, do zobaczenia wkrótce!

Krótka informacja

Informacja o stanie

Ta wiadomość pojawia się tylko ze względu na to by przypadkiem automat nie usunął mojej strony z powodu nieaktywności.

Wiem że minęło mnóstwo czasu od mojej ostatniej ściany tekstu (A tematów do opisania wciąż przybywa), w miarę możliwości i moich chęci wkrótce coś „sklecę”.

Nie pozostaje mi na ten moment nic innego jak powiedzenie że tej strony nie porzuciłem, po prostu raz jeszcze dopadł mnie brak chęci. Do zobaczenia wkrótce!

Podsumowanie tygodnia

Witajcie!

Kolejny tydzień za mną. Jeszcze jeden a wrócę do żywych jeśli chodzi o „internety” (Znowu się zacznie granie i gadanie ze znajomymi przez komunikator głosowy to sobie może o mnie przypomną :P ). Czym ten tydzień minął?

W poniedziałek po powrocie ze szkoły znalazłem coś na swoim biurku. Wiecie w jakich czasach żyjemy, w jednej chwili możesz powiedzieć komuś z drugiego końca globu żeby spadał na drzewo, albo że zazdrościsz mu ciepłej pogody kiedy u ciebie leje od tygodnia. Co otrzymałem? Dostałem list. Normalną białą papierową kopertę z adresem moim, adresem nadawcy, znaczkiem pocztowym oraz z pieczątką z poczty. Był to list z Kalisza. Co było w środku? Dostałem fizyczne, papierowe zaproszenie na osiemnastkę przyjaciela z Kalisza. Paradoksalnie to był pierwszy list od kogoś znajomego który dostałem w życiu (Listów od mBanku czy szkoły językowej dzięki której jeździłem do Jastrzębiej Góry nie wliczam). Co prawda coś tam dukał że mi wyślę zaproszenie, ale szczerze mówiąc nie spodziewałem się że faktycznie to zrobi. No cóż, dobrze że nie założyłem że czegoś nie zrobi w innych przypadkach. Tak czy siak, w przyszłości szykuje się wpis z wyprawy do jednego z większych miast wielkopolski o którym, na pewno internauci słyszeli (Słynny Karol który chciał zostać Popkiem, raperem, więc pociął sobie twarz by wyglądać jak on, właśnie był z Kalisza).

W tym tygodniu miał też miejsce kolejny wątek ze służbą zdrowia. Skorzystałem z „innego swego rodzaju zaproszenia” na RTG, we wtorek wybrałem się do lekarza żeby się lekko zdziwić że była całkiem duża kolejka do tego samego pomieszczenia co ja, następnie odbyć krótką rozmowę z obecnymi że trzeba się zarejestrować i miła pani powiedziała mi że trzeba wejść do tego pokoju, pokazać pani skierowanie żeby wiedziała że czekam, a kiedy tak postąpiłem to dowiedziałem się że przed badaniem minimum od 3 dni przed powinien brać Espumisan, a dzień przed nie pić nic gazowanego (Później pani mi pokazała że nawet jest stosowna informacja na drzwiach od pokoju). No cóż, to się przeszedłem do tego lekarza. Dodatkowo po zakupie medykamentu w aptece powstało u mnie jedno pytanie. Co by się stało gdyby tak zjeść jeden listek (25 tabletek) Espumisanu. On ma z założenia usuwać „gazy z organizmu”, więc co by się ze mną stało gdybym zażył tyle na raz? Uprzedzam że nie próbowałem (Jeszcze). Ale kto wie, może i to znajdę gdzieś na Youtubie, tak jak ostatnio poradnik jak korzystać z parkingu pod Galerią Katowicką :)

A skoro o wtorku mowa, zaczął się proces „leczenia mojej osoby”. W szkole znowu chodzę do psychologa, był to akurat pierwszy raz w tym roku. Całkiem krótki raz bo kiedy nagle zeszliśmy na strasznie poważne tematy to wbił kolega geodeta pytając się czy można przełożyć moją wizytę na kiedy indziej (W skrócie, koledzy wyhaczyli że skoro pani z geodezji ma okienko kiedy my mamy religie to czemu by za zgodą katechety nie zrobić geodezji na religii i wyjść szybciej do domu? Skończyło się „opieprzem” od vice-dyrektora dla kolegi :P ). Nie mniej jednak podłapaliśmy o czym będziemy mówić na przyszłych spotkaniach. No i jeszcze zajęcia grupowe. W tym roku w nieco mniejszym składzie (Jedna koleżanka stwierdziła że zajęcia jej wystarczająco pomogły, punkt dla niej, no i jedna pani opiekunka spodziewa się młodszego pokolenia, gratulacje dla niej). A tak poza tym, jak to się mówi, „stara bida”.

Na środowym WFie udało mi się zaliczyć lekkawą kontuzje. Zaczęło się niewinnie od rozgrzewki gdzie w trakcie biegu najpierw ja wjechałem koledze „z bara” (Przyznam szczerze że nie pamiętam od czego się to zaczęło) że poleciał w trybuny zahaczając o innego kolegę, a kiedy ja podśmiechiwałem się pod nosem to inny kolega wjechał we mnie z całej pety od tyłu przez co straciłem równowagę, zrobiłem przewrotkę (Obierając sobie boleśnie kolano) a następnie z rozpędu wylądowałem z powrotem na nogach. Wszyscy w śmiech rzecz jasna, w końcu to takie koleżeńskie wybryki. Koniec końców w trakcie biegów coś mi się naciągnęło w prawym udzie przez co każdy ruch nogą był bardzo odczuwalny. No ale co tam, dałem radę stać na bramce w trakcie meczu i kiepsko bronić. Pogorszyłem swój stan jeszcze bardziej następnego dnia kiedy mieliśmy siatkówkę. Pod koniec bolały mnie oba kolana, oba uda i obie łydki, właściwie nie potrafiłem stać, więc po powrocie poza mnóstwem Voltarenu i maści goździkowej na moje nogi zażyłem jeszcze solnej kąpieli dla stóp oraz przez pół godziny biczowałem swoje nogi mocnym strumieniem gorącej wody. W sumie nawet pomogło.

Dodatkowo jeszcze wspomnę że się przebolałem i napisałem do dwóch jeszcze nie tak dawno (Bo tydzień i nawet dwa tygodnie dla jednego i drugiego) bliskich mi osób. No cóż, to na pewno nie jest kontakt taki jak kiedyś, ale to pewnie kwestia do poprawienia (A na pewno poprawi się jak znowu zacznę żyć bardziej w internecie). Przynajmniej taką mam nadzieję.

Nastała sobota. Wspomniałem wyżej w żartach że można powiedzieć komuś z drugiego końca świata że zazdrości się mu pięknej pogody. Ja nie muszę kontaktować się z ludźmi z Japonii czy innej Ameryki, mnie wystarczy pogawędka z „Bydgoszczą” żeby się dowiedzieć że u nich słońce to nie jest nic dawno niespotykanego. A u nas żeby tylko tyle, bo nawet wystawili alerty przeciwpowodziowe. Tak w większym skrócie, ciągle pada.

Tego dnia miał się odbyć długo przeze mnie oczekiwany dzień otwarty zajezdni tramwajowej w Gliwicach. Miało to być o tyle wyjątkowe że to pierwsza zajezdnia od której zacząłem swoje chodzenie na dni otwarte (Czyli w tej byłem już drugi raz). Aura nie sprzyjała, jak rano wyszedłem z psem na 20 minut to byłem przemoczony do suchej nitki. Stwierdziłem jednak że nic nie popsuje mi planu dnia i z deszczem czy bez niego do Gliwic pojadę. Początkowo miałem zamiar pojechać liniowymi kursami tramwaju i autobusu, oraz ewentualnie wrócić kursem wariantowym tramwajowej linii specjalnej (Dlatego zaopatrzyłem się w aż dwa godzinne bilety, drugi na wszelki wypadek), w planach miałem spędzić tam praktycznie cały dzień. Jednak w trakcie oczekiwania na pierwszy tramwaj zjawił się pociąg specjalny (którego się spodziewałem). Z racji tego że jednak zatrzymywał się na przystankach i „zgarniał ludzi” to jednak wykosztowałem się raczej nie potrzebnie. Będzie na przyszłość. W trakcie podróży widziałem że ktoś mi się przygląda i szczerze mówiąc na początku ta osoba nie wydawała mi się znajoma (Jednak to było na tyle podejrzane że zacząłem pytać się tramwajowych kolegów czy może któryś ich znajomy właśnie jedzie moim tramwajem). Po drodze dosiadł się już znany mi tramwajowy znajomy z którym dopiero się przywitałem na zajezdni (Bo nie wiedziałem czy mnie poznał więc wolałem się nie ujawniać). W trakcie zmiany kierunku jazdy w Zabrzu (Jechałem tramwajem dwukierunkowym) podejrzany kolega się dosiadł i już wiedziałem kto to jest. Okazało się że to znajomy ze starej szkoły, dwie klasy niżej. Ucięła nam się dłuższa pogawędka gdzie porozmawialiśmy trochę o szkole, o starych dziejach no i co on tu u diabła robił, w końcu sam nie był tego do końca pewien bo tramwajami się nie interesuje aż tak (Ale stwierdził że jak zobaczył ulotkę w tramwaju to go to zainteresowało to pojechał, docelowo miał być z jeszcze innym kolegą ale coś nie wyszło). Rozdzieliliśmy się na zajezdni gdzie przyłączyłem się do, bardziej tramwajowych znajomych. Potem już wszystko opierało się na chodzeniu po terenie i podawanie sobie ręki lub graby kolejnym co nuż spotkanym znajomym twarzom, a było ich sporo. Powiedziałbym że z roku na rok co raz więcej jest tych znajomych twarzy. W planach miałem jeszcze spotkanie się z paroma osobami, niestety coś poszło nie tak (A szkoda bo w trakcie imprezy minęliśmy się ze dwa razy, raz nawet świadomie. Ale do pogawędki nie doszło, żałuje tego).

W skrócie wyszło na to że chodziłem po całym terenie w nie małym deszczu, mój kaptur nasiąkał co raz to większą ilością wody i obawiałem się że mój telefon jednak okaże się mniej wodoodporny niż zakładałem (Poza tym korzystanie z dotykowego ekranu w trakcie deszczu to tak właściwie proszenie się o kłopoty, albo o nerwy kiedy dotknięcie ekranu nie skutkuje zamierzonym efektem w telefonie). Osobiście jestem zadowolony. Cyknąłem dużo zdjęć, zamieniłem słowo z wieloma osobami, większej ilości podałem rękę. Nawet jednego motorowego poznałem z którym tam kiedyś miałem „zatarg” w internetach. Ale tak to fajny gościu. Ja chyba jednak też :D Jak mówiłem, cyknąłem trochę dużo zdjęć.

No i dodatkowo zdjęcie wehikułu którym raz przejechałem się do pętli w Zabrzu Zaborzu.

 

No cóż, po powrocie tą maszyną na zajezdnie niestety musiałem opuścić imprezę. Chociaż planowałem być tam cały dzień to brat wpadł na pomysł by pojechać do ojca na obiad (W końcu sobota). Cały przemoczony wsiadłem do auta którym zajechaliśmy do niego, ja wyschnąłem i zjadłem wszystko co mi podano (Byłem dość głodny swoją drogą bo jedyne w co się zaopatrzyłem to dwa litry Muszyny z Biedronki, jak usłyszałem o obiedzie to stwierdziłem że nie będę wydawał pieniędzy na jedzenie na terenie zajezdni). Po obiadku potem do domu. Nogi dawały we znaki, ale warto było. Niczego nie żałuje.

A niedziela (W ramach kronikarskiego obowiązku), też padało. W sumie poza tym że jakiś dzieciak na rowerze był pretendentem do rozjechania mnie i psa (Bo smarkacz zapierdzielał rowerem pod prąd, cieszę się że mam ograniczone zaufanie do polskich kierowców i patrzę się zawsze w obie strony przy przechodzeniu przez jednokierunkową, zwłaszcza że roweru nie słychać), to nic ciekawszego się nie wydarzyło. W gruncie rzeczy nie miało kiedy się wydarzyć bo głównie siedziałem przed telewizorem i oglądałem bajki (Samoloty dzisiaj leciały na Polsacie :P ).

Na dzisiaj tyle. Dziękuje wszystkim za czytanie, do zobaczenia wkrótce!

Podsumowanie tygodnia

Witajcie!

Prawdę powiedziawszy miałem nadzieję że wpis napiszę po powrocie z dni NATO, pech chciał że „zdarzenia losowe” nie pozwoliły nam się tam wybrać. Po części żałuje, w zeszłym roku było w końcu całkiem fajnie. Jednak patrząc na weekendową pogodę za oknem (Leje jak diabli) może jednak dobrze że zostaliśmy w domu? No i z drugiej strony, chociaż nie pojechałem do tej Ostravy na te dni, to nie mogę narzekać że nic się nie działo w tym tygodniu.

Pierwsze takie większe wydarzenie miało miejsce we wtorek. Kolejny GeoCaching w naszej szkole. W zeszłym roku o tym, jak dobrze pamiętam, wspominałem i pisałem że nie brałem w tym udziału bo nie miałem ochoty pracować z ludźmi (Jakoś tak o to szło).W tym roku zdecydowałem wziąć się w garść i się zgłosiłem do pomocy. Tak jak dzień wcześniej pomagałem przygotować dwie sale tak następnego już siedziałem tylko w jednej, znajdującej się w podziemiach szkoły (Powiedzmy że w podziemiach, bowiem szkoła znajduje się w zagłębieniu, więc szyby są tylko niewiele z nich widać bo potem są skarpy). Do czego zostałem przydzielony? W naszym pomieszczeniu zostały umieszczone dwie konkurencje. Bieg z łatą po wyznaczonej trasie między tyczkami oraz zwijanie taśmy na czas (Po sąsiedzku, konkurencje przedzielone rzędem ławek). Zadanie na dziś, zarządzanie grupami, informowanie że potrzebuje do swojej konkurencji 2 osoby, do konkurencji obok jest potrzebna jedna, instruowanie „chętnych”, mierzenie czasu i tak dalej. Wątpliwości naszły mnie dopiero chwile przed wydarzeniem, ale ostatecznie podołałem. Podołali także uczestniczy którzy bez większych problemów przebiegli całą trasę. Tylko paru zespołom zdarzyło się pomylić trasę i tylko jeden zespół widowiskowo wywrócił się na pierwszym łuku taranując rząd ławek z których pospadały krzesła. Widowisko wraz z trzaskiem krzeseł i ławek całkiem niezłe. Dopowiem tylko że chłopaki osiągnęli najgorszy czas ze wszystkich :P Ja przez kilka godzin czułem że mam władze, nawet fajnie było. Po wyproszeniu wszystkich uczestników i po ogłoszeniu wyników tego dnia jedyne co jeszcze zostało to zrobienie szybkiej imprezy urodzinowej dla naszej kochanej pani z geodezji. Dostała od nas tort z cukrowym tachimetrem, torbą Louisa Viuttona i cukrową wersją jej samej. Ja sobie lekko zdarłem gardło od śpiewania sto lat :D

Dnia następnego pierwszy raz w życiu miałem okazje sprawdzić się w pchnięciu kulą. Nasza nowa pani z WFu pokazała nam jak to się robi, a potem już pchaliśmy na ocenę. Pchnąłem trzeci wynik w naszej klasie (8 metrów). Potem jeszcze bieg na 100 metrów który wykonałem tak fatalnie że dostałem prawie najgorszą ocenę (Jestem pewien że gdybym biegł na przystanek na którym stoi mój tramwaj osiągnąłbym lepszy wynik). No cóż, nie można być dobrym ze wszystkiego. A propo tramwajów, tej nocy wyszło na to że jedna z osób ze świata tramwajowego którą znam z robienia mnóstwa zdjęć ma Aspergera. Rozmowa na ten temat wyszła z tego że zacząłem się zastanawiać skąd zna osobę która mocno się udziela w „społeczności osób” skupiająca się przy ZA i przy autyzmie (Innymi słowy, skąd zna wspólnego znajomego że tak powiem). Reszta wyszła, że tak powiem, sama :)

Następnego dnia kojarzę bardzo fajną rozgrywkę w siatkówkę, szkoda że była tylko jedna godzina. No i oficjalnie potwierdzone że w piątek mieliśmy jechać na wycieczkę do Uniwersytetu Śląskiego. Na początku obudził się we mnie podróżnik, odjazdy tramwajów, informowanie reszty o której będzie ten tramwaj tu tu i tu. Aż doszło do momentu kiedy sobie gadaliśmy z tą koleżanką co z nią często wracam ze szkoły i wypaliła że najchętniej by pojechała samochodem ale by się zgubiła. Zaraz chwila… Od wielu lat jestem pilotem w swojej rodzinie, w Katowicach byłem wiele razy, jakiś tam kręgosłup komunikacyjny (Niekoniecznie sieci tramwajowej) znam. Zasugerowałem że moglibyśmy razem się przejechać, ja jej będę mówił jak jechać i „będzie fajnie”. Trochę nad tym myśleliśmy ale stwierdziliśmy że ok, raz się żyje. Świetnie, ja pierwsze co zacząłem robić po powrocie do domu to rzecz jasna OpenStreetMap, Google Maps do określenia orientacyjnego czasu przejazdu, Google Street View co by to sobie przypomnieć układ pasów ruchu i tak dalej. Przewidywanie ile zajmie przejazd w konkretnych miejscach (Może i w Katowicach w ciągu ostatnich lat siatka dróg się zwiększyła, ale nadal tonie w korkach w szczycie), ile zajmie krążenie po parkingu, wyjście z podziemnego parkingu i dojście na przystanek tramwajowy na który zajechać ma pani z geografii i reszta klasy. Plan ambitny, był tak świetny że gdyby wszystko poszło nie tak to zostało by jeszcze trochę rezerwy. Przystała pora by pochwalić się domownikom o moich planach. Dwie na trzy osoby stwierdziły że mam tego nie robić, że to się źle skończy (Koleżanka prawko ma może od kwietnia ale jakoś mnie to nie zniechęcało, a może powinno?). W każdym razie pozostałem przy swoich planach do końca. Nie mniej jednak miałem drobne wątpliwości z podziemnym parkingiem w Katowicach. Korzystałem z niego kilka razy. Za każdym razem go tylko opuszczając i wchodząc do niego zawsze od strony Dworca PKP. Nigdy do niego nie wjeżdżałem ani z niego nie wychodziłem więc miałem największe obawy właśnie w tym punkcie wycieczki. Zacząłem więc szukać informacji po internecie, głównie po Youtubie. Tym samym potwierdziłem że w internecie można znaleźć właściwie wszystko. Znalazłem poradnik jak skorzystać z tego parkingu, zdradzę że się przydał i nie dał mi żadnych wątpliwości dnia następnego :) Oto on:

Cieszy mnie wciąż fakt że komuś się chciało taki poradnik nagrać, ja tylko na tym skorzystałem :)

Dnia następnego plany weszły w życie. Koleżanka koło 7:40 podjechała do mnie swoją czerwoną strzałą marki Daewoo Matiz. Plan był taki by wyjechać o 7:30, przez 30 minut jechać do Katowic (Pamiętając o korkach w centrum), przez 15 kręcić się po terenie parkingu (Rzekomy brak miejsc jak nas ostrzegano) i jakieś 10 minut na wyjście z budynku. Czyli w sumie czekać na przystanku o 8:25 na tramwaj który miał być o 8:35. Wyjechaliśmy o tej 7:40 ok, pierwsze na co natrafiliśmy to na niewielki zator w centrum wszechświata (Chebzie Pętla, konkretniej odcinek między Pawłem, czyli okolicą skrzyżowania z ulicą Pawła do ronda znajdującym się przy pętli Chebzie Pętla, w Rudzie Śląskiej), sam przejazd DTŚką przeszedł bez większych problemów. Dla mnie problem był niewielki. Niewielki samochód :D Jestem przyzwyczajony do swojego Chevroleta Uplandera który ma miejsca wokół mnie tyle, i (Co się przyda później) ma taką długą maskę i jest taka odległość między kolanami a początkiem auta. Matiz że mały to maska się kończy, pół żartem pół serio, przy kolanach. A że koleżanka jeździ trochę mniej niż przepisy pozwalają to ciężarówki nas wyprzedzały (Bałem się że nas zdmuchną). Dojechaliśmy do Katowic w orientacyjnie zaplanowanym czasie. Lekki zator w okolicy dworca który był do przewidzenia. No a potem wjazd na parking. Tu jednak byłem trochę spokojny, bo widziałem dzień wcześniej poradnik w końcu. Jednak jak koleżanka skręcała swoim wozidłem całe ciało błagało mnie bym powiedział by zwolniła (Może i zaufałem na tyle by wsiąść ale miałem obawy że w coś przytrze na tych ciasnych zakrętach, przyzwyczajenie do wielkiego auta i do jego rozmiarów, sama koleżanka bardzo dobrze swój pojazd czuła więc zmartwienia bezzasadne że tak powiem). Bilet wzięty, zaparkowaliśmy szybko (Bo miejsca było dużo, pewnie dlatego że piątek i 8 rano, galeria Katowicka nie była w pełni otwarta), martwiłem się o wyjście bo wychodziliśmy w jakimś dziwnym miejscu, ale na czuja przez podziemny dworzec autobusowy się wydostaliśmy. Na przystanek doszliśmy gdzieś ok 8:15, z całkiem dużym wyprzedzeniem, i te 10 minut przed moim planowym przyjściem. Po prostu poszło nam „zbyt sprawnie”. W międzyczasie przybyło parę osób które nie chciały się kulać tramwajem i wybrały osiemsety (Linie autobusowe 8xx w GOP to autobusy przyspieszone). Przybył tramwaj z panią i resztą klasy. Z buta na UŚ i potem do sali wykładowej.

O czym był wykład? Zgodnie z zapowiedzią prowadzących był to gabinet Kardiologa, potem Pulmonologa a następnie Neurologa. Prowadzący nam opowiadali o ludzkim ciele, organizmie, narządach i tak dalej. Ciekawostką dla mnie była liczba „eksperymentów na ludziach”, osoby chętne mogły przyjść i na sobie pokazać działanie urządzenia mierzącego wielkość płuc, że przy oddychaniu tym samym powietrzem ilość tlenu z tego powietrza wciąż ubywa, że nasz mózg pracuje i tak dalej. Może same tematy wykładów nie były pociągające, za to pociągające były te eksperymenty na kolegach i koleżankach :D No, nie widzi się tego na co dzień w końcu. Wykład się skończył po 2 godzinach, potem większość osób poszła coś „opchnąć” do Galerii Katowickiej. W tym ja ze swoją koleżanką :) Nigdy w tej galerii nie byłem więc najpierw szliśmy za kolegami do jakiegoś miejsca gdzie coś można było zjeść. Trafiliśmy na Burger Kinga. Aczkolwiek osobiście wolałbym McDonalda. Nie, nie ze względu na jedzenie, po prostu tam kupowałem nie raz, wiem co można kupić, czego się spodziewać i tak dalej. A tak to byłem zielony. Wybraliśmy, a raczej ja na ślepo wybrałem jakieś burgery z ulotki które dostaliśmy na wejściu, z jakimiś frytkami, dostaliśmy co zamówiliśmy i usiedliśmy sobie razem przy pierwszym lepszym stoliku gdzie spożyliśmy posiłek i trochę pogadaliśmy. Jak na gentelmana przystało posiłek jej opłaciłem, z czego jestem dumny. Tak samo parking też poszedł na mój koszt (No przecież nie będzie mojego tyłka wozić „za frajer” jak to mawiają niektórzy moi znajomi). Potem tylko znaleźć auto na, już zapełnionym po brzegi, parkingu pod galerią i wyjazd z galerii. Oczywiście po uprzednim opłaceniu biletu, co też poszło sprawnie (Dzięki poradnikowi :D ). Chociaż sam wyjazd był lekkim problemem (Moc Matiza pod stromy podjazd :D ) to poszło też całkiem sprawie, razem z wydostaniem się na DTŚkę. Była nawet okazja by w korku otworzyć okno i zobaczyć jak bardzo mój łokieć wystaje z auta. Naszła mnie myśl by zrobić jak Fred Flinstone, samochód pod pachę i jedziemy. Będąc już na jezdni DTŚ doznałem lekkiego zawału. Powiedziałem koleżance by zmieniła pas na lewy i dokładnie w momencie kiedy to powiedziałem zaczęła zmieniać. Wtedy kątem oka zobaczyłem że wyprzeda nas Ford Fiesta i już wiedziałem że zahaczymy przodem o niego, przytrzemy, co ja zrobiłem i tak dalej. Na ten wniosek nasunęło się to że wykonała to co jej powiedziałem od razu (Jakby bez pomyślunku co robi) oraz przyzwyczajenie do mojego auta (Dużo maski z przodu, zrobić taki manewr moim Chevroletem to gościa byśmy z drogi zepchnęli). Koleżanka rzekomo gościa widziała i wiedziała co robi. No cóż, pozostaje mi tylko wierzyć na słowo honoru, bo w tamtym momencie serce mi na jezdnie chciało wypaść przez otwarte okno…

Dojechaliśmy do mnie pod dom bezpiecznie i bez pośpiechu. Pożegnaliśmy się i tyle z tej historii. Później tego samego dnia wybrałem się jeszcze sam do lekarza. Powodem mojej wizyty jest podejrzenie cysty na kości ogonowej. Pamiętacie historie z początku roku jak odwiedzałem brata w szpitalu? On tam leżał właśnie z tego powodu, i powstało ryzyko że mogę skończyć tak samo… Polskiej służby zdrowia nadal nie do końca ogarniam, dlatego najpierw poszedłem do rejestracji, gdzie jakoś pani mi wytłumaczyła żebym się spytał lekarza czy mogę się zarejestrować a potem po zgodzie którą dostałem po niepewnej wymianie zdań z mojej strony dopiero się do tej pani poszedłem zarejestrować żeby potem przyjść do niej z powrotem. Pani mnie zbadała, powiedziałem to co mi mówili (W domu) bym powiedział, odpowiadałem grzecznie na pytania i tak dalej. Poinstruowali mnie w domu że miałem poprosić o skierowanie do chirurga. Dostałem na pracownie RTG. Dobre i to, wychodzi na to że w „wolnej chwili” muszę tam się wybrać. Obawiam się tylko że okaże się że będę musiał także leżeć w szpitalu i tez będę miał takie jazdy jak brat. Nie wiem czy mogę, dlatego pominę niepocieszających opowieści o byciu pacjentem w szpitalu. Pewnie nie w każdym tak jest po prostu, u mnie w mieście tylko jest tak że jak przyjdziesz zdrowy do miejscowego górniczego szpitala to wrócisz z gruźlicą albo inną przewlekłą chorobą. Takie chodzą plotki przynajmniej.

A weekend? No cóż, planowałem być w sobotę w Ostravie. Tylko jak napisałem na początku coś poszło nie tak. No ale nie narzekam, tydzień minął całkiem przyjemnie, nawet jest o czym opowiedzieć ;) Mam tylko nadzieję że trochę pogoda się poprawi, ten deszcz jest bardziej przygnębiający od niejednej piosenki.

Mogę jeszcze raz wspomnieć o swoim eksperymencie. Odczuwam że mniej osób ze mną pisało w tym tygodniu. Jak ja to interpretuje? Że osoby które przestały do mnie pisać po prostu mnie lubią, ale na tyle mało znaczę w ich życiu że nie widzą mojego braku. Zastanawiam się jak do tego mam się odnieść, znowu to ja muszę przełamać „pierwsze lody” czy po prostu czekać aż zauważą oni sami że coś tu jest nie halo skoro ktoś kto im był w stanie truć tyłek codziennie nagle milczy? Kwestia z mojej strony do przemyślenia. No bo z jednej strony zależy mi na kontakcie z tymi osobami, a z drugiej chciałbym żeby tym osobom zależało na tym kontakcie tak samo jak mi, albo chociaż trochę mniej. A tak to co. Szczególnie że ja lubię te osoby, one pewnie o tym wiedzą bo mówiłem im o tym nie raz przecież. Nic poza głośnym ech nie przychodzi mi do głowy na ten moment.

No i jeszcze na koniec kwestia lekko organizacyjna. Może ktoś zauważył że spam w komentarzach znowu się nasilił. Przymierzam się do tego by pójść w tej sprawie na policje. Aktualnie zbieram coś a’la materiał dowodowy. Mam rzecz jasna swoje podejrzenie a propo autora tego nieśmiesznego od lutego br. żartu, niestety nie znalazłem jeszcze nigdzie wzmianki by on otwarcie powiedział że to on i już, pomijam że o tej osobie i tak niewiele wiem (Imię, nazwisko, miasto zamieszkania, że ma jakiś związek ze strażą pożarną), dlatego się jeszcze zastanawiam z czym tam pójść i co powiedzieć. No i jeszcze moja własna niepewność czy to na pewno on. Nie mniej jednak stwierdziłem że pora coś z tym zrobić, to nie może trwać wiecznie, prawda?

Na dzisiaj myślę że starczy. Rzecz jasna przestrzegam przed klikaniem w te linki które kryją się pod nazwą autora komentarza.

Podziękowania dla przyjaciela z Kalisza za iście upierdliwie dokładną korektę tego wpisu. Mam nadzieję że wyłapał wszystkie braki „do” i tak dalej.

Dziękuje wszystkim za czytanie, do zobaczenia wkrótce!

Podsumowanie ostatniego czasu

Witajcie!

Pierwszy tydzień szkoły odhaczony jak i pierwszy weekend w roku szkolnym. Co mogę powiedzieć tak w skrócie? Dość szybko się zaaklimatyzowałem. Właściwie jakbym już chodził od kilku miesięcy do szkoły i nie nastąpiła żadna zmiana w trybie życia. Nawet pojawiły się lekkie docinki ze strony tej koleżanki co lubi nie lubi lubi nie lubi (Chociaż za bardzo nie ma okazji do docinek), więc wszystko jest po staremu.

Poznałem nowego nauczyciela od lekcji zawodowych. Była to żona mojego poprzedniego nauczyciela z Terenowych Ćwiczeń Geodezyjnych, mama dziecka, którym swoją drogą przez chwilę się zajmowałem, nieco ponad rok temu, w czerwcu w trakcie przygotowywania egzaminu zawodowego dla ex klasy czwartej (Ciekawe czy ona o tym pamięta). Słyszałem o niej wiele, głównie że jest straszna i przerażająca. No i że jeśli będę się zachowywał tak jak mam w naturze (Czyli moje nieproszone komentarze, mniej lub bardziej śmieszne i inne takie) to to się źle skończy i w ogóle będzie masakra. Ja nie narzekam, pani z góry powiedział czego u nas nie chce widzieć (Komórek na lekcjach np), ja też daje od siebie trochę np komentując nieco mniej niż np przy innych nauczycielach. Na ten moment uważam że nie jest wcale tak źle, zobaczymy co będzie w przyszłości.

Trochę też buszowałem po sieci. Może ktoś z użytkowników Facebooka słyszał o stronie Anonimowe Wyznania? Jak kiedyś wspomniałem jedno moje wyznanie już tam trafiło, jednak ostatnio skupiłem się na sekcji komentarzy. Doszło do mnie że to całkiem dobre miejsce na podzielenie się jakąś sensowną, bezsensowną informacją z dużym gronem odbiorców przy całkiem niewielkim wysiłku. Na tym rodzaju przekazu skupiłem się akurat w trakcie trwania meczu Polska – Kazachstan gdzie postanowiłem podzielić się informacjami, w miarę na bieżąco, z meczu. Powiedzmy że żyłem chwilą. Chyba ze dwa komentarze pod dwoma różnymi wyznaniami napisałem, pierwszy wielkiej popularności nie zdobył, za to drugi całkiem niezłą.

Dopiero dnia następnego dopadła mnie kara za to że śmiałem napisać coś „nie związanego z tematem wyznania”. Pierwszy komentarz wraz z odpowiedziami do niego gdzie uczepiła się mnie jakaś tam osoba (Kliknij w obrazek aby zobaczyć je w większym rozmiarze na stronie hostującej).

 

Standardowo jak mam w zwyczaju powiem że wiem że mogłem to zagrać lepiej albo że mogłem już na samym początku odpuścić. Czy w tym przypadku coś zrobiłem źle? Ja może po prostu opiszę swój punkt widzenia, np dlaczego nie widzę w tym nic złego. Na anonimowych siedzę nie od dzisiaj i przynajmniej kilka razy na dzień popularność zdobywa komentarz który ma tyle związanego z powyższym wpisem co nic. Dlaczego więc akurat mnie ta osoba się uczepiła? Czemu jej nie widziałem pod, najlepiej każdym takim komentarzem? No i już pomijam samo meritum sprawy, do dzisiaj nie rozumiem osób które, chociaż temu zaprzeczają, uważają siebie za zbawicieli świata i myślę że też lepszych od innych. W końcu jak inaczej mogę nazwać osobę która na wstępie porównuje mnie do dzieci a następnie poziom wyżej bo do gimnazjum. No i jeszcze tekst o tym że nikt w internecie nie jest anonimowy. Jak na kogoś kto był w stanie wykonać parę kliknięć i wejść na mój profil zastanawiam się jak kiepskie musiało to byś rozeznanie się w mojej osobowości, skoro po samych zdjęciach stwierdza kim ja jestem (Już pomijam że profil mam uzupełniony całkiem nieźle więc nie trudno znaleźć informacje np o moim aktualnym poziomie edukacji). No i jeszcze komentarz o zdjęciach. Zajrzałem też z ciekawości na jej profil, ale że mnie naprawdę nie interesowało kto to jest to skupiłem się tylko na jej profilowym gdzie ma twarz stylizowaną na jakiegoś wampira czy coś (Biało szary kolor twarzy z mnóstwem czarnego wokół oczu, jakoś tak bo nie chce mi się ponownie tam wchodzić). Czy to coś dziwnego że na podstawie tego nie jestem w stanie racjonalnie stwierdzić do której ona klasy chodzi, czy w ogóle się oczy i kim ona jest? Jak widać innym to starczy. Czy taka postawa jest dobra? W moim mniemaniu jest, bo chociaż jak każdy inny oceniam też czasami ludzi powierzchownie (Tak na pierwszy rzut oka po prostu) to staram się skupiać na tym co ta osoba robi i mówi. Może to coś nienormalnego w dzisiejszym świecie?

W drugiej dyskusji nie brałem już udziału. Napisałem po prostu moje podsumowanie meczu (W moim stylu, kiepsko śmiesznym). A potem po prostu patrzyłem co się dzieje niżej w komentarzach. (Kliknij w obrazek aby zobaczyć je w większym rozmiarze na stronie hostującej).

 

Poza komentarzami dotyczącego tego że nikogo to nie obchodzi i że piszę nie na temat, zaczęła się robić gównoburza. A zaczęło się od tego że jakaś dziewczyna w trakcie swojej edukacyjnej wypowiedzi dlaczego mój komentarz jest żałosny napisała zdanie „or smartphone” (Andżelika z Włatców Móch, czy to ty?). Reszta poszła sama z siebie, czyli kto jest bardziej żałosny i tak dalej. Wszystko zwieńczone postem koleżanki (Wesoła parka z Warszawy) czy fejm się zgadza. Ja w każdym razie sobie chyba daruje pisanie takich relacji na anonimowych. Już wiem że nie warto. Niech inni to robią, znając moje szczęście, innego nie zgnoją.

Co jeszcze u mnie słychać, stwierdziłem od ostatniego wpisu że przestaje pisać do znajomych z własnej woli i zobaczymy kto czegoś będzie ode mnie potrzebował lub będzie chciał sprawdzić czy żyje. Mówiąc w skrócie, mechanizm „Jak będzie chciała to napisze sama” stosowany u mnie w przypadku tej koleżanki z Warszawy został zastosowany do prawie wszystkich (Pominąłem przyjaciela z Kalisza i tego z Bydgoszczy bo u nich urwać kontakt to tak ciężko trochę). Mój mały eksperyment na dzień dzisiejszy dał przynajmniej jeden ciekawy rezultat, bo pierwszy z osób o których myślałem (Mówię oczywiście o internetowych znajomych) był kolega któremu nie pasowało to że za dużo gadam na komunikatorze głosowym (Widać że odkąd mnie tam nie ma i nie musi mnie słuchać to już bardziej mnie lubi :P ). Podejrzewam że w głównej mierze było to dla jaj czy coś podobnego, ale i tak zapunktował. Poza nim jeszcze kilka osób się odezwało, jedna nawet chciała ode mnie pomocy (Z racji braku dostępu do kompa nie miałem jak pomóc). Zasmucił mnie brak odzewu ze strony kolegi który robi na stacji benzynowej. A szkoda bo po części to na niego w głównej mierze liczyłem.

To może zejdę teraz na trochę rzadkie tematy. Nie, nie będę mówił o tym co każdemu człowiekowi nie jest obce. Z racji powiększonego zasobu wolnego czasu spowodowanego karą na komputer jakoś się stało że zacząłem oglądać japońskie animacje (Anime). Zaczęło się od tego że brat dla jaj mi podesłał jakiś zboczony serial który tylko z czystej ciekawości obejrzałem do końca. Ale nasunęło mi to pewną myśl. Przypomniałem sobie o pewnym koledze ze świata ETSa który przecież interesuje się Anime i tak dalej. Napisałem do niego czy może mi podać tytuły seriali które są warte obejrzenia i tak dalej. Dał tam kilka tytułów, na dzień dzisiejszy obejrzałem jeden. Żeby jeszcze skorzystać na tym jeszcze bardziej wszystko obejrzane po japońsku z angielskimi napisami, jeśli czegoś nie rozumiałem w treści to pytałem się wujka googla, jeśli w fabule to pytałem się kolegi (Nieźle się ustawiłem). Z anime miałem już jakiś kontakt jak byłem mały (Kiedy w telewizji puszczali normalne bajki a Pokemony nie były aż tak rozbudowane), więc teoretycznie wiedziałem czego się spodziewać. Sam serial składający się z 12 odcinków plus film pełnometrażowy (A jak skończy mi się kara to pewnie obadam karcianego RPG na podstawie którego serial i film zostały stworzone). Nie będę mówił tytułu bo pewnie mało który mój czytelnik chciałby to zobaczyć, dzieciom się chyba tego też nie puści. Aczkolwiek jeśli ktoś poprosi w komentarzach o tytuł to mogę go podać bez problemów. W każdym razie, z kolegą trochę gadaliśmy na temat serialu, ten dodatkowo wytłumaczył mi kilka rzeczy a propo anime i tej popkultury, pokazał mi animowaną japońską gwiazdę pop (Rzekomo bardzo popularna, po filmikach z YT nie mam wątpliwości), wtajemniczył mnie też w sfery które niekoniecznie powinny ujrzeć światło dzienne.

Powiem tak, generalnie od dawna zastanawiałem się nad tym rodzajem animacji i ogólnie nad tą całą popkulturą, już pomijam o wielbieniu tego. Zawsze wniosek ten sam że to faktycznie musi mieć w sobie coś że to tak bardzo się podoba. Teraz przeżyłem to na własnej skórze, i nie wiem czemu ale już chyba wiem czemu to się tak bardzo podoba. I szkoda że nie umiem tego wytłumaczyć, nie wiem czy to chodzi o to jak są kreowane te postacie (osobowość), jak są rysowane i tak dalej. No coś w tym jest po prostu. A ja się głupi dziwie czemu ludzie do mnie nie piszą. W sumie już ich chyba nie potrzebuje skoro mam anime, już mogę być szczęśliwy ze swoimi bajkami :D Nie no żart, mam nadzieję że tak nie skończę (Ale kto wie).

Hmm, czy mogę o czymś jeszcze powiedzieć… Sprawdziłem dzisiaj jeszcze raz mój uchwyt na telefon w trakcie wyprawy do ojca, myślę że materiał jaki nagrałem mogę spokojnie wrzucać do sieci, niech internet wie że nowa jakość moich kiepskich filmów nadchodzi. Brakuje jeszcze okazji by wykorzystać go bardziej w boju (Myślałem o całym odcinku DK88 z Bytomia do Strzelec Opolskich i z powrotem, w końcu nie ma żadnych materiałów z DK88 do Strzelec więc wbiłbym się w pewnego rodzaju niszę, no ale nie ma nic do załatwienia w Strzelcach :D ).

No i na koniec. Czy ktoś może zauważył że w sekcji komentarzy w czwartek wieczorem zaczęła spamować jakaś Zakochana? Nikt tego nie zauważył? Mam nadzieję, w każdym razie kochany przyjaciel z Kalisza postanowił mnie zrobić całkiem nieźle w konia. I nic że w trakcie prowadzenia rozmowy kolega namierzył adres IP komentującego że było to pisane z Kalisza, ja i tak niczego się nie domyśliłem… Normalnie bym o tym nie wspomniał, jemu na tym zależało żebym się tym pochwalił. Więc wiedzcie moi drodzy, że mnie nie pierwszy zrobił sobie ze mnie jaja…

No i tyle na dzisiaj. Dziękuje wszystkim za czytanie, do zobaczenia wkrótce!

Podsumowanie ostatnich trzech dni

Witajcie!

Tym razem jest faktycznie po rozpoczęciu roku szkolnego więc znowu przyda się coś „skrobnąć”.

Na początek trochu się cofniemy, jeszcze do wakacji (Które do godziny 23:59 dnia dzisiejszego będą jeszcze w miarę aktualne, potem rozpoczyna się rzeźnia). Generalnie noc w trakcie której opublikowałem wpis została przeze mnie zarwana. Bowiem nastała się okazja do tego by stestować mój zestaw do nagrywania dróg. Co prawda niezbyt przychylna, bo o 4:30 mieliśmy wyjechać i zabrać znajomego na lotnisko. Że to nie lipiec to o tej porze jest wciąż ciemno jak diabli. No ale co mi tam, przecież lubię jeździć autem, a i tak coś nagram, przynajmniej dla zasady żebym ja sprawdził jak się to sprawdza. Na lotnisko dojechaliśmy bez pośpiechu coś koło 5. Co ciekawe, na bramkach wjazdowych była nawet niewielka kolejeczka (Oraz dwa auta które pomyliły bramki i zrobiły mały harmider w ruchu). Kolega odstawiony na samolot do Niemiec, ja zmieniłem fotel z tylnego zza kierowcy na przedni dla pasażera, wyruszyliśmy w drogę powrotną. Niewielka kolejka na wyjeździe z lotniska, a za szlabanem oczom nam się ukazał długi sznur samochodów czekających na wjazd… Można wręcz powiedzieć że przyjechaliśmy w porę, przed takim tłokiem :) Nagrywanie włączyłem, muzykę włączył brat i zacząłem się cieszyć chwilą. Trochę po 5 a ja wpatrzony w wbrew pozorom jaśniejące niebo i ciemne otoczenie. Dojechaliśmy do domu kiedy było już w miarę jasno (Okolice 5:40), a ja z racji całkiem dobrego nastawienia do życia skoczyłem jeszcze po bułki oraz z psem kiedy było już całkiem jasno, a nawet jeszcze światła nie działały (Trochę przed 6). Widok budzącego się do życia świata zawsze mnie zachwycał, jest jasno ale na ulicach właściwie wciąż nikogo nie ma. Jakie to piękne. Aż nawet zdjęcie tramwaju rano zrobiłem :P Wyszło kiepskie ale zawsze coś.

Z racji tego że stałem się głównie nietoperzem to kolejną noc też przesiedziałem. Różnica polegała na tym że wtedy mi zależało żeby wytrzymać o 4:30 a sen morzył niemiłosiernie. Nocy następnej nie miałem w planach nie przespać, tak jakoś wyszło że prawie całą noc przegadałem z moim dobrym kolegą który akurat robi o tej porze na stacji benzynowej. Ta noc była jednak trochę inna bo zamiast zwyczajnej rozmowy powstrzymującej kolegę od zanudzenia się na amen tak jakoś wyszło że zaczęliśmy rozmawiać na całkiem poważne tematy, między innymi o mojej dysfunkcji. Chyba mu się bardzo nudziło w pracy tej nocy :P

Chyba o tym jeszcze nigdy nie wspominałem, ale od dawna uważam że osoby z konkretnym charakterem (Np w stosunku do mnie czy takim ogólnym dla wszystkich) nie bez powodu mają takie a nie inne imiona. Serio, myślę że to nie przypadek że np prawie wszystkie osoby z takim samym imieniem które znam są lub były mi bliskie przez jakiś czas lub większość z innym imieniem to są osoby które potrafią słuchać i dodać coś od siebie. Żeńskich imion też to się tyczy :P W każdym razie nie raz dostrzegam że imiona u niektórych osób nie są nadane przypadkowo. Albo może inaczej, charakter czy zachowanie tych osób nie jest przypadkowe względem ich imion. Aczkolwiek oczywiście i tu zdarzają się wyjątki (Które też znam, w sensie te osoby :P ). Nie będę rzucał jakimiś konkretnymi imionami bo zaznaczam że tu chodzi głównie o zachowania w stosunku do mnie, chociaż kilka razy się zdarzyło że ten swego rodzaju schemat sprawdził się u innych osób, w mniejszym lub większym stopniu.

Ostatnio też stałem się ciut bardziej pomocny. Wczoraj na przykład byłem w Biedronce, gdzie podszedł do mnie jakiś mały chłopak który się mnie spytał czy może wiem gdzie znajdę zupy, dopytałem się czy chodzi o takie szybkie (W każdym razie o to chciałem się dopytać bo chyba ująłem to ciut inaczej), a następnie pokazałem kierunek i powiedziałem mu że w pierwszej alejce. Mam nadzieję że znalazł to czego chciał (A chciał zupę pomidorową, pewnie Amino). W sumie dopiero potem się zacząłem zastanawiać czemu wybrał mnie. W końcu moje sandały, krótkie spodnie w kratę w odcieniach niebieskości i gruba bawełniana bluza w kratę w tonacji biało szaro niebieskiej nijak się miała do Biedronkowego zielonego uniformu, dodatkowo założonym na osobie która w sumie stała obok mnie. No ale cóż, ważne że komuś pomogłem (A przynajmniej mam taką nadzieję). Swoją drogą byłem tym tak, no powiedzmy podjarany, że pochwaliłem się tym na fanpage’u Katji pod postem gdzie z kolei ona się chwaliła że ktoś ją rozpoznał na ulicy. Dodatkowo kilka godzin później kiedy enty raz poszedłem z psem do Tesco po chińskie zupy. jakieś dwa typki (Z czego jeden wyglądał na osobę nie z tego kraju, taka karnacja i zarost) pytali się mnie o ulicę i numer. Nie wiedziałem ale na podstawie tego co pamiętam ze swojej okolicy to wskazałem im kierunek w którą stronę powinni iść wzdłuż ulicy by znaleźć potrzebny im numer budynku.

Swoją drogą przypomniała mi się jedna rzecz. Prawie tydzień temu wrzuciłem do mediów społecznościowych zdjęcie które zniknęło po jednym dniu (Mój dzień w Messengerze i odpowiednik tego na Instagramie). O to zdjęcie:

 

Żeby było jeszcze lepiej na zdjęciu umieściłem napis „Pozory mylą xd”, który był świetnym dopełnieniem całości. Jaki miałem cel w wstawieniu takiego dość jednoznacznego zdjęcia?

Tylko paru osobom wytłumaczyłem od razu o co w tym chodzi, ale zanim im to wytłumaczyłem to zgodnie stwierdziły to co przewidziałem. Że zacząłem pić, że pozory mylą, że ja taki nie pijący a tu cicha woda brzegi rwie.

Tu właśnie tkwi haczyk. Jestem pewien że nikt nie pomyślał że niosę piwo swojemu bratu (W końcu zaczął korzystać z tego że odebrałem dowodzik). Wszyscy myśleli że zacząłem pić, a to wcale nie prawda, a butelka znalazła się w moich rękach z trochę innego powodu. Pozory mylą, prawda? No właśnie :D Mały wstrętny eksperyment, ale przewidywane efekty osiągnięte. A przynajmniej na osobach z którymi poruszyłem ten temat. Aczkolwiek wciąż jestem pewien że nie tylko one są pewne w tym rozumowaniu (Aż się spytam jutro paru osób w szkole, może widziały, i się spytam ich o opinie).

No i doszliśmy do dnia dzisiejszego. Na rozpoczęcie roku szkolnego byłem tak bardzo przygotowany że nawet stuningowałem buty (Czyt. wypastowałem czarnym sprayem brązowe buty). Ruszyłem z niezłym zapasem czasu w stronę hali sportowej, przed z którą najpierw spotkałem kolegę ze starej szkoły który wybrał naszą na kierunku Mechatronika, a następnie trzy koleżanki z czego tylko jedna odpowiedziała na moje cześć (Może za cicho powiedziałem, bo suma sumarum odpowiedziała tylko ta która była do mnie odwrócona przodem. Jak na ironie to była ta która mnie nie lubiła, potem lubiła, potem nie lubiła i sam nie wiem jak w końcu jest). O taaak, zaczyna się szkolne życie to czas na pogmatwane opisy kolegów i koleżanek. Po wejściu do budynku pogadałem ciut z kolegą ze starej szkoły (Tym który przyszedł ze mną do technikum), z panem od Religii, a kiedy znalazły się jakieś znajome męskie twarze to udałem się z nimi na sale gimnastyczną, na trybuny. Kolega z OZE i z geodezji, drugi kolega z OZE doszedł ciut później. Rozpoczęcie trochę się nużyło. Poza standardowym elementem jak sztandar szkoły czy hymn (W tym roku zagrany na trąbce, dlatego był krótszy o jedną zwrotkę) no i jak dzisiaj się zorientowałem świecącym słońcem na przemowę dyrektora o końcu wakacji i rozpoczęciu nauki (trzeci raz z rzędu) zostaliśmy potraktowani muzyką z trzech instrumentów. Perkusji, trąbki i muzyki elektronicznej (Przyjmijmy na ten moment że to instrument). W sumie muzykę jaką grali (Jak się później okazało) chłopaki z zewnątrz chyba tylko mi się podobała, przypominała trochę czołówkę do serialu Pitbulla i tą jego otoczkę dźwiękową, te klimaty. I chyba tylko mnie to wpadało w ucho bo wszyscy chcieli już salę opuścić. Aż w końcu nas puścili do budynku szkoły, ostatnio ocieplonej (Tym samym w miarę odnowionej) od zewnątrz, w tym roku odmalowanej wewnątrz. Gadu gadu z wychowawcą na temat planów, co robiliśmy w wakacje, i tak dalej. Potem już zmierzając w stronę domu szkolnym korytarzem z wielkim bananem na twarzy przywitałem się z panią z geografii. Jej mina? Gdzieś już ją widziałem. W lipcu, na Master Trucku. Tak, pani z gegry zrobiła dokładnie taką samą twarz jak ta koleżanka z Warszawy, z arcy wymownym „O kurde tylko nie on” :D A powrót ze szkoły, standardzik, z tą tą koleżanką, tą którą zaprosiłem na moją osiemnastkę. Trochę gadania co tam na wakacjach jak tam zdrowie i tak dalej. Czyli w sumie powrót ze szkoły jak co dzień :D

Po powrocie ze szkoły znowu siadłem oglądać bajki na Cartoon Network póki jeszcze miałem czas oglądać, w końcu za chwile nie będzie mi się nawet chciało. Wychodząc parę godzin później z psem zobaczyłem że jakiś gość pcha samochód, jak się dłużej przypatrzyłem to chciał odpalić auto z pychu. Tak, był tak zmobilizowany że samemu pchał auto z drzwi kierowcy a potem szybko wskakiwał do auta próbując zapalić. Na próżno. Krótka walka z samym sobą, aż w końcu kiedy pies się wyknocił podszedłem do faceta z pytaniem czy pomóc pchać, gdzie uzyskałem pozytywną odpowiedź. Psa przywiązałem do słupa, co by nie przeszkadzał (Aczkolwiek jak to mama zażartowała bardziej opłacało się go przywiązać do auta żeby ciągnął :D ), no i zaczęliśmy proces pchania auta po parkingu. Udało się za drugim razem. Szczerze mówiąc rozpierała mnie taka energia i satysfakcja że chciałem się wszystkim pochwalić (A i tak napisałem to tylko paru osobom, bo reszta i tak nie chciałaby tego słuchać :P ). Tak mało trzeba by pomóc drugiemu człowiekowi czasami. Mała rzecz a cieszy.

I tym pozytywnym akcentem na dzisiaj kończę. Korzystając z okazji chciałbym jeszcze życzyć wszystkiego dobrego wesołej parce z Warszawy z okazji kolejnej ich rocznicy bycia razem (I tak pewnie tego nie przeczytają, ale co mi tam. Mój blog to sobie mogę pozwolić :D ). I dodatkowo, pozdrowienia dla znajomego z Kalisza. Żeby się nie czuł pokrzywdzony że go nie pozdrawiam ;)

Dziękuje wszystkim za czytanie. Do zobaczenia wkrótce!

 

Podsumowanie ostatniego czasu

Witajcie!

Tak jak pisałem poprzednio, nowy wpis na rozpoczęcie roku szkolnego. Czy to oznacza że w mojej szkole rok zaczął się 1 września? Nie, po prostu do końca wierzyłem w swojego pecha że tak będzie, jednak nasza jak chyba każda inna zastosowała się do Ministerstwa Edukacji Narodowej i rok szkolny rozpocznie się 4 września. Świetnie, ostatni weekend na obijanie się.

Co się ostatnio działo, między innymi wszedłem kolejnym krokiem w dorosłość. Przyszło na to że wreszcie poszedłem do Urzędu Miejskiego w celu odebrania dowodu osobistego. Tramwajem zajechałem na opłotki centrum a do UM wybrałem się z buta, a tak jakoś dobry dzień miałem. Po drodze po drugiej stronie ulicy spotykając znajomego który czekam aż właściciel sklepu wędkarskiego „zaraz wróci”. Doszedłem do Urzędu, znalazłem wymagane pomieszczenie. W sumie trochę jak kolejka do lekarza, brakowało tylko wołania po nazwiskach. Swój dowód odebrałem bez problemu, dane się zgadzały a ja w miarę czytelnie podpisałem że go odebrałem (Trochę mi się ręce trzęsły). Dumny z posiadania kolejnego plastiku w kieszeni poszedłem poszukać tego czekającego znajomego który już czekał na tramwaj. Trochę pogadaliśmy i przekonał mnie bym z nim do niego pojechał. Problemem było to że nie miałem biletu, jednak zrobiłem to, przejechałem na gapę całe dwa przystanki tramwajem. Czułem się jak jakiś potwór a w mojej głowie pojawiała się poza Gargamela który zacierał rączki po złapaniu smerfów. W trakcie jazdy nawet sobie ustaliłem przebieg rozmowy z kontrolerem w razie złapania mnie na gorącym uczynku.

- Nie ma pan biletu? Poproszę dowód.

- Heh, ma pan szczęście, dzisiaj odebrałem.

Na szczęście się nie było okazji sprawdzić czy nasza rozmowa tak by przebiegła :D Trochę posiedziałem u znajomego, pooglądałem jego świnki i trochę tam pogadaliśmy. Potem z buta na lokalne tramwajowe centrum przesiadkowe w centrum miasta, ten wsiadł w swój tramwaj, ja w swój. Zanim się jednak pożegnaliśmy, w drodze do śmietnika podniosłem jakąś samotną puszkę po Harnasiu i też ją wyrzuciłem, taki mały gest dla matki natury. Znajomy to skomentował że nie wiadomo kto tego wcześniej dotykał (Racja), i że jakieś pieczarki zaczną mi na ręce rosnąć. Siła sugestii jest okrutna, bowiem całą drogę w tramwaju miałem wrażenie że ręka mi dziwnie pachnie, a to po prostu jakiś żul się dosiał do wagonu.

Wspomnienie o lekarzu przypomniało mi że w ostatnim czasie miałem z nimi dwa wątki. Pierwszym było pójście rano (Ok godziny 9) na pobieranie krwi. Strasznie się paliłem do tego pobierania, pamiętając ból i proces pobierania krwi w szpitalu w Katowicach Ligocie, gdzie pewnego razu, bo moje żyły nie chciały się podzielić moją cenną krwią, zostałem kłuty najpierw w prawe ramię, potem w lewe a potem ostatecznie w prawy nadgarstek… Błagam nigdy więcej. Mając w głowie to nieprzyjemne doświadczenie miałem lekkie obawy żeby wejść do środka. No, ale wszedłem, miła pani wbiła we mnie ciało obce (Nawet nie bolało), ba, nawet miałem odwagę spojrzeć jak bardzo zapełniła strzykawkę moją drogą krwią (Dużo tego było).

Drugi wątek miał miejsce całkiem niedawno. Miałem zostać podwieziony do lekarza w miejscu w którym nigdy nie byłem, zarejestrować się czego nigdy nie robiłem do lekarza o którym nigdy nie słyszałem i dodatkowo spytać się o datę wizyty mojej babci u tego samego lekarza. Bierz kartę chipową i jedziesz. Chyba nie muszę mówić jak „świetnie” byłem nastawiony na ten pomysł, opór stawiałem ale koniec końców pojechałem… Do poprawnego miejsca trafiłem, zarejestrowałem się (Dzięki bogu za polską służbę zdrowia, termin dopiero w listopadzie), spytałem się o datę dla mojej babci i tyle mnie tam widzieli. Nie poszło nawet źle. Potem tylko z buta do domu, po drodze widząc lokomotywę PKP Cargo z wiaduktu po którym nigdy nie chodziłem.

Tego samego dnia niestety doszło do czegoś z czego już zadowolony nie jestem. Stało się coś co nigdy nie powinno się stać. Jako naczelny wyprowadzacz psa od wielu wielu lat teoretycznie wiem ile pies jest w stanie wytrzymać pomiędzy spacerami i jak się zachowuje w określonych okolicznościach (Przykładowo jeśli mama idzie do mięsnego to ryczy w niebogłosy jakby nie był od dwóch dni niewyprowadzany). Tego feralnego dnia grałem sobie w minecrafta (O którym trochę później bo wiążę się z nim trochę dłuższa historia) kiedy biedak do mnie przyleciał z płaczem. Wiedziałem że jakieś 4 godziny temu z nim wychodziłem więc opcje że mu się chce odrzuciłem praktycznie natychmiastowo (No po prostu za wcześnie było). Kiedy ten był nie do zniesienia powołując się na swoją teorie że kogoś nie ma w domu po prostu wygoniłem go z pokoju i zamknąłem drzwi. Na efekt długo nie musiałem czekać, bowiem wręcz chwile później w domu rozległy się wrzaski. Stało się, pies zlał się na środku pokoju, częściowo nawet do moich butów. Pierwszy raz w życiu pies został zmuszony do popuszczenia w mieszkaniu… Do dzisiaj mam z tego powodu wyrzuty sumienia, bo świetnie wiem że nie powinno nigdy dojść do sytuacji gdzie stawiam granie na komputerze wyżej od psiej potrzeby, jak się okazało realnej psiej potrzeby. Na efekt też nie musiałem długo czekać, szlaban na komputer i na konsole, bezterminowy szlaban (Ostatecznie, do końca września).

To może zejdę teraz z trochę przykrego, dla mnie jak i dla psa tematu. Znajomy autystyk raz jeszcze zaprosił mnie na grilla do siebie. Jak zwykle było fajnie, pogadałem ze wszystkimi, najadłem się ( :D ). Miałem okazje popływać w basenie, zaznać beztroski i tak dalej. Miałem także okazje brać udział w grupowym zdjęciu przy ognisku. Z racji mojego wzrostu stałem najbardziej z tyłu, a że ludzie nie mogli się zgrać to trochę zajęło zanim zdjęcie zostało wykonane. Efektem była darmowa depilacja ogniem tylnej strony moich łydek. Serio, wypaliło mi tam włosy od tego gorąca :P Tak jak normalnie to ja odwiedzałem znajomego, tak kilka dni potem on przyjechał mnie odwiedzić. Skończyło się na tym że zapoznał się z moimi zwierzętami, pooglądaliśmy trochę telewizji, rozwiązaliśmy kilka pytań egzaminacyjnych na kategorie B i tyle go widziałem, było całkiem miło.

To teraz przejdę do daleko wyżej wspomnianego minecrafta. Chyba wiecie jak bardzo mi znowu zależy na relacjach z żeńską połówką parki z Warszawy, no wiecie, z tą koleżanką. Powiedziała mi że chętnie ze mną zagra w klocki jeśli tylko zorganizuje serwer. Kilka dni szukania jakiegoś serwera, na nic. Byłem tak bardzo zdesperowany że posunąłem się do wykupienia własnego serwera do minecrafta. Z kieszeni ubyło 5 zł ale myślę że nigdy lepiej nie wydałem takiej sumy pieniędzy. Trochę sobie pograliśmy, w międzyczasie powiedziała mi że od kilku miesięcy namawiała swojego chłopaka (Męska część parki z Warszawy) na wspólne granie czy na opłacenie serwera, na próżno. No ok.

Następnego dnia dostałem informacje że (Jakimś dziwnym podejrzanym trafem) on stwierdził że serwer jednak opłaci i żebym podesłał świat z mojego serwera co by to nie zaczynać zupełnie od początku. Nie byłem z tego zbytnio zadowolony. I tu już nie chodzi o utratę władzy (Władzę zmieniania pogody, zmieniania trybu gry, wyrzucania z serwera i tak dalej i tak dalej), ale mi głównie zależało żeby to z nią zagrać i tylko z nią. Udało się tylko przez jeden dzień. Ale było warto, niczego nie żałuje (Ktoś chce serwer do Minecrafta? Aktywny do 24 września, maksymalnie 5 slotów). Potem już graliśmy z jej chłopakiem, potem jeszcze kilka osób z wirtualnej firmy się skombinowało no i ogólnie rzecz biorąc było fajnie, mały niesmak pozostawał ale jakoś to było zrekompensowane wspólnymi wypadami po piasek czy po jedzenie (Kto grał w Minecrafta ten pewnie zrozumie). A że się grało wspólnie to można było w jakiś dziwny sposób kreować jakąś normalną relacje starych dobrych znajomych, no lepsze to niż czekanie do lipca 2018 na kolejnego Master Trucka gdzie znowu pewnie bym pogadał tylko z jej chłopakiem a ona znowu by mnie olała :D (Obym się mylił). Tym samym kara na komputer zabolała mnie dodatkowo, nie tylko nie mam możliwości grania (Co da się przeboleć) ale teoretycznie straciłem możliwość jakiegoś „stałego” kontaktu z ową koleżanką. No przykro mi się zrobiło. Dni mijały, ja mając na uwadze że powiedziała mi że mogę do niej pisać kiedy chce (Możliwości było kilka, gorzej było z tym czy odpisze), no i tak się zastanawiałem kiedy napisać, mając na uwadze także własne zdanie „Jak by chciała to by napisała sama” wierząc w to ślepo od kilku lat :P (Nawet kilka razy się zdarzyło, o dziwo). No właśnie, dokładnie wczoraj rozmawiając ze znajomym w końcu mu napisałem że odkąd straciłem dostęp komputera, tym samym mniej żyje w wirtualnej firmie i nie wchodzę na komunikator głosowy to nie mam za bardzo z kim o dupie marynie pogadać. Cóż za zbieg okoliczności, minutę później dostałem od owej koleżanki esemesa co tam u mnie słychać. No i przez drugą połowę dnia wymienialiśmy się co jakiś czas esemesami o różnych tam bzdurach i tak dalej, po prostu był kontakt który raz jeszcze się urwał. Nie mniej jednak zostałem pozytywnie zaskoczony tym własnowolnym rozpoczęciem kontaktu. Który się urwał… No ale trudno, co jakiś czas powtarzam że jak coś jest za często to się tego nie docenia. No i moja podstawa, jak będzie chciała to odpisze. No i tyle w temacie.

Tak schodząc z tematu relacji międzyludzkich, byłem wczoraj w carrefourze zaopatrując się na przyszły rok szkolny, przy okazji zakupując przedmioty przydatne do mojego hobby, kartę pamięci do telefonu 32GB marki SanDisk (Zdecydowałem się zapłacić trochę więcej pamiętając o jednym wpisie autorstwa Przemka który prowadzi swoją stronę This Is Internet, notabene polecam każdemu kto chciałby trochę poczytać o technologii, i mieć święty spokój) oraz jakiś uchwyt do telefonu na szybę. Dzięki temu moje filmy z przejazdów powinny być nieco lepiej jakości :)

No i znowu wracając do tematów mniej przyjemnych. Ktoś może pamiętam jak jęczałem o anonimach ze strony phototrans.pl? (Wspominałem kiedyś o nich na moim Facebooku na pewno). Tak się składa że kilka dni temu prawdopodobnie jeden z tych (Dodaj jakikolwiek wulgarny epitet) do mnie napisał na moim drugim fanpage’u przeznaczonym mojemu internetowemu ja.

Komentarz pozostawiam wam, ja w każdym razie momentalnie postawiłem na nogi większość moich znajomych od komunikacji miejskiej i kilka osób które się znają na szpiegowaniu. Niestety do dzisiaj nic więcej się nie dowiedziałem poza tym co ma na swoim profilu na Facebooku, ale mam nadzieję że kiedyś gościa, mówiąc kolokwialnie, dopadnę. Jeśli on ma mnie doprowadzić do reszty tej przeklętej zgrai, warto spróbować choćby miało się to skończyć w Rawiczu (Tzw. Pozdro dla kumatych).

No i tak na zakończenie wspomnę o czymś z mojej przeszłości. Kilka dni temu przypomniałem sobie o mojej drobnej fobii. Czy wspominałem kiedyś że chciałbym zobaczyć jak to by było gdyby wszystkie światła zgasły, zupełna ciemność i tak dalej. Okazało się że jedyne źródło światła na moim podwórku dało ciała i zaczęło przygasać (Świeci, świeci, świeci i nagle gaśnie, ciemno, ciemno, ciemno i nagle się zapala).

Pamiętam to zza młodu, strasznie się tego obawiałem. Kiedy gasi ci światło w pokoju to słyszysz przynajmniej kroki gaszącego, dźwięk pstryczka, cokolwiek. A w przypadku latarni drogowej, nie słychać nic, a sam proces jest niespodziewany. Nawet nie jestem pewien czy te „cykle” są równe czy też przypadkowe. Jednocześnie mnie to fascynuje, ale też mnie to obawia. Pamiętam że zawsze taka latarnia sprawiała że przykuwałem na nią szczególną uwagę. Jakby mnie obserwowała. Jedna ze wszystkich która daje jakieś sygnały. Aż czuje się jak w jakiejś bajce gdzie ja rozmawiam z latarniami drogowymi a wszyscy wokoło mi nie wierzą i mają mnie za wariata. No jakoś tak to pewnie wygląda z boku.

I tym akcentem kończę dzisiejszy wpis. Następny już po oficjalnym rozpoczęciu roku, który niestety już całkiem nie dawno.

Dziękuje wszystkim za czytanie, do zobaczenia wkrótce!

Podsumowanie ostatnich trzech dni

Witajcie!

To będzie wpis zamykający wakacyjny ciąg. Po napisaniu poprzedniego wpisu nie spałem jeszcze kilka godzin. Co jakiś czas słuchając nasilający się deszcz. Byłem tak bardzo nastawiony na to że coś złego się stanie że wydawało mi się że z burzy są takie błyski że aż całe pomieszczenie rozświetla. A to po prostu były efekty użyte w aktualnie oglądanym przeze mnie programie prowadzącym przez Radosława Kotarskiego. Zasnąłem gdzieś koło 2, jednak wraz z resztą domowników obudziłem się o 4 kiedy to burza zerwała się raz z wiatrem. Ja że byłem zaspany to poszedłem spać dalej, domownicy którzy postanowili wyjść na dwór zobaczyć opowiedzieli mi rano że faktycznie wiało ale jakoś dziwnie „górą”. Pobudka koło 10-11 godziny gdzie zaczęliśmy się poważnie zastanawiać nad skróceniem urlopu o jeden dzień i „ucieczkę” do domu. Stwierdziliśmy że nie ma tu nic do roboty, pogoda na „plażing” kiepska, na spacer iść nie ma sensu… Padła decyzja że się pakujemy i jedziemy. Poszło całkiem sprawnie, ciut po 12 wyjechaliśmy z Jezierzan. Byłem trochę zaniepokojony tym wszystkim, w końcu chmury ciemne, no i wspomnienie burzowej nocy. Żeby było jeszcze „klimatyczniej” RMF FM zapodał nam na wyjazd utwór The Road to Hell, lepszej okazji na puszczenie tego utworu nie było, już sam tytuł sugeruje z czym mi się to mogło skojarzyć i co mogło się stać później.

Dojechaliśmy do głównej drogi gdzie zaczęliśmy grzać w stronę trójmiasta. Znowu trochę na około, ale mieliśmy w tym cel. Skoro oddali do użytku prawie całą A1 to czemu by z tego nie skorzystać? Jechaliśmy na spokojnie DK6, kiedy to w trakcie jazdy podali informacje że na A1 za Toruniem w stronę Łodzi zablokowany jeden pas. Świetne wieści, super. W Lęborku zostawiliśmy na wpół bezpieczną krajówkę na rzecz jazdy przez zawsiówki. Drogi ciasne, po części dziurawe ale za to jakie widoki z podjazdami i jazdami. Zawsze mnie to ciekawiło że to chociaż pomorze to i tak się można wspinać i zjeżdżać z „gór”. Po drodze widzieliśmy efekty burz, przewrócone (Już pocięte i poskładane obok drogi) drzewa, łyse pieńki… Było widać że coś tu przeszło. W międzyczasie dowiedzieliśmy się że huragan, owszem, był ale koło Drawska Pomorskiego. Zatrzymaliśmy się po drodze na Orlenie w miejscowości o nazwie Kczewo gdzie mieszkał sobie „Orlenowy kot” (Spał sobie smacznie na drewienkach do grilla :D ). Po poinformowaniu domu że żyje i że uciekamy do domu zaczęliśmy jechać dalej. Dojechaliśmy do słynnej obwodnicy trójmiasta w ciągu S6, gdzie drugi raz dzisiaj widzieliśmy znaki na Szczecin :P Pierwsze co zrobiliśmy to utknęliśmy w niewielkim korku przed zwężeniem z trzech na dwa pasy, a potem standardowo w korku do bramek autostradowych w Rusocinie. Po zaliczeniu bramek już jechaliśmy praktycznie na spokojnie cały czas A1. Ciekawe było że gdzie byśmy się nie zatrzymali na stacji po drodze, to zawsze było mnóstwo osób. Pomorze, Kujawy, Łódzkie… Ludzi więcej niż MOPy mogły pomieścić, ten zabawny widok kiedy do trzech aut zajmowało miejsca przeznaczone dla ciężarówek. Po drodze jadąc jeszcze na S6 w radiu usłyszeliśmy kolejną informacje. Zdarzenie drogowe na A1 na wysokości Łodzi w stronę Katowic. Jeszcze lepiej… Im dalej na południe tym bardziej było widać że padało, za Toruniem było widać że jezdnia jest mokra. Przy Toruniu znajdują się bramki w Nowej Wsi, gdzie dostałem ostrzeżenie od znajomego że długo się stoi, dodatkowo za Gdańskiem i jeszcze gdzieś po drodze stały mobilne tablice zmiennej treści informujące o czasie oczekiwania powyżej 15 minut. Jednak dzięki nieczystemu zagraniu ojca w postaci ominięcia korka przez parking przed bramkami czas skróciliśmy do 10 minut. Dzięki temu że stwierdziliśmy że jednak ciśniemy się w paszczę lwa (Czytaj zator na bramkach w Nowej Wsi) i nigdzie nie zjeżdżaliśmy dla ominięcia korka miałem okazje zwiedzić kolejny odcinek A1, od węzła Nowe Marzy do Łodzi. Zbliżając się do Łodzi w radiu zapodali kolejną informacje. Do ziemi zbliża się meteoryt. No kurde, gorzej już być nie mogło… W końcu przejechaliśmy całą autostradę, zjechaliśmy na starą dobrą Gierkówkę którą znałem bardzo dobrze, przejechaliśmy się przez Częstochowę (Ile lat bym nie jechał DK1 przez to miasto zawsze wywiera na mnie ta droga takie samo duże wrażenie), a potem już po zmroku (I po przejściu deszczu) zostałem odwieziony przez ojca pod drzwi.

Google maps co prawda nie było skore do współpracy, ale chętnie chciałem zobaczyć przebieg mojej wakacyjnej podróży. Na niebiesko przejazd pociągiem, na czerwono przejazd z Warszawy nad morze, na brązowo to gdzie jeździliśmy nad morzem i na czarno powrót z morza do domu.

Jak dla mnie wygląda całkiem ciekawie.

Aż przyszedł dzień następny, w którym już się praktycznie zaklimatyzowałem do codziennego trybu życia (Czyli pies, zakupy, komputer i tak dalej). Wyszło na to że brzydką pogodę przywieźliśmy ze sobą, bowiem kiedy byliśmy nad morzem na śląsku upały po trzydzieści parę stopni. Od wczoraj pada i jest wilgotno, z przelotnymi przebłyskami słońca. W sumie lepsze to niż meteoryt. Notabene, wszystkie zdarzenia które rzekomo zdarzyły się na A1 jakimś dziwnym trafem zostały uprzątnięte zanim zjawiliśmy się w konkretnych miejscach.

A co robiłem przez te dwa dni, byłem raz w Biedronce, gdzie dziwnym trafem udało mi się zabrać przeciekające opakowanie maślanki, zalewając korytarz i swoje zakupy… Ogólnie to znowu siedzę przed komputerem i utrzymuje lepsze bądź gorsze kontakty ze swoimi znajomymi z wirtualnej spedycji, poza tym odświeżył się jeszcze jeden kontakt z innym internetowym znajomym. Podsumowując, wróciłem do stabilnego łącza, tym samym do internetowego życia.

Na dzisiaj myślę że tyle. Mnie czeka jeszcze wrzucenie dwóch filmów z przejazdów (Wylot z Koszalina oraz krajówka do Darłowa). Następny wpis pojawi się pewnie na początku roku szkolnego, może trochę wcześniej.

Dziękuje wszystkim za czytanie, do zobaczenia wkrótce!

Podsumowanie dnia

Witajcie!

Kolejny dzień za mną. Działo się trochę mniej ale wciąż jest o czym opowiedzieć. Po przebudzeniu od razu na nogi. Celem był spacer do pobliskiej miejscowości, znajdującej się koło nadjeziornej plaży. Jak pomyśleliśmy tak zrobiliśmy, wybraliśmy się do miejscowości Łącko. Miejscowość mała, ale za to całkiem ładna, ulice głównie pokryte kostką brukową z ładną asfaltową drogą dla rowerów (Która była całkiem osobliwie oznakowania znakiem samoróbką chyba).

W samej miejscowości dodatkowo jakiegoś bociana na własne oczy widziałem. Powrót polną drogą z (Jak ostrzegały znaki) miękkim poboczem, wśród pól. Przyznam było na co popatrzeć, bo i rumianek rósł przy drodze i skrzyp polny i różne inne „kwiatki”, No i krajobraz samych pól z drzewami w tle. I oczywiście kolejna okazja to myślenia sobie co by było gdyby i tak dalej, no trzeba w końcu korzystać z tego chodzenia :P Po drodze kupiliśmy świeże jajka oraz zrobiliśmy zapasy w sklepie, żeby potem udać się do chatki na obiad i popołudniową drzemkę.

Po drzemce padła kolejna decyzja na spędzenie dnia. Wybranie się do Jarosławca, początkowo na gofra. Kolejny raz sandały na stopy, plecak na plecy (Do którego na wszelki wypadek zapakowałem bluzę) no i przejście kolejnych kilometrów do miasta. Doszliśmy do Jarosławca gdzie razem z ojcem postanowiliśmy wejść na szczyt tutejszej latarni morskiej. Trochę to trwało, bowiem schody strome a odległość do pokonania w górę nie mała. Jednak ta satysfakcja po wejściu na górę i ten widok dookoła siebie był wart trochę więcej niż stracone siły na wspinanie się. Szczególnie jak spojrzało się w stronę morza, widok niesamowity. Zeszliśmy na dół i skierowaliśmy się w stronę gofrów, standardowo kupując sobie po jednym Full wypasie. Bardzo miłe panie robią w tej przyczepie z goframi, mała krótka rozmowa się wywinęła między nami która się zaczęła od tego że w ich pojemnikach na lodowy napój pływają osy (Przynajmniej były tego świadome),a skończyło na tym kiedy jedna z nich miała mojego gofra w ręce i przez dłuższą chwile wołała do jego odbioru, aż dała sobie wytłumaczyć poprzez koleżankę że stoję tuż przed nią :D Aż im napiwek dałem za to, miłe dziewczyny :P Potem znowu zajęcie miejsca z widokiem na morze w knajpce nad zboczem, gdzie z kolei na pytanie dla kogo kawa odpowiedziałem „Dla dorosłych”, zapominam że ja już też jestem dorosły (W sumie stronę z opisem bloga przydałoby się zaktualizować). No i póki prąd w telefonie się nie skończył to tam siedziałem aż do wyczerpania baterii i stwierdzenia że ja już wracam. I raz jeszcze nieco ponad 30 minut samotnego chodzenia wzdłuż drogi w kierunku chatki, w trakcie rozmyślając nad wieloma rzeczami. Bawi mnie mój tok myślenia kiedy się zastanawiam o czym np opowiedzieć znajomym, potem przychodzi mi o czym im powiedzieć, następnie już sobie planuje jak im to powiem, w jakich dawkach, ewentualnie zastanawiam się co też mi mogą na to odpowiedzieć aż na samym końcu dochodzę do wniosku że ich to i tak nie interesuje i zaczynam myśleć o czymś innym :P I tak czasem kilka razy, w końcu lubię się dzielić czymś co mi się spodobało, zapadło w pamięć lub mi wyszło. Tylko niekoniecznie jest komu to powiedzieć, zwłaszcza że swoich znajomych też mam w jakimś stopniu podzielonych względem informacji / przeżyć z którymi mogę się z nimi podzielić. Trochę to złożone, ale ma to jak najbardziej sens. No bo co będę np kolegom związanym z komunikacją miejską opowiadał coś związanego z osobą którą znam z gry np, no nie ma to sensu przecież jak on nie będzie wiedział o kim i o czym mówię.

Po kolacji zadzwoniłem do „Centrali”, czyli do mamy. Z którą znowu przegadałem dobre pół godziny na temat ostatnich wydarzeń, co robiłem i tak dalej (No cóż, blog jej wszystkiego nie opisze :D Chociaż i tak o paru rzeczach zapomniałem). W mediach znowu coś huczy na temat kiepskiej pogody na pomorzu. Żeby to była tylko mżawka czy inny letni deszczyk, ale między innymi od mamy dowiedziałem się że z moją stronę nadciąga huragan. W trakcie naszej rozmowy, kiedy to spacerowałem sobie w kółko uliczką, chociaż przestało padać, zauważyłem od północy że trochę się błyska. No i jeszcze pocieszające instrukcje mamy na temat ucieczki do betonowego domu, jak daleko jest drzewo, na środku pola nie trafi mnie piorun i uzgodnij z ojcem gdzie uciekać na wypadek huraganu. Najlepsze było to że w tle u mamy leciał festiwal w Sopocie, akurat leciała piosenka którą lubimy sobie przekręcać „Zabiorę cię właśnie tam, gdzie słońce nie dochodzi”. Co za zbieg okoliczności. Tak jak ostatnio wspominałem o jakże pocieszającej babci, tak dzisiaj mama pokazała klasę, dzisiaj chyba nie usnę. Zwłaszcza że zaczęło na dworze padać…

I tym negatywnym akcentem na dzisiaj kończę. Dziękuje wszystkim za czytanie, do zobaczenia wkrótce!